Marcin Wełnicki: Dossier R — paraopowiadanie
Andrzej W. Sawicki: Niezwykły przypadek Martyny Gewalt — opowiadanie
Iron Man , reż. J. Favreau, wyst. Robert Downey Jr., Jeff Bridges, Gwyneth Paltrow, 2008
No więc, że się nie znam na komiksach, to już milion razy przyznawałam (i na powieściach graficznych, i które jest które, poza faktem, że czytałam całego w zasadzie komiksowego Neila Gaimana i całego Alana Moore'a). Ale - jako że z paroma fantastycznymi osobami idę jutro do kina - postanowiłam, że nie mogę iść na The Avengers , znając wyłącznie Hulka i Thora , bez przesady. Ergo, obejrzałam Iron Mana w obu wcieleniach - i powiem od razu, następnego dnia kupiłam pierwszą, a dwa dni potem - drugą część na DVD.
Że po mojej dotychczasowej krótkiej przygodzie z Marvelem i równie krótkiej z serialową i książkową Grą o tron zdecydowanie preferuję Tony'ego Starka nad Catelyn i jej rodzinkę (a połowę z tego robi niestrawna dla mnie jak na razie Arya, tomboy supergirl), to akurat mało dziwne, jak mnie kto zna - troszkę dziwniejszy jest fakt, że to wszystko przez aktora, na którego byłam obrażona, i resztę obsady, której nie lubię.
No bo tak: z całej Gwyneth Paltrow lubię głównie piosenki jej męża i fakt, że zagrała w jednym z moich ukochanych filmów wszechczasów, Utalentowanym panu Ripleyu - niech mi nikt lepiej nie przypomina Zakochanego Szekspira. Jeff Bridges jest na topie listy dobrych teoretycznie aktorów, którzy mnie irytują (sama w sumie nie wiem, za co, może ze względu na fakt, że grał w mnóstwie filmów, których nie znoszę). A na Roberta Downeya Jra (którego dość podejrzewałam o to, że jest w stanie zagrać wszystko) jestem/byłam śmiertelnie obrażona od czasów Gry cieni . W którym to filmie, powiem to od razu, nie znosiłam jego postaci jak samej zarazy - a zważywszy, że grał jednego z moich odwiecznych herosów i idoli, w kontynuacji filmu, którego pierwsza część mi się podobała, to było to naprawdę spore osiągnięcie. Jako Holmes był zmanierowany, przegięty i w sumie dość żałosny - ergo, jak sobie poczytałam, jaki charakter ma postać, którą gra w Iron Manie , pomyślałam, "No nie, nie, nie wierzę".
No ale. Nagle, to jest Robert Downey Jr., którego kocha kilka moich przyjaciółek, a ja wreszcie widzę tak naprawdę, za co (stare sympatie z czasów Ally McBeal się nie liczą). Nagle w roli Tony'ego Starka zobaczyłam w nim faceta z tym łajdackim wdziękiem, charyzmą i aktorską inteligencją, o której wszyscy mówili - i to wszystko mimo (z powodu?) faktu, że teoretycznie gra mocno stereotypową postać w filmie o wielkich, mechanicznych kombinezonach.
Nie wiem, jak innym - mnie go po prostu trudno było nie lubić, i to zarówno za jego playboyowatą stronę, za osobowość wiecznego, złotego, rozkapryszonego chłopca - miał człowiek wrażenie, że Tony Stark naprawdę jest tym, czym Bruce Wayne (głównie w wersji Burtona i Keatona) udaje, że jest - jak i za obsesję na punkcie pracy, histeryczną niezależność i kompletny brak szacunku dla jakichkolwiek społecznych konwencji. Jak to teraz piszę, brzmi to nawet dla mnie samej nieprzekonująco i boleśnie stereotypowo, ale na to, niestety, radę mam tylko jedną: robić to, co ja, przełamać się/znaleźć czas i obejrzeć.
