Uwaga, uwaga...

Najnowsze książki

Najnowsze e-booki

Subskrybent kanałów

interpunkcja a emotikony

Poradnia Językowa PWN - pt., 03.02.2012 - 15:31

Jak poprawnie powinno się stosować emotikony: czy między słowem a emotikonem stosujemy odstęp, czy może emotikony mamy traktować jak znaki przestankowe? I jeszcze jedno pytanie: czy po emotikonie, jeżeli jest to koniec zdania, należy postawić kropkę? Poniżej podaję przykłady, które zobrazują moje wątpliwości: z odstępem / bez odstępu:
1. Masz rację :)
2. Masz rację:)

z kropką / bez kroki:
1. Wiem, że mam rację:).
2. Wiem, że mam rację:)

Kiedyś już odpowiadałem na podobne pytanie, nagłówek odpowiedzi był chyba identyczny jak teraz, w każdym razie kwerenda w poradnianym archiwum powinna przynieść jakieś wyniki. Od tamtej pory zdania nie zmieniłem: nadal uważam, że tradycyjnej interpunkcji nie należy mieszać z emotikonami (tzn. po różnych „buźkach” kropki, pytajnika itp. już bym nie stawiał), nie mam natomiast wyrobionego zdania co do tego, czy emotikony, jako znaki semigraficzne, lepiej oddzielać od tekstu spacją, czy nie (myślę, że można to pozostawić decyzji piszących).
Zasady użycia emotikonów nie są uregulowane w zasadach pisowni, nie zauważyłem też, żeby w zasadach tzw. netykiety odnoszono się do ich ewentualnego łączenia z tradycyjną interpunkcją. Ogólne zalecenie, z jakim można się spotkać, mówi, aby użycie emotikonów ograniczyć do korespondencji prywatnej i aby nie popaść w przesadę w ich użyciu.
Dodam nawiasem, że choć można się spotkać z żeńską formą emotikona (jak ikona), słowniki PWN podają tylko męski rzeczownik emotikon.

- Mirosław Bańko, Uniwersytet Warszawski

Kategorie: Polszczyzna

interpunkcja w pytaniach zależnych

Poradnia Językowa PWN - pt., 03.02.2012 - 15:09

Witam,
czy w przykładach (i innych takich sformułowaniach): „Kowalski nie przyszedł dziś do pracy. Pytanie, czy jutro przyjdzie, czy będzie miał L4?”, „Zawodnicy źle grają. Pytanie, czy trener zostanie zwolniony?” potrzebne są pytajniki na końcu zdań, czy ponieważ jest już na początku słowo pytanie, zdanie powinna kończyć kropka.
Pozdrawiam
Grażyna K.

Samodzielne pytanie zamykamy pytajnikiem, np. „Czy jutro przyjdzie?”. Pytanie zależne, wplecione do zdania nadrzędnego i składniowo podporządkowane czasownikowi, rzeczownikowi (jak w Pani przykładach) lub przymiotnikowi, zamykamy takim znakiem, jakiego wymaga zdanie nadrzędne, por.: Warto zapytać, czy jutro przyjdzie. / Pytanie, czy jutro przyjdzie. / Ciekawe, czy jutro przyjdzie.
Zapytałeś, czy jutro przyjdzie?
Koniecznie zapytaj, czy jutro przyjdzie!

- Mirosław Bańko, Uniwersytet Warszawski

Kategorie: Polszczyzna

Charlie – Stephen Chbosky

Od deski do deski - pt., 03.02.2012 - 11:57



Charlie – Stephen Chbosky
Przełożyła Joanna Schoen
Wydawnictwo Remi , 2012 , 218 stron
Literatura amerykańska


Oryginalny tytuł tej powieści brzmi The Perks of Being a Wallflower. Zwykle jest to dla mnie informacja drugorzędna o charakterze uzupełniającym. Tym razem okazała się być ważniejszą od polskiego tytułu i szkoda się stało, że wydawca nie umieścił oryginału na okładce tytułowej. Chociaż drobnym drukiem albo w nawiasach tak, jak zrobiono to w przypadku Ślepych torów Irwine'a Welsha, który to nic nikomu nie powiedziałby, gdyby nie oryginalny tytuł pod odpowiednikiem polskiego tłumaczenia. Dodam tylko, że najnowsze wydanie pojawiło się już tylko z oryginalnym tytułem.
Dokładnie to przytrafiło się tej właśnie książce.
Zawsze dzielę się młodzieżowymi nowościami czytelniczymi z moją zaprzyjaźnioną młodzieżą. Czasami muszę postarać się mniej, czasami więcej, żeby zachęcić ją do czytania. Jest wybredna, więc najczęściej sięga po konkretną pozycję dopiero po moim czytaniu i po mojej opinii na jej temat. Rzadziej przed. Zabrałam się do „promocji” Charliego , głośno rozwodząc się, jaka to nowa książka dla niej się ukazała na polskim rynku wydawniczym.
Żadnej reakcji.
A potem przeczytałam polski tytuł.
Nadal nic.
Pokazałam wiec okładkę, podkreślając „fajność” chłopaka na niej i odczytując umieszczony na niej tekst.
Szybko rzuciła okiem z ukosa i jeszcze szybciej odwróciła wzrok.
Nie poddawałam się. W desperacji ostatecznej przeczytałam informację umieszczoną na tylnej okładce. O tę:

Reakcja była natychmiastowa!
Ujrzałam przed sobą szeroko wpatrzone w książkę oczy i niemalże nabożny szept – Nareszcie ktoś ją wydał... Moja reakcja była podobna, chociaż tylko pomyślana – Moja zaprzyjaźniona młodzież wie więcej niż ja na temat książki, która się właśnie ukazała! Wpatrywałyśmy się w siebie kiwając głowami, ale każda z innego powodu. Nie wiem, która z nas była bardziej zaskoczona.
Jak się okazało, książka w USA, wydana na początku lat 90., zdążyła stać się kultową i wyprzedzić sławą polskie, tegoroczne tłumaczenie. To efekt łatwego dostępu do Internetu i znajomości języków obcych, które nie stanowią żadnej bariery dla młodych pokoleń w poszukiwaniu ciekawych tytułów. I o ile realia dotyczące techniki zdążyły się w powieści przedawnić, bo nie ma już kaset magnetofonowych i płyt analogowych , jakimi posługują się bohaterowie, o tyle problemy wieku dojrzewania nie zmieniły się, pozostając dokładnie takimi samymi. Ich ponadczasowość jest największą wartością tej powieści w formie... epistolarnej. Cała składa się z chronologicznie uporządkowanych listów adresowanych do zupełnie obcego rówieśnika przez głównego bohatera, Charliego. Nieśmiałego, małomównego, cichego obserwatora otaczającej go rzeczywistości, którą przyjmuje taką, jaka jest, rzadko wydając opinię, a częściej próbując zrozumieć zachodzące w niej wydarzenia i zjawiska społeczne oraz indywidualne zachowania otaczających go ludzi. Tych obcych i tych mu najbliższych. Moje początkowe podejrzenia, że będą to zwierzenia ekstremalne, z obszaru patologii, szybko się rozwiały. W miarę czytania listów Charliego, których pisanie rozpoczął 25 sierpnia 1991 roku, tuż przed nowym rokiem szkolnym w pierwszej klasie liceum, szybko stworzyłam sobie obraz mądrego, inteligentnego, bardzo dobrze uczącego się, wrażliwego piętnastolatka, pochodzącego z normalnej, kochającej się rodziny. Przyjaźniącego się z Patrickiem i Sam, w której był zakochany. Zmagającego się z zagadkami otaczającego go świata i próbującego wszystkiego, co miał mu do zaoferowania łącznie z używkami, narkotykami i seksem. Na pozór typowy nastolatek, szukający swojego miejsca w świecie, doświadczający nieskończoności w byciu razem z rówieśnikami, kochany i kochający rodziców i siostrę, słuchający muzyki, czytający książki i jednocześnie próbujący zrozumieć samego siebie.
Na pozór.
Bo nie dawało mi spokoju uczucie, że coś jest z chłopcem nie do końca w porządku i tak idealnie. Zaczęłam sobie zadawać pytania – Dlaczego ma potrzebę pisania o sobie, o swoim dniu codziennym i swoich w nim przeżyciach? Dlaczego na adresata swoich zwierzeń wybrał osobę, która potrafi słuchać i stara się przede wszystkim rozumieć? Dlaczego ta osoba jest tak bardzo podobna do nadawcy? Dlaczego przerastające go emocje zawsze wywołują u niego płacz? Dlaczego uczęszcza na wizyty do psychiatry, który zadaje mu nieustannie pytania o przeszłość i tłumaczy na czym polega bycie „pasywnie agresywnym”? Dlaczego inni mówią o nim „dziwak”, a sam o sobie, że jest porąbany? Dlaczego ma skłonności do depresji, skoro w szkole i w rodzinie jest tak dobrze? I wreszcie, przytaczając słowa Charliego – co jest ze mną nie tak. Jak mam żyć, żeby to miało sens?
Trochę za dużo tych znaków zapytania, by bezkarnie usprawiedliwiać je tylko okresem dojrzewania chłopca.
Moje podejrzenia, że za tymi zwierzeniami, na pozór opisującymi codzienność młodego człowieka, jego przyjaciół i rodziny, kryje się coś więcej niż widać to na pierwszy rzut oka, okazały się uzasadnione. Fakt, który Charlie wyparł ze swojej świadomości, a który przypomniał sobie w jednym z ostatnich listów, okazał się całkowicie tłumaczącym osobowość, zachowanie i postawy nastolatka. Przypomnienie sobie traumatycznego wydarzenia z dzieciństwa, które było szokiem nie tylko dla niego, ale i dla jego rodziny, okazało się momentem przełomowym w odnalezieniu sensu i logiki życia.
Nie dziwię się, że młodzi Amerykanie pokochali tę książkę. Młodemu czytelnikowi łatwo utożsamić się z głównym bohaterem. Nie bez powodu listy mają charakter autoanalizy, które są znaną i stosowaną metodą w psychoterapii. Adresat jest nie tylko osobą z otoczenia nastolatka, której może powiedzieć wszystko. Jest również nim czytelnik, który ostatecznie staje się nadawcą. Jakkolwiek by nie było, cel jest jeden – odkryć siebie na nowo. Zobaczyć i zrozumieć, że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, z wielu powodów . Czasami łatwiej napisać o sobie niż powiedzieć, patrząc komuś w oczy, a jeszcze trudniej patrząc we własne. Papier jest cierpliwy, nie osądzi, nie oceni, wszystko przyjmie ze stoickim spokojem, pomoże przenicować duszę i umysł, by na koniec ukazać obiektywny, prawdziwy obraz nadawcy, adresata i ostatecznie czytelnika.
Przejrzałam się w nim i ja. Tej z czasów nastoletnich i szybko dodam, ku uspokojeniu, że nie będę tutaj bezwstydnie obnażać mojej duszy. Napiszę tylko o jednym porównaniu, które świetnie obrazuje przesłanie tej książki. O doświadczeniach czytelniczych Charliego i moich w wieku piętnastu lat. Charlie dzięki swojemu nauczycielowi angielskiego, który dostrzegł w nim inteligentnego chłopca, przeczytał w ciągu roku takie powieści (i jeden dramat) jak: W drodze, Nagi lunch, Obcy, Zabić drozda, Buszujący w zbożu, Hamlet, Walden, Źródło. Ja w tym samym wieku, dostrzeżona przez bibliotekarkę, przeczytałam z jej rekomendacji Czterech pancernych i psa oraz Cichy Don. Przed przeczytaniem tej książki mogłabym powiedzieć – No cóż! Inne czasy, inny ustrój, więc i inne czytanie. Wypisz, wymaluj - bierna postawa Charliego. Mogłabym tak się usprawiedliwiać, gdyby nie jedno zdanie w tej książce – Jeśli nie mamy wpływu na to, skąd pochodzimy, do nas należy wybór, w którą pójdziemy stronę . Tę bierność, którą porzucił na rzecz aktywności, czynu i dokonywania własnych wyborów, Charlie uświadomił sobie pod koniec roku szkolnego. Ja kilka lat później, ale za to z permanentnym skutkiem. Nie tylko w sferze doboru lektur, ale i w ogóle w życiu.
I z tego właśnie powodu tę książkę-lustro będę podsuwać każdemu nastolatkowi, który nie tylko nie rozumie siebie, swojego miejsca w rzeczywistości, ale i temu, który odziedziczył lub zaraził się biernością, tumiwisizmem i stałym usprawiedliwianiem tego stanu rzeczy zastanym porządkiem świata.
Wyprzedzająca sława tej książki, okazała się być jej godna.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.