Co poza tym? Playboystwo Tony'ego byłoby chwilami nieznośne, gdyby nieco nie tonowała go Pepper Potts, na zmianę ironiczna i pobłażliwa i więcej niż trochę zakochana - a Gwyneth Paltrow, za którą naprawdę nie przepadam, robi w tej roli dobrą robotę (i nie ona jedna, w Iron Manie 2 zdecydowanie podobała mi się Scarlett Johansson, aktorka, której do tej chwili nie cierpiałam jak mało której!). Bardzo dobre dialogi, cięte i ironiczne. Fajne zdjęcia. I naprawdę, naprawdę wciągająca fabuła.
Z Iron Manem jest trochę, jak z Thorem , choć jest to fabularnie lepszy film (ale Thor ma lepsze czarne charaktery): tak naprawdę całość jest lepsza od sumy składników. Historia ekscentrycznego multimilionera z problemami - w takiej wersji, w jakiej pojawia się w filmie - to w kinie nic nowego, ale tutaj zrobiona jest pomysłowo i ciekawie. Nie będę nawet próbować się wymądrzać nad Iron Manem jako adaptacją, bo gdzie mi tam do jakiejkolwiek wiedzy na ten temat, nie do końca wiem ergo, czyja to zasługa, ale to, jak poprowadzona jest zarówno fabuła, jak i postać głównego bohatera, świadczy o dobrej robocie scenarzystów. Nie ma tu tego, co było najmniej ciekawe w Kapitanie Ameryce : wypełniacza w postaci długich scen Tłuczenia Złego; a to dlatego, że choć, oczywiście, Iron Man tłucze złych z zapałem i skutecznie, to te sceny czysto bitewne są w zasadzie tłem dla intrygi -też klasycznie popkulturowej - związanej z przejęciem firmy i fałszywą przyjaźnią. Poza tym, latający Iron Man jest bardziej efektowny od rzucającego tarczą Kapitana, w sumie.
I generalnie bardzo mi się podobało, i z przyjemnością obejrzałam dwójkę, i w sumie wybaczyłam RDJ nawet te kozy i pozy na Baker Street...
..był (przed)wczoraj, ale ja i tak napiszę, o dzień/dwa spóźniony, wpis z tej okazji (plus minus).
Captain America: The First Avenger , reż. Joe Johnston, wyst. Chris Evans, Hayley Atwell, Hugo Weaving, Tommy Lee Jones, Toby Jones plus ta mniej znana połowa obsady The Duchess .
Jeżeli któregoś filmu o superbohaterach nie chciałam oglądać, to tego. Powtórzyłam to sobie parę razy. Dlaczego? Bo trudno mi sobie było wyobrazić, że z patriotycznej ramotki o amerykańskim herosie z tarczą w star and stripes da się dziś jeszcze zrobić coś strawnego. Na serio to nie bardzo wyjdzie, no bo jak? Sparodiowane - no ale Kapitan Ameryka sam w sobie brzmi dziś jak parodia, więc jak to jeszcze sparodiować, to wyjdzie nieznośny, głupawy rechot. Poza tym: ja i amerykańsko patriotyczny mięśniak tłukący nazistów? W rajtuzach? O nie, powiedziałam sobie, nie to.
No ale, oczywiście, The Avengers , nie wytrzymałam. I z absolutnym zdumieniem oglądałam zupełnie udany, bardzo przyjemny i całkiem pomysłowy film.
Punkt wyjścia, od którego nie bardzo da się odejść - chłopak, mały, chudziutki i słabego zdrowia, który za wszelką cenę chce zostać żołnierzem i Walczyć Za Ojczyznę - został tu potraktowany jako pretekst do pokazania, czym się Kapitan Ameryka różni od swoich nazistowskich (a raczej - Hydrowych) przeciwników: pamiętając własną słabość, będzie w stanie nie wbić się w pychę z powodu świeżo nabytej mocy i odczuwać, nadal, współczucie i litość dla innych. Cyniczna jędza we mnie widzi w tym momencie oczyma duszy swojej Petera Pettigrew i/lub wyobraża sobie, co z historią dręczonego słabeusza zyskującego supermoce i szukającego kompensacji za lata bycia ofiarą zrobiłby Alan Moore, ale niech im będzie: przynajmniej takie ujęcie tego motywu pozwala nie eksploatować za bardzo triumfalizmu pt. "Bili Steve'a razy kilka, a teraz Kapitan Steve obije im mordy". Fabuła, teoretycznie prosta, ma kilka naprawdę fajnie pomyślanych zwrotów, z którym moich ulubionym pozostaje zdecydowanie ten wyjawiający kulisy popularności Kapitana Ameryki - jego sceniczno-propagandowa kariera jako symbolu oporu. Już pomijam niewymuszony komizm sceny pt. "machające nogami rewiowe girlaski, pieśń patriotyczna i nieszczęsny Steve dukający teksty przyklejone po wewnętrznej stronie tarczy", ale fajne tu jest, tak naprawdę, to, że widzimy tu de facto prawdziwą historię Kapitana - karierę postaci rodem z popkultury! Bo Kapitan Ameryka jest tu gwiazdą popkultury, wykreowanym superherosem, zanim tym herosem naprawdę się stanie, i to mnie ubawiło, podobało mi się i w zasadzie - kupiło mnie. Od tej pory oglądałam z przekonaniem, że kupię sobie ten film na własność przy najbliższej okazji.
Miło się ten film ogląda. Aktorzy to, co mają do zagrania, grają tak, jak trzeba: i kompetentnie, i zabawnie, i odpowiednio, kiedy trzeba, czy to z patosem, czy to z histerią (czarne charaktery!). Ma ten film gwiazdy, na czele z Tommym Lee Jonesem i Hugo Weavingiem, ma kultowych aktorów - grają w nim w końcu Toby Jones, JJ Fieild a także (wstyd mi, bom go nie poznała, a lubię!) Richard Armitage, ma sympatyczną parę głównych bohaterów i cameo Samuela L. Jacksona w oczywistej roli. Nic nie poradzę, ale mnie najciekawiej pomyślaną postacią (i tą, która budzi moją największą sympatię) wydaje się Howard Stark, ale o tym, pewnie, przy najbliższej okazji. Są tu sceny, które być muszą, Kapitan rzuca tarczą, hydrowcy dostają po mordach, czarny charakter wygłasza speeche, najlepszy przyjaciel ginie, budowle wybuchają, a amerykańcy żołnierze zostają uratowani - słowem, everything's in its right place . W dość przewidywalnej ścieżce dźwiękowej też jest jedna perełka - autorzy rozsądnie zrezygnowali z karmienia nas tysiąc osiemsetną filmową powtórką cwału Walkirii, ale nie z nazistowsko-Hydrowych skojarzeń z Wagnerem, tu dodatkowo oczywistych w kontekście większej, Thorowo-Avengersowej całości. Kiedy, ergo, Red Skull pozuje do portretu, w tle mamy, owszem, Wagnera, i owszem, Ring , ale w postaci wcale nie taki oczywistego, dla nie-fana, kawałka... Fajny pomysł, brawo za odejście od banału.
I OK, to jest czysta rozrywka, i OK, fabularnie kudy jej tam do poziomu - choćby z tej serii - Iron Mana . Brakło tu też kreacji postaci na miarę roli Toma Hiddlestona w Thorze i charyzmy a la Robert Downey Jr. w obu wspomnianych wyżej Iron Manach . Niemniej, kiedy Kapitan Ameryka się kończył, miałam poczucie, że chętnie bym sobie pooglądała dalej. A to się nie tak często zdarza.