Na wieść o tym, że książka ma być sfilmowana, a główne role zagrają Logan Lerman i Emma Watson, fani zaczęli tworzyć własne trailery, wykorzystując kadry z filmów z tymi aktorami. Ten wybrałam ze względu na umieszczone w nim cytaty.

z rokiem czy bez roku?

Poradnia Językowa PWN - czw., 02.02.2012 - 19:47

Czy należy po dacie – która wskazuje dzień, miesiąc, rok – pisać dodatkowo słowo rok? Dla przykładu podaję dwa zdania: 16 stycznia 2012 roku odbył się konkurs fotograficzny organizowany dla uczestników Studenckiego Naukowego Koła Fotograficznego.
16 stycznia 2012 odbył się konkurs fotograficzny organizowany dla uczestników Studenckiego Naukowego Koła Fotograficznego.

Zasadniczo w datach umieszcza się słowo rok lub jego skrót. W Edycji tekstów (s. 131) A. Wolański podaje, że od zwyczaju tego odstępuje się w leksykonach i encyklopediach. Domyślamy się, że z powodu natłoku dat w tego rodzaju publikacjach i notorycznego braku miejsca. Co prawda, Wikipedia na brak miejsca nie cierpi, a też stosuje zapis znany z encyklopedii drukowanych, np. „Po śmierci Kazimierza Wielkiego w 1370 tron polski przejął Ludwik Węgierski z dynastii Andegawenów. Okres jego rządów to zarazem początek supremacji szlachty w życiu politycznym kraju, obdarzonej w 1374 w Koszycach pierwszym przywilejem generalnym” (z hasła Polska). Wydaje się, że zapis taki sprzyja lekturze, gdyż eliminuje elementy zbyteczne, a jednocześnie nie razi, gdyż harmonizuje ze zwięzłym stylem haseł encyklopedycznych.
W innego rodzaju tekstach, nawet w podręcznikach historii, gdzie roi się od dat, skrót r. lub całe słowo rok są obecne. Częsty wyjątek stanowią daty podawane w nawiasie, np.: „Wreszcie w 1526 r., po dość niespodziewanej śmierci dwóch ostatnich książąt mazowieckich Stanisława (1524) i Janusza (1526), Zygmunt Stary obsadził swoimi garnizonami Warszawę i inne grody” (H. Samsonowicz, Historia Polski do roku 1795).

- Mirosław Bańko, Uniwersytet Warszawski

Kategorie: Polszczyzna

O nudzie bez przynudzania

Niecodziennik literacki - czw., 02.02.2012 - 15:58

Ale nuda (-y)! Nudzę się. To jest nudne. Nudziarz. Nudziara . Słyszymy dosyć często, ale też dokonujemy codziennych ocen w opozycji nudne/ciekawe. Czasami ktoś na przekór mówi, że w życiu nie zaznał chwili nudy. Jak to jest z tą nudą?

Książka Petera Toohey'a Historia nudy pozwoli nam zajrzeć nie tylko w głąb dziejów w poszukiwaniu symptomów, ale przedstawi nam stan badań medycznych, psychologicznych i filozoficznych, podejmie próby zdefiniowania. Autor zaprosi czytelnika również na wyprawę czytelniczą, by w literaturze prześledzić przejawy nudy u bohaterów i poznać jej konsekwencje, oraz do spojrzenia na dzieła sztuki podejmujące ten temat.


Nuda jako nastój, emocje, cierpienie, forma ochrony, drzwi do samego siebie, stan kondycji ludzkiej, krewna cynizmu, melancholii, depresji może być sprowadzona do grup:

  1. nuda zwykła: nuda sytuacyjna i nuda z przesytu,
  2. nuda egzystencjalna / duchowa.

Nuda wskazana w pierwszej grupie przychodzi niespodziewanie i odchodzi, natomiast dużo groźniejsza jest nuda egzystencjalna objawiająca się odczuciem pustki, samotności, ale nie z wyboru, izolacji i wstrętu, beznadziei. Łączy się z brakiem jakiegokolwiek zainteresowania, trudnościami skupienia się na zaistniałej sytuacji - czytamy w podanej definicji.

Mimo iż samo pojęcie w języku angielskim zostało wprowadzone w XVIII wieku, to szukać objawów nudy można już 3000 lat temu wstecz. Czy Aborygeni się nudzili? Jak Tanoniusz Marcellinus wyzwolił Benventum od nudy? A co na to filozofowie?

Peter Toohey w sposób przystępny przybliża temat, przechodząc od jednej dziedziny do drugiej. Jeżeli ktoś nie chce szukać przyczyn w ilości dopaminy, to może zainteresuje się objawami nudy u zwierząt, np. kakadu. Jeszcze ciekawsze są odniesienia do literatury: Obłomow Gonczarowa (najchętniej przywoływany), Listonosz zawsze dzwoni dwa razy Caina (wielu pamięta wersje filmowe), Niedotykalny Banville'a, Pani Bovary Flauberta, Dziennik więzienny Archera, Nuda Moravii, Obcy Camusa i wiele innych. Ze sztuk plastycznych przywoływane są: Nuda Waltera Sickerta, Melancholia Dürera, Samotność Leightona, Odyseusz i Kalipso Böcklina, Pokoje nad morzem Hoppera, itp. Nuda utrwalona w sztuce to cały zespół zachowań fizycznych, widocznych znaków takich jak: układ łokci, dłoni, ziewania, oczy patrzące się w przestrzeń, pochylone szyje, brak ludzi.