Guy Gavriel Kay, A Song for Arbonne , New York 2002 (pierwsze wydanie 1992)
spojler na spojlerze spojlerem pogania
No więc tak - po przeczytaniu Arbonne mogłabym, w sumie, oskarżyć Kaya o pisanie ciągle tej samej książki: kunsztownie skonstruowanej i pięknie opowiedzianej historii świata, który musi umrzeć. To jest zwykle malutki zakątek świata, troszkę lepszy niż otaczająca go reszta, może dlatego, że mający szacunek dla muzyki, dla sztuki i - o tyle, o ile w quasi-średniowiecznym, świecie pod dwoma księżycami mieć go można - szacunek dla słabszych i innych: dla cudzoziemców, innowierców, dzieci, kobiet. Za ten szacunek, oczywiście, przychodzi płacić: dumnej Tiganie i jej mieszkańcom zaklęciem zapomnienia, Al-Rassanowi - krucjatą fanatyków z obu stron religijnego konfliktu, cesarzowi Waleriuszowi z Mozaiki sarantyjskiej - życiem, a Arbonne i jej królowej - najazdem sąsiadów pod dowództwem brutalnego i tępego królika i jego przewrotnego, gnanego na pół fanatyzmem, a na pół żądzą władzy doradcy-arcykapłana. Nie da się zwyciężyć w tej wojnie - a raczej nie dałoby się, gdyby nie kilkoro zwykłych i niezwykłych ludzi, którzy, oczywiście, będą musieli ponieść ofiary, by zachować choć odrobinę z tego świata, który kochają (nie, nie zapomniałam autorowi finału Lwów Al-Rassanu , który nie mógł być inny, a i tak złamał mi serce). Wśród tych ludzi zwykle będzie kobieta, samodzielna i inteligentna, zwykle - wykonująca zawód raczej dla mężczyzn przeznaczony (Jehanne - lekarka, Lisseut i Catriana - śpiewaczki), będzie dumna władczyni (Alixana w Sarancjum , cały poczet królowych w Lwach , Pasithea w Tiganie, Signe, Ariane i Beatritz w Arbonne ), mroczna uwodzicielka z równie mrocznym sekretem (Alienor w Tiganie , Lucianna w Arbonne ) oraz specyficzny Kayowy wariant ślicznej, dumnej i niegłupiej damsel in distress, której distress ma zazwyczaj polityczne powody (Gisel w Sarancjum , Rosala w Arbonne , Zabira w Lwach ). Będą też panowie: zwyczajny młody chłopak, który musi nauczyć się rozumieć innych od siebie, by znaleźć w życiu sens, cel i tyle szczęścia, ile los zechce mu dać (Devin w Tiganie, Alvar di Pellino w Lwach ), wierny i rozsądny, doświadczony towarzysz broni głównego bohatera (Valery w Arbonne , Lain Nunez w Lwach , Marius w Tiganie) i - zazwyczaj - protagonista, który będzie, pokrótce mówiąc, mniej lub bardziej dzieckiem Francisa Crawforda Lymonda : błyskotliwym, udręczonym i samotnym, a zarazem kochanym i podziwianym za nieprzeciętny intelekt, lojalność i talent (wśród jego talentów, skądinąd, zwykle będzie ten do muzyki), ambiwalentnym we wszystkim, co robi, niezwykłym człowiekiem z ciemną przeszłością i strasznym przeznaczeniem (Alessan w Tiganie , Waleriusz w S arancjum , Ammar w Lwach , Bertran w Arbonne ). Jego dwuznaczność i nieoczywistość może być podkreślona przez zestawienie z drugim protagonistą: nie poetą-wojownikiem, a wojownikiem par excellence , kimś, kto musi walczyć sam ze sobą, by przełamać uprzedzenia, jakie wymusza tradycja, w której się wychował - ale kto ma też dość wielkości, mądrości i klasy, by wyjść poza swoje uprzedzenia i znaleźć w sobie szacunek, miłość i przyjaźń wobec kogoś tak bardzo różnego od siebie i tak bardzo równego sobie (Rodrigo w Lwach , Blaise w Arbonne ).
No ale: Kay, wbrew pozorom, nie pisze ciągle tej samej książki, a raczej - jeśli nawet pisze, to ciągle ją przetwarzając, wymyślając na nowo rozłożenie nacisku, przetworzenia motywów, gatunek... Tigana i Lwy są tragediami, choć ze szczęśliwym zakończeniem; na ich tle Arbonne wydaje się raczej rycerskim romansem. Ba, są w tej powieści sceny - takie jak spotkanie Bertrana, Rudela, króla Daufridiego i Blaise'a, pretendenta do korony Gorhautu, które świetnie sprawdziłyby się w awanturniczej, przygodowej powieści a la David Eddings! Pewnie, to oznacza, że ton jest niższy (czytaj: nie płakałam, jak przy Tiganie i Lwach ), że lektura lżejsza i bardziej melo- niż dramatyczna, ale też dowodzi to, że autor potrafi bawić się gatunkami, jak mu się tylko podoba.
Teraz będzie wyznanie. OK, przyznaję. Ciężko mi było się wciągnąć w tę książkę: w pierwszej części, w scenach na dworze w Gorhaucie miałam wrażenie, że tym razem autor przesadził, że coś tu brzmi fałszywie i zbyt mocno. Nie dość, że mieszkańcy Gorhautu to religijni fanatycy najgorszego sortu (Guy Gavriel Kay nie ma jakoś, o dziwo, sympatii do wszelkiej maści krzyżowców i inkwizytorów...), to jeszcze na dodatek połączenie, w tej scenie, zamiłowania do krwawego sportu, upokarzania kobiet i publicznych demonstracji oralnego seksu z najoględniej mówiąc niezbyt chętnymi partnerkami sprawia, że dostajemy obraz (nudnego) potwora na dworze (stereotypowych) potworów, kogoś, kto nie zasługuje nie tylko na współczucie, ale nawet na zainteresowanie czytelnika.
Na szczęście pierwsze wrażenie okazuje się jednak mylące: Kayowi po raz kolejny udaje się zebrać grupę postaci, które będą budziły w czytelniku (a przynajmniej: we mnie) mocne emocje. I nie chodzi tu tylko o postacie jednoznacznie (i mniej jednoznacznie) pozytywne: inteligentną i zakochaną Lisseut, lojalnego i odważnego Blaise'a czy przypominającego najlepsze postacie w dorobku Davida Eddingsa Rudela Corezze, arystokratę, który został mistrzem-skrytobójcą. Podobnie jest przecież z bohaterami dwuznacznymi, niekoniecznie pozytywnymi: i z fascynującą, zimną i demoniczną Lucianną Delonghi, i z bezlitosnym, wyniosłym Urté de Miraval, który w imię prywatnej wendetty gotowy jest poświęcić wszystko, i ze słabym i niezdolnym do przeciwstawienia się ojcu-tyranowi bratem Blaise'a, Ranaldem. A jakkolwiek król Gorhautu, Ademar, jest, w swym zaślepieniu i głupocie, chyba najmniej ciekawym z antagonistów, jakich Kay postawił kiedykolwiek na drodze swoich bohaterów (z ewentualnym wyjątkiem Alberica), to z nawiązką nadrabia ten brak jego doradca, ojciec Blaise'a i Ranalda, Galbert: genialny, cyniczny fanatyk (wiem, paradoks), przewrotny i manipulatorski, okrutny, nienawidzący wszystkich i powszechnie znienawidzony, którego jednak trochę nie sposób, z lekkim przerażeniem, nie podziwiać - choćby za to, jak łatwo manipuluje wydarzeniami i jak do końca kontroluje wszystko to, co się dzieje. Owszem, to jest postać namalowana w karykaturalnie momentami czarnych barwach, ale zarazem - postać udana, wiarygodna, choć larger than life i intrygująca. To Galbert - fanatycznie oddany swojej wizji religii inkwizytor, który chciałby świata z kobietami zamkniętymi w domu, dziećmi bezwzględnie posłusznymi ojcom i ludami wokół Gorhautu podbitymi, by dać ziemię i majątki wybranemu narodowi rodaków boga, za jakich Gorhautczycy się uważają - jest głównym czarnym charakterem tej powieści i to z jego wizją musi zetrzeć się wizja, reprezentowana przez Signe de Barbentain, królową Arbonne; Signe, która wierzy w boga i boginię, w miłość i muzykę - i która, dwadzieścia trzy lata wcześniej, wbrew tej wierze oddała córkę dumnemu, starzejącemu się księciu za żonę.