"Nuda to normalna, przydatna i niewiarygodnie powszechna część ludzkiego doświadczenia. (...) Nuda po prostu zasługuje na szacunek za - no cóż - nużące doświadczenie, jakim przecież jest."

______________________

Peter Toohey, Historia nudy / Boredom. A Lively History , przeł. Katarzyna Ciarcińska, s. 192, Bellona, Warszawa 2012.

Bara@Bara - wyniki loterii!

Od deski do deski - czw., 02.02.2012 - 15:50

Chęć otrzymania powieści Bara@Bara Hanny Märker, wyraziło 8 osób. Jak widać na powyższym zdjęciu, do rozlosowania miałam aż 3 egzemplarze, ale tylko jeden z autografem. Otrzyma ją osoba wylosowana jako pierwsza. Fotorelacja z przebiegu losowania poniżej:

Jak widać na ostatnim zdjęciu, książki wędrują do osób o nickach:

camellia

kamkap

mandarykaa87

Nowe właścicielki książek proszę o kontakt na adres - clevera@gazeta.pl, a pozostałym uczestnikom bardzo dziękuję za udział w zabawie i do następnego razu!

dwa przecinki

Poradnia Językowa PWN - czw., 02.02.2012 - 15:33

Dlaczego w dwóch poniższych zdaniach przed słowami pozwalające i nadając nie ma przecinka? 1. Obszar drugi traktuje ona jako egzemplifikacje pozwalające pośrednio (…).
2. Wyrażaj swoją opinię nadając jej właściwą formę.

W pierwszym zdaniu przecinek po słowie egzemplifikacje jest fakultatywny: jego brak sugeruje, że odniesienie tego słowa nie jest jasne i uściśla się dopiero dzięki dalszej części wypowiedzi.
W drugim zdaniu przecinek po słowie opinię jest obligatoryjny: jego brak świadczy o nieuwadze lub nieznajomości zasad interpunkcji.
Mimo pewnej symetrii przykładów i moich odpowiedzi zdania 1 i 2 są całkiem inne, a ich interpunkcja podlega innym zasadom. Pierwsze zawiera imiesłów przymiotnikowy, drugie też imiesłów, ale przysłówkowy.

- Mirosław Bańko, Uniwersytet Warszawski

Kategorie: Polszczyzna

Buckshaw pod śniegiem

Miasto książek - czw., 02.02.2012 - 11:42

   Cóż za rewolucja w Buckshaw! Kilka dni przed Bożym Narodzeniem stare, zazwyczaj ciche i ciemne domostwo zapełnia się ludźmi i sprzętami. I nie są to zwyczajni goście, wśród nich jest bowiem słynna gwiazda filmowa Phyllis Wyvern. Z powodu kłopotów finansowych rodziny de Luce, domostwo zostało wynajęte ekipie filmowej i przekształcone w plan zdjęciowy. Tym razem przejęta jest nie tylko Flavia, ale także jej obojętne zwykle na wszystko siostry. A gdy panna Wyvern godzi się w celach charytatywnych odegrać w Buckshaw scenkę z Romea i Julii, ekscytacja ogarnia całe miasteczko i na przedstawienie schodzi się połowa mieszkańców Bishop's Lacey. Przedświąteczny wieczór kończy się jednak raczej nieoczekiwanie - szalejąca śnieżyca uniemożliwia widzom powrót do domów. W tych jakże typowych dla kryminału okolicznościach przyrody, nocą zostaje znaleziony trup, i zanim policja da radę przedrzeć się przez zaspy, Flavia będzie miała nieograniczone pole do popisu.

Czwarta część przygód Flavii de Luce jest, jak dla mnie, książką idealną. Bo kto może się oprzeć takiemu splotowi okoliczności - zasypane śniegiem, odcięte od świata stare domostwo, zamknięty krąg podejrzanych, a w tle plan filmowy i odkryty przypadkiem w bibliotece stary tomik Szekspira. Flavia jest jeszcze bardziej urocza, niż zwykle - po nieco doroślejszym wystąpieniu w części trzeciej, tutaj znowu pokazuje, jak bardzo jest wciąż dziecinna, zastawiając pułapkę na świętego Mikołaja. Oczywiście, nie byłaby sobą, gdyby nie użyła do tego skomplikowanej chemicznej mikstury, którą umieściła w starannie wyselekcjonowanym kominie. Jak zwykle wyprzedza też o krok policję, z niezwykłą przenikliwością dostrzegając ślady, których nie widzą nieco nieudolni, acz sympatyczni policjanci. Wreszcie też jej siostry zyskują odrobinę bardziej ludzkie oblicza - Daphne, która nie wynurza nosa z książek, a tym razem akurat, całkiem stosownie zaczytuje się "Samotnią" Dickensa, wyrasta powoli na moją ulubienicę.

Literackich tropów jest tu, jak zwykle, mnóstwo. Oprócz Dickensa mamy oczywiście Szekspira, a piękna scena, w której pan de Luce recytuje fragment "Romea i Julii" przyprawia o dreszcze i niemalże łzy. Jakże cieszyłam się, że czytałam tę książkę w oryginale! Jak zwykle znaczący jest też tytuł, tym razem będący fragmentem poematu Tennysona, "Lady of Shalott", znanego chyba każdemu miłośnikowi Ani z Zielonego Wzgórza. Jego bohaterka zostaje zamknięta w wieży, w której musi bezustannie tkać magiczną sieć. Rzucono na nią klątwę, która nie pozwala jej spojrzeć w kierunku Camelotu, chociaż nie wiadomo, co ją czeka, jeśli złamie ten zakaz. Spogląda więc na świat za pośrednictwem lustra, do czasu, gdy nie może już dłużej opierać się pokusie. Trudno nie dostrzec podobieństw między bohaterką Tennysona, a nieszczęśliwą gwiazdą, Phyllis Wyvern, która snuje swoje opowieści na taśmie filmowej, i ogląda je całymi nocami, tak jakby nie mogła patrzeć na świat bez pośrednictwa celuloidu. Tytułowych "cieni" jest zresztą w powieści więcej - cień Harriet, nieżyjącej matki Flavii, pojawia się częściej niż zwykle, i po raz pierwszy dowiadujemy się, jak bardzo Flavia ją przypomina. Czy to dlatego siostry ją dręczą? Bo nieznośne jest patrzenie na cień nieżyjącej matki?