Intryga polityczna - machinacje Galberta, które mają doprowadzić do wojny i ostatecznie do podboju Arbonne przez Gorhaut, oraz podjęte przez Signe, Ariane i Bertrana de Talair desperackie próby ratunku, w których nieoczekiwanie istotny okazuje się najemny wojownik Blaise - łączy się w tej powieści z motywami o charakterze osobistym, splatając się w skomplikowaną całość, gdzie miłość i muzyka przewijają się jako stałe wątki. Z jednej strony, mamy pieśni trubadurów, muzyczne kariery Lisseut, jej przyjaciół i samego księcia Bertrana, rolę muzyki i poezji w Arbonne. Z drugiej - są tu ciągle wracające historie miłosne: obsesja Blaise'a na punkcie Lucianny Delonghi i jego rodzące się powoli uczucie do Ariane, fascynacja Lisseut wojownikiem z Gorhautu, a nade wszystko - ciążąca nad losami całego tego świata opowieść o tym, jak dwadzieścia trzy lata wcześniej Bertran de Talair zakochał się na śmierć i życie w córce królowej Arbonne - córce, oddanej innemu za żonę. Parę miesięcy później, umierająca Aelis de Miraval powiedziała mężowi, że dziecko, które ją zabiło, nie jest jego - i tak, z zakazanej miłości, urażonej dumy i złamanego serca narodziła się nienawiść, której ceną mogło być zniszczenie całego kraju.
Kay te wszystkie wątki umiejętnie łączy i splata, używając powtarzającego się tu ciągle motywu rodzicielstwa i tego, jak rodzic kształtuje dziecko, a dziecko - rodzica. W sercu problemów Arbonne leży brak następczyni tronu (z czworga królewskich dzieci troje nie żyje, jedyna żyjąca Beatritz jest kapłanką, a królewska kuzynka, Ariane, ma za męża człowieka mądrego, roztropnego, dzielnego i zdecydowanie preferującego w łóżku towarzystwo mężczyzn) i fakt, że dwadzieścia trzy lata wcześniej Urté de Miraval zabił, albo nie zabił, maleńkiego synka, którego jego małżonka Aelis urodziła Bertranowi de Talair. Rosala, bratowa Blaise'a, ucieka z domu swego upiornego teścia, bo boi się o nienarodzone jeszcze dziecko - które okaże się synem nie jej męża, a jego brata, i to właśnie dziecko stanie się ostatecznym pretekstem do wojny. Bertran nie zabije swego wroga, bo jeżeli ktoś wie, co się stało z synem jego i Aelis, to tylko Urté (mówiłam, że Bertran jest klonem Francisa Crawforda...). Konflikt ojca z synem (synami?) zadecyduje w końcu o losie Gorhautu. A na końcu, zaginione dzieci się znajdują: umarli, owszem, okazują się umarli, ale niespodziewani żywi pojawiają się w ich miejsce. Krąg się zamyka: Bertran nie ma następcy-syna, ale będzie miał - syna Blaise'a, którego razem z jego matką, Rosalą weźmie do swego domu; a Blaise, który odda księciu, nie mówiąc mu o tym, własne dziecko, weźmie sobie w zamian, choć jej jeszcze nie kocha, nieznaną wcześniej ojcu córkę Bertrana za żonę.
Nie jest ta powieść doskonała, choćby dlatego, że czasami, w swoich wezwaniach do obrony słabych przed silnymi brzmi nieco za współcześnie. Niemniej jednak, miałam w Pieśni dla Arbonne kilkoro ulubionych bohaterów. Kochałam się w Bertranie de Talair (jak wcześniej w Waleriuszu, Alessanie i Ammarze), ale akurat to, że się w nim zakocham, musiałam z westchnieniem przyznać od samego początku powieści: czuję fatalną słabość do genialnych niebieskookich mężczyzn, którzy mają talent do muzyki i literatury, błyskotliwie zimny umysł i serce zdolne do najgłębszej lojalności, erudycję przewyższającą wszystkich dookoła i mocno nieuporządkowane życie seksualne ( i co za szczęście, że tacy mężczyźni występują tylko w fikcji, w realu łamaliby mi serce seryjnie, bo żaden nawet nie popatrzyłby w moją stronę ). Przepadałam za inteligentnymi i mądrymi kobietami z Arbonne: starzejącą się z godnością i smutkiem Signe, dotkniętą przez bogów Beatritz, Arianą, wiedzącą, czego chce i co jej wolno. Życzyłam wszystkiego najlepszego na pozór stłamszonej, ale zdeterminowanej i rozsądniejszej od połowy facetów dookoła Rosali i jej dziecku; no i miałam nadzieję, miałam naprawdę szczerą nadzieję, że Rudel i Blaise osiągną to, czego chcieli, cokolwiek by to było, i to nie za cenę przyjaźni ani nie za cenę życia któregoś z nich.