Cieszę się, że mogłam przeczytać "I am half sick of shadows" właśnie teraz, gdy za oknem trzaskający mróz. Zastanawiam się, czy polski przekład ukaże się latem, czy też wydawca będzie czekał do kolejnej zimy... Niestety, nie mogę polecić lektury w oryginale każdemu, nie da się ukryć, że Bradley pisze dość trudnym językiem. Jeśli jednak dobrze czytacie po angielsku, to polecam tę lekturę właśnie teraz, zwłaszcza że to, moim zdaniem, najlepsza część cyklu do tej pory!

Moja ocena: 6/6

Na koniec amerykański trailer książki:



Pamięci Wisławy Szymborskiej

Niecodziennik literacki - śr., 01.02.2012 - 20:42

2.07.1923 - 1.02.2012

Zamknięty rozdział życia. A gdzie prawo do korekty? Przecież zawsze było wiadomo, że "nie będziemy repetować / żadnej zimy ani lata." Jednak Ona wiedziała zawsze, iż " Cud, tylko się rozejrzeć: / wszechobecny świat." I ten zachwyt, uśmiech, czasami i bolesny, niech pozostanie w Jej wierszach.

Allegro ma non troppo


Jesteś piękne - mówię życiu -
bujniej już nie można było,
bardziej żabio i słowiczo,
bardziej mrówczo i nasiennie.

Staram się mu przypodobać,
przypochlebić, patrzeć w oczy.
Zawsze pierwsza mu się kłaniam
z pokornym wyrazem twarzy.

Zabiegam mu drogę z lewej,
zabiegam mu drogę z prawej,
i unoszę się w zachwycie,
i upadam od podziwu.

Jaki polny jest ten konik,
jaka leśna ta jagoda -
nigdy bym nie uwierzyła,
gdybym się nie urodziła!

Nie znajduję - mówię życiu -
z czym mogłabym cię porównać.
Nikt nie zrobił drugiej szyszki
ani lepszej ani gorszej.

Chwalę hojność, pomysłowość,
zamaszystość i dokładność,
i co jeszcze - i co dalej -
czarodziejstwo, czarnoksięstwo.

Byle tylko nie urazić,
nie rozgniewać, nie rozpętać.
Od dobrych stu tysiącleci
nadskakuję uśmiechnięta.

Szarpię życie za brzeg listka:
przystanęło? dosłyszało?
Czy na chwilę, choć raz jeden,
dokąd idzie - zapomniało?


Wszelki wypadek, 1972

wykrzyknik – cudzysłów – kropka

Poradnia Językowa PWN - śr., 01.02.2012 - 17:07

Szanowni Państwo,
czy jeżeli zdanie kończy się ujętym w cudzysłów wykrzyknieniem, to czy między nim a kolejnym zdaniem należy postawić kropkę? Np. ...ale w końcu wrzucił je do skrzynki, mówiąc: „Zwyciężę!”(.) Był to okrzyk fatalistyczny, który częściej ludzi gubi, niż ocala. Łączę pozdrowienia

W takim zdaniu, jakie Pan podał, kropka jest potrzebna. Gdyby jednak zdanie wykrzyknikowe (albo pytajne) ujęte w cudzysłów było samodzielne, to po zamykającym cudzysłowie nie postawilibyśmy już kropki, np. ...ale w końcu wrzucił je do skrzynki. „Zwyciężę!” Był to okrzyk fatalistyczny, który częściej ludzi gubi, niż ocala. Zob. A. Wolański, Edycja tekstów, s. 190–191.

- Mirosław Bańko, Uniwersytet Warszawski

Kategorie: Polszczyzna

nazwiska na

Poradnia Językowa PWN - śr., 01.02.2012 - 16:43

Czy używana przeze mnie w mowie forma nazwiska po mężu – Tylewiczowa – jest poprawna? Wiem, że to archaizm, ale podoba mi się. Postawiono mi zarzut, że Tylewiczowa, to może być marynarka...

Jeśli mąż ma nazwisko Tylewicz, to Pani jest Tylewiczowa. Do dowodu osobistego takiej formy nazwiska urzędnicy nie wpiszą, ale wyjąwszy sytuacje urzędowe, może go Pani używać w kontaktach prywatnych i publicznych.
Nie powiedziałbym, że nazwiska żon na -owa są archaizmem. Wprawdzie już jakieś dwadzieścia lat temu pewna Pani, gdy odniosłem do niej formę Stemposzowa, poprawiła mnie, mówiąc z godnością, że na nazwisko ma Stemposz, ale z drugiej strony także dziś są kobiety, które używają nazwisk odmężowskich. W środowisku językoznawców polonistów mógłbym wymienić całkiem sporo przykładów, nie wiem tylko, czy reprezentatywnych, możliwe bowiem, że poloniści – czy raczej polonistki – świadomie podtrzymują ten zwyczaj, gdzie indziej już mniej popularny. Swoją drogą jest to godny uwagi przykład wierności wobec tradycji, jeśli kobiety własnym nazwiskiem demonstrują, że są po stronie dawnych obyczajów. A może po prostu nazwiska na -owa wydają się im ładniejsze?
Polecam artykuł Aldony Skudrzyk (tj. Skudrzykowej) pt. Nazwiska żeńskie z przyrostkiem -owa, dostępny na stronie poradni językowej Uniwersytetu Śląskiego (pierwodruk w Języku Polskim LXXVI, 1996, z. 1, s. 17–23).

- Mirosław Bańko, Uniwersytet Warszawski

Kategorie: Polszczyzna

<p style="color: #DC0014">Dzień dobry!

Poradnia Językowa PWN - śr., 01.02.2012 - 13:48

Dzień dobry!
ZIS to skrót od Zakładów im. Stalina – czy nie powinno się go pisać jako ZiS?
Pozdrawiam,
ES

Zapis ZiS sugerowałby, że i jest spójnikiem, por. skrót PiS od Prawo i Sprawiedliwość. Słowo imienia pełni funkcję podobną do przyimka, a przyimki w skrótowcach wolno pomijać, por. BBWR (Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem. Dlatego za lepszy uważam zapis ZS.

- Mirosław Bańko, Uniwersytet Warszawski

Kategorie: Polszczyzna

liczba, ilość, wielkość

Poradnia Językowa PWN - wt., 31.01.2012 - 20:53

Dzień dobry,
która forma jest prawidłowa: liczba nowego taboru kolejowego, ilość nowego taboru kolejowego, a może wielkość nowego taboru kolejowego? A może jeszcze inaczej? Czy można mówić o sztukach taboru?
Pozdrawiam,
Andrzej Wróbel

Polecam wielkość taboru, choć widzę, że w NKJP ilość taboru występuje liczniej. Liczba taboru jest wykluczona, równie dobrze można by mówić o liczbie pierza. Nic złego nie widzę natomiast w sztukach taboru: „Nasz tabor powiększył się o trzy sztuki” to dobre zdanie.

- Mirosław Bańko, Uniwersytet Warszawski

Kategorie: Polszczyzna

choroba Kawasakiego

Poradnia Językowa PWN - wt., 31.01.2012 - 20:47

Szanowni Państwo!
Profesor Kawasaki (mężczyzna, Japończyk) po raz pierwszy opisał pewną chorobę. Moje pytanie brzmi: czy chcąc uhonorować pana profesora, jego japońskie nazwisko powinno się odmieniać w nazwie choroby (choroba Kawasakiego), czy nie (choroba Kawasaki).
Z góry dziękuję za odpowiedź

W nazwach chorób odmieniamy nazwiska, np. choroba Basedowa, choroba Bürgera, choroba Creutzfeldta-Jakoba.

- Mirosław Bańko, Uniwersytet Warszawski

Kategorie: Polszczyzna

Puszczyk ci on

Niecodziennik literacki - wt., 31.01.2012 - 16:10

Konsternacja po przeczytaniu. Jak ubrać w słowa wrażenia z lektury, które nie są entuzjastyczne? Niby wszystkie elementy, które gwarantują dobrą lekturę, są: tajemnica (i to nie jedna) powiązana z intrygą kryminalną, mała retrospekcja obejmująca PRL, środowisko katolickie, plany literackie narratora, "kobiety życia" i tzw. momenty, rozpoczęcie życia w małej wiosce na obrzeżach puszczy, parę pogmatwanych życiorysów, liczne nawiązania literackie poprzez cytaty i malarstwo.  Jednak nie sztuką jest nagromadzenie wątków, lecz panowanie nad nimi i stworzoną siecią powiązań za pomocą ważonego tempa akcji, dawkowania narracji dynamicznej i statycznej oraz panowania nad słowami, stworzenia sobie granicy, która wspiera treść, bo przekroczona - śmieszy i to nie dlatego, że jest dowcipnie.

Jan Grzegorczyk, autor dobrej trylogii o księdzu Groserze (tytuły w liście autorów i tytułów), również i w Puszczyku powiązał bohaterów z kościołem: są dwaj proboszczowie, narrator jest zaprzyjaźniony z jednym z nich, nawet czyta ewangelię w czasie mszy, przeżywa wahania natury religijnej, ma znajomych wśród ludzi bliskich parafii, ale tu wybrał przypadki z życia wierzącego człowieka świeckiego. Ludzie pragną znaleźć swój azyl, szukają sensu swoich działań, są targani niepewnością, podejmują próbę przezwyciężenia nałogów, własnego upodlenia, czasami kieruje nimi chęć zysku, przebiegłość, nieuczciwa gra, intrygi. Narracja pierwszoosobowa ma służyć nawiązaniu więzi z bohaterem, mężczyzną w sile wieku, który chce się odnaleźć jako mężczyzna ze swoją kobietą i człowiek niezależny, pisarz. To on inicjuje zainteresowanie pozornie naturalnymi i przypadkowymi zejściami, które pierwszy odnalazł. Nie jest jednak typowym detektywem, lecz człowiekiem nieufnym i podejrzliwym potrafiącym zainteresować tematem byłego policjanta i dziennikarza. Najlepiej czuje się w męskim świecie, jego kontakty z kobietami są nieudolne, przynajmniej tak są opisane przez autora (może wbrew własnej woli). Dla mnie był mężczyzną-galaretą i to nie dlatego że się bał, ale dlatego że jego życie nie było konsekwentnie wytyczone w sferze zawodowej i osobistej, cechował go infantylizm uczuciowy, a nawet obłuda życiowa jako katolika. Czy to tylko kryzys wieku średniego?  Jego karesy z Myszką były śmieszne. "Przydusiła mnie gorąca, wilgotna..." Inna kobieta, Magda,  jest również bardzo aktywna w stosunku do Stanisława Madeja (narratora). To ona, zazdrosna o Krystynę, krzyczy: "- Miała cię w dupie... przez parę miesięcy! Zachowała się, jakby wdepnęła w ciebie jak w jakieś gówno. Wyczyściła bucik i tyle...
Nie poznawałem jej. Była w tej agresji jakaś odrażająca, wulgarna. Rynsztok." Tymczasem owe dwa słowa, a nawet więcej, stanowi często używany zasób słów narratora wypowiadanych jako dowcip: "A wiec dupa sałata, ciągle nic nie wiemy..." No to może podam jeszcze przykład ciekawych spostrzeżeń językowych. Tym razem starsza pani, Helena, jedna z bohaterek drugoplanowych, mówi: "- koleżanka mi ostatnio powiedziała, że mam piersi jak paszcze krokodyla. Pożerają facetów. Co prawda osobiście sądzę, że są zdecydowanie ładniejsze - zachichotała. - Co z tego, przecież ja nie chodzę z nimi na wierzchu. - Wbrew swoim słowom Helena delikatnie obciągnęła jeszcze bardziej koszulkę, ukazując imponujące półkule." Obleśny ten Stasinek w słowach i spostrzeganiu innych, szczególnie kobiet. Takie słownictwo i dykteryjki jak zastąpić kurwę żabą odstręczają, budzą uśmiech politowania a nie sympatię w stosunku do bohaterów wykreowanych przez autora. Co za dużo to nie zdrowo. Sporo w tej książce wątków, ale brak zdecydowania w prowadzeniu tego najważniejszego, również nie podobało mi się wymuszone zakończenie, które nie jest jasnym punktem tej powieści. Powiem krótko, za dużo srok chciało się trzymać za ogon.