Skończyłam czytać wczoraj o czwartej nad ranem. Do teraz nie wierzę, że pan Kay pozwolił im wszystkim przeżyć.
John Carter , reż. Andrew Stanton, scen. A. Stanton, M. Andrews, M. Chabon na podstawie Księżniczki Marsa E. R. Borroughsa, wyst. Taylor Kitsch, Lynn Collins, Samantha Morton, Mark Strong, Willem Dafoe, a poza tym jeszcze połowa obsady Rzymu.
Jakiś czas temu poszłyśmy z Drakainą do kina na Johna Cartera - uparłam się, że ze względu na Michaela Chabona, który jest współscenarzystą, chcę ze wszelką cenę ten film zobaczyć. No i warto było. No więc - to jest bardzo przyjemny film, moim zdaniem. naprawdę fajny. Brakuje mu tego czegoś, co by mnie złapało za serce i ścisnęło, ale generalnie - zdecydowanie mi się podobał.
Prościutką - i przerabianą potem przez kino setki razy - fabułę Księżniczki Marsa Edgara Rice'a Borroughsa utytułowani (bo mają w swoich credentials i wyjątkowo udane filmy Pixara - to Stanton i Andrews - i znakomite powieści) scenarzyści opowiadają wiernie, w sensie zachowania staroświeckiej historyjki o Ziemianinie na Marsie. Mamy tu i Marsjan obu ras, ludzkiej i nieludzkiej, i ginącą planetę, i dziwaczne stwory i całą odyseję Cartera, od wojny secesyjnej po powrót na ukochaną planetę. Mamy równie staroświecko wplecioną - dla uwiarygodnienia narracji - postać autora, udającego, że jest tylko narratorem/redaktorem cudzej, prawdziwej opowieści. Film ma nie tylko klimat pulpowej literatury klasy B, ale i staroświeckiego epickiego kina bardziej nawet a la Ben Hur niż a la Dzień, w którym zatrzymala się Ziemia - osiągnięty, paradoksalnie, ultranowoczesnymi technicznymi środkami. Mnie się ten klimat podoba, ale nie każdemu musi.
Mamy, oczywiście, pewne zmiany, z których główną jest zrobienie z Dejah Torris nie tyle następczyni tronu, czekającej na męża, co uczonej i intelektualistki, której wymuszone, polityczne małżeństwo popsuje plany życiowe (czytaj: ratowanie świata). To jest oczywista decyzja w tym momencie, i, jak sądzę, słusznie podjęta: wprowadzenie zmiany w charakterze i biografii tej akurat postaci dodaje jej wiarygodności, bo jako żywo czekająca wyłącznie na ratunek damsel in distress byłaby dość niestrawna. Teoretycznie, film odsuwa od niej uwagę - w końcu nazywa się John Carter , a nie The Princess of Mars - ale zarazem skutecznie stara się sztampową bohaterkę Borroughsa ożywić i uwspółcześnić (a Lynn Collins ładnie wygląda i przekonująco swoją bohaterkę odgrywa). Zresztą do obsady specjalnych uwag mieć nie można: w takim stopniu, w jakim to było potrzebne przy tego typu produkcji (specjalnie nie grzeszącej pogłębianiem psychologicznego wizerunku postaci i stawianiem skomplikowanych zadań aktorom), wszyscy się ze swoich ról wywiązali bardzo porządnie, a James Purefoy i Ciaran Hinds - zwłaszcza gdy byli na ekranie razem - wręcz lepiej niż porządnie.