Entuzjastyczne lub tylko pochlebne  recenzje są na innych bogach, więc czytelnik tego wpisu może sobie wyrobić własną opinię. Nikogo nie zniechęcam, ani nie zachęcam gorąco, najwyżej tylko ciepło polecam uwadze czytelniczej.
______________________

Jan Grzegorczyk, Puszczyk , s. 432, Wydawnictwo Znak, Kraków 2012.

Karnawał blogowy: styczeń 2012

Legendum est - wt., 31.01.2012 - 13:00

Cedroo i parę innych osób już zrobiło swoje, ergo - ja też zaproponuję parę moich ulubionych wpisów ze stycznia (albo w styczniu przeczytanych). Gdyby to miał być mój osobisty karnawał, powinien składać się z samych tumblrów (odkrycie miesiąca w kwestii blogowania :P), ale jednak nie, będzie trochę bardziej, bo ja wiem, słownie. No i, oczywiście, to był blogowy miesiąc Sherlockowy - ale bardzo, bardzo spróbuję nie zapomnieć, że poza Sherlockiem też jest (blogo)życie.


1. I w ramach tego życia właśnie - mądry i potrzebny wpis Szproty o tym, że zanim z wyżyn (mniej więcej) zadowolonego z siebie i jakoś tam społecznie funkcjonującego człowieka podsumujemy bitą osobę albo kobietę wracającą pod raz n-ty do męża-alkoholika hasłem "Sama się prosi o kłopoty", to może jednak warto się chwilę zastanowić.

 

2. W ramach, z kolei, życia rozumianego skrajnie egoistycznie - no nie mogę, Cedroo napisał wpis o mnie !

 

3. A Sherlockista napisał/a wpis, który ja mogłabym napisać: z tą opinią o The Game of Shadows zgadzam się w 100%. 

 

4. I jeszcze jeden, wzruszający tym razem, wpis z tego samego bloga: o wierzeniu w Sherlocka; o tym samym, tylko nieco szerzej, jest też udany wpis na blogu Zwierza.  [EDIT: link poprawiony]

 

5. A na koniec: wyliczanka, która ustawiła mi plany filmowe na dłuższy czas, na blogu Fangirls' Guide to the Galaxy . Dzięki za podpowiedzi i porady!

Wiadomość z nieba &#8211; Brooke i Keith Desserich

Od deski do deski - wt., 31.01.2012 - 11:34



Wiadomość z nieba – Brooke i Keith Desserich
Przełożyła Marta Dunajska
Wydawnictwo Papierowy Księżyc , 2011 , 322 stron
Literatura amerykańska


Kiedyś, ktoś powiedział mi, że dzieci nie są własnością rodziców. Są tylko wypożyczone im na określony czas. Nie na jakiś, ale konkretny, z datą przejścia w dorosłe, samodzielne, niezależne życie lub ostateczną, gdy odchodzą na zawsze nie zdążywszy dorosnąć. Problem z rodzicami polega nie tyle na tym, że o tym zapominają, ale na całkowitym braku świadomości tego faktu. Z potrzeby bezpieczeństwa, spokoju myśli i w wyniku wyparcia nieuniknionego i pewnego, przyjmują za fakt, iż bycie z dzieckiem dane im jest na zawsze. Łatwo wtedy popaść w rutynę, w poczucie wiecznej władzy, w uprzedmiotowienie syna lub córki.
To niepozorne zdanie, rzucone w jakieś dyskusji, przyjęłam za swoje, a każda książka pisana przez rodziców, którzy w jakiś sposób tracili , tracą lub stracili dziecko, coraz bardziej utwierdza mnie w tym przekonaniu.
Nie inaczej jest i z tą pozycją.
Uświadomienie lub przypomnienie sobie o przelotności obcowania z własnym dzieckiem, dla autora tych wspomnień przybrało formę bardzo bolesną, a który napisał o swojej córce Elenie – Wyobraziłem sobie, jak trzymam ją w dłoniach jako niemowlę, tulę w ramionach jako małego brzdąca, pocieszam jako dziecko, przytulam jako nastolatkę i odprowadzam do ołtarza jako młodą kobietę. Jednak nigdy nie sądziłem, że będę ją trzymał w ten sposób .
W dłoniach miał mosiężny pojemnik z jej prochami. Mały, zimny i prosty .
A koszmarne uświadamianie sobie, kim jest naprawdę dla niego Elena, zaczęło się od zwykłego bólu gardła i rutynowej wizyty u lekarza, zakończonej diagnozą – glejak pnia mózgu, najgorszy guz, najmniej rozumiany, rosnący w najgorszym miejscu, w najszybszym tempie, przechodzący najśmielsze oczekiwania i nieodwołalnym wyrokiem – najwyżej jeszcze tylko 135 dni życia. Szok wywołany tą wiadomością rozpoczął trudny proces zmiany światopoglądu, postaw i priorytetów obojga rodziców łącznie z zakwestionowaniem wiary w Boga, podzielony na pięć etapów – bólu, złości, walki, desperacji i nadziei. Wszystkie opisane są w tym dzienniku, dzień po dniu od momenty diagnozy, przede wszystkim z myślą o młodszej córce Gracie, który początkowo posiadał formę internetowych wpisów. I może dlatego nie jest to dziennik rozpaczy, chociaż smutku w nim dużo, ale nadziei i miłości rodziców, którzy znając ostateczny termin odejścia swojego dziecka, mają jeden cel – dać mu jak najwięcej powodów do takiego beztroskiego uśmiechu,

który w postaci roześmianych fotografii Eleny towarzyszył mi prawie każdego dnia, na co drugiej stronie dziennika. To wywoływanie radości ułatwiała im wspólna lita życzeń i marzeń, którą tata i mama Eleny realizowali konsekwentnie do końca jej dni, nawet wtedy gdy choroba przykuła ją do wózka. Największe wrażenie zrobiło na mnie zawieszenie tego rysunku sześcioletniej dziewczynki,

w muzeum pośród takich mistrzów malarstwa jak Pablo Picasso, Pierre Auguste Renoir i Vincent van Gogh. Swoiste świadectwo determinacji i miłości – córka przy własnym „dziele sztuki” powieszonym na honorowym miejscu, w prawdziwym muzeum:

A z tych wszystkich sukcesów najważniejszy – uśmiech na twarzy i radość w oczach dziecka. Reszta to tylko dodatki, bo bycie tatą to coś więcej niż wskazywanie, co jest dobre, a co złe, to także cieszenie się czasem spędzanym wspólnie i odnajdywanie humoru w codziennym życiu.
Piekielnie bolesna lekcja powinności rodzicielskich, chociaż sam Keith to, co przytrafiło się jego rodzinie, za taką nie uważa. Raczej za niezbędne i potrzebne doświadczenie. Zmagania hartujące odporność i czyniące rodzinę silniejszą i gotową do wsparcia w najtrudniejszych chwilach. Rodzina Brooke i Keitha zdała ten egzamin, chociaż nie było łatwo. Bywa i tak, że rodziny rozpadają się pod ogromem nieszczęścia. Czy ci ostatni żyli w zbyt optymistycznym świecie, uciekając w niepamięć, gdzie nie ma nieszczęść, a wszystko jest dane na zawsze?
Nie wiem.
Wiem tylko, że nie należy odsuwać od siebie tego typu książek, bo one nie straszą chorobami i śmiercią, nie epatują cierpieniem, by wywołać łzy. Są tylko niezbędnym kontekstem do ukazania wyjątkowości cudu życia i obecnych w nim ludzi, by nie zapominać, jak cenić sobie chwile z ukochanymi i docenić prawdziwą wartość istnienia, dostrzegać rzeczy ważne, tylko dlatego, że jesteśmy ludźmi, a to jest życie .
Wartość tej opowieści o Elenie i jej rodzinie nie przekłada się tylko na wzruszenia i przemyślenia, ale na konkretne wnioski i działania wymierne przede wszystkim dla dzieci, których rodziców, jak piszą w tysiącach listach do Brook i Keitha, ten zwyczajny dziennik nauczył dostrzegać i na nowo kochać swoje dzieci i cenić najdrobniejsze momenty życia. Nagle ich dzieci nie były już dłużej czymś, co ich rozprasza, lecz stały się celem ich życia. Nauczyli się znajdować dla nich czas, odprowadzać do szkoły, czytać najgrubsze książki, jakie potrafili znaleźć na półce przed położeniem do łóżka .
I to jest największa wartość, jaką rodzice (i nie tylko!) mogą wynieść i wynoszą z bolesnych doświadczeń rodziny Desserichów.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Anży Machaczkała

Poradnia Językowa PWN - pon., 30.01.2012 - 17:15

Dzień dobry,
od pewnego czasu głośno jest o rosyjskim klubie Anży Machaczkała, który poczynił kilka głośnych transferów. Jak brzmi poprawna odmiana słowa Anży? Z tego co obserwuję w internecie, nikt raczej tej nazwy nie odmienia, ale mam wątpliwości, czy to właściwe podejście.
Proszę o rozwiązanie moich wątpliwości.
Pozdrawiam.

Słowo Anży można by po polsku odmieniać bądź przymiotnikowo (jak imię Andy: DB. Andy'ego, C. Andy'emu, NMs. Andym), bądź rzeczownikowo (jak góry Andy: D. Andów, C. Andom, B. Andy, N. Andami, Ms. Andach). Jeśli w praktyce nie jest odmieniane, to dlatego, że jest u nas nowe, a wybór wzorca odmiany nie jest oczywisty.

- Mirosław Bańko, Uniwersytet Warszawski

Kategorie: Polszczyzna

na przykład

Poradnia Językowa PWN - pon., 30.01.2012 - 17:07

Dzień dobry!
Która z poniższych form jest najwłaściwsza w języku pisanym? Czy są między nimi różnice w odbiorze?
- Na przykład
- Przykładowo
- Dla przykładu

O różnicach w odbiorze nic mi pewnego nie wiadomo, należałoby pytać psychologów. Nie udało mi się też stwierdzić, aby którąś z tych form tępiono w wydawnictwach poprawnościowych. Najbezpieczniej kierować się frekwencją: w książkach i w prasie na przykład jest wielokrotnie częstsze od pozostałych dwóch wyrażeń, a częstość tych ostatnich jest podobna. W tekście pisanym dałbym więc pierwszeństwo formie na przykład.

- Mirosław Bańko, Uniwersytet Warszawski

Kategorie: Polszczyzna

ból

Poradnia Językowa PWN - pon., 30.01.2012 - 16:58

Witam,
mam pytanie dotyczące odmiany słowa ból w liczbie mnogiej. Czy poprawna będzie forma tych bólów, czy też tych bóli? Internet jest pełen sprzecznych informacji na ten temat.
Pozdrawiam serdecznie.

Słowniki, przynajmniej niektóre, informują, że obie formy są w użyciu, i mają rację. Z danych NKJP wynika jednak, że bólów jest formą o rząd wielkości częstszą.

- Mirosław Bańko, Uniwersytet Warszawski

Kategorie: Polszczyzna

RUNA UDOMOWIONA — konkurs fotograficzny

NAGRODZONE W EDYCJI PAŹDZIERNIK-GRUDZIEŃ:

RUNA W PRZESTRZENI — konkurs fotograficzny

NAGRODZONE W EDYCJI PAŹDZIERNIK-GRUDZIEŃ:

Runiczne gry

Sen o DolinieMoherowa gra
Fioletowa gra

Theme by Danetsoft and Danang Probo Sayekti inspired by Maksimer