Najciekawsze dla mnie osobiście było jednak w tym filmie to, jak skomplikowanie tę prostą historię z prostymi postaciami scenarzyści nam opowiadają: mieszając plany czasowe i chronologię, konstruując twisty i finty w fintach. Pewnie, nie jest to poziom komplikacji, bo ja wiem, Memento , ale też nie o to chodzi: chodzi o to, żeby tę prostą historyjkę, którą SF żywiła się od roku 1917, opowiedzieć w trochę inny, trochę nowy sposób.
To jest bardzo ładny i bardzo miły film - mówię bez ironii. Wszystko się dobrze kończy. Dobrzy wygrywają, plus minus. Jeżeli bohaterowi dodaje się do towarzystwa uroczego marsjańskiego pieskogada, to nie po to, żeby go następnie zabić i zafundować nam, widzom, mały szantażyk emocjonalny. Mars pięknie wygląda, podobnie jak marsjańskie potwory i marsjańscy alieni. Ameryka po wojnie secesyjnej ma odpowiednio deszczowe kolory w miastach i odpowiednio pustynne pustynie. Gdzie ma być humor, jest humor, gdzie ma być patos, jest patos (dużo patosu). Michael Giacchino napisał bardzo efektowną ścieżkę dźwiękową. Są (przez chwilę) wielkie małpy i (przez dłuższą chwilę) arena, są toczące się miasta i dziwaczne istoty, są kobiety w dziwacznie pięknych sukniach i faceci z dziwacznie staroświecko-nowoczesną bronią. I wszystko to się świetnie ogląda.
I nie, nie chodzi w tym o nic poza dobrą zabawą. Postacie niczego nie reprezentują ani nie symbolizują (och, Awatarze , jak ja cię - dalej - nie cierpię!), fabuła nie jest metaforą ani zawoalowanym przedstawieniem palących problemów naszego świata ( Dystrykcie 9 , jakże mnie znudziłeś!), a przesłanie (jakie przesłanie?) nie odnosi się do poprawy bytu ludzkości. Ten film jest jak ptasie mleczko: może bez jakiejś specjalnej wartości odżywczej, ale słodki, uroczy, doskonały na niedzielny wieczór albo sobotnie popołudnie. Tak, to prawda, niewiele po nim pozostało mi w pamięci, poza pięknymi obrazami i przekonaniem, że nawet z absolutnej ramoty da się zrobić bardzo przyjemne widowisko. Ale co się ubawiłam, to moje, a DVD kupię z przyjemnością, jak tylko wyjdzie.
Dawno mnie tu nie było - praca, blog snobski oraz czytanie książek (alas, jeszcze nie pisanie notek) do wyzwania strasznie mi czas zeżerały. No ale, jak mawiał Tewje Mleczarz, tradition!, wpis podsumowujący miesiąc napisać trzeba. W tym miesiącu jest to karnawał egoistyczny.
W tym miesiącu napisali:
1. Zwierz popkulturalny o tym, że dobrze, ale to naprawdę dobrze się stało, żeśmy z Drakainą, autentyczną fanką Wagnera, nie pojechały na Holendra do Warszawy.
2. Sherlokista o kryminałach w ogóle, dzięki czemu uświadomiłam sobie, którą powieść kryminalną uważam za najdoskonalszy whodunnit ever.
3. Coś do pooglądania i do podjadania - czyli, jak zwykle na początku wiosny, mam jazdę na robienie dziwacznych przetworów i jedzenie kwiatków (i szukam inspiracji na blogach). Stamtąd też zdjęcie.
4. Jeszcze w marcu Nachasz oszczędził mi sporo roboty , pisząc notkę o perskim kalendarzu, dzięki czemu leniwie mogłam darować sobie dalszy zaczęty research w tej sprawie i po prostu przeczytać jego wpis. Nie napisałby autor o kalendarzu spartańskim, może? :P
5. Wpis ursz_u_li o Lewej ręce ciemności w ramach wyzwania, który mi uświadomił, ile jeszcze można wyczytać w tej powieści.
6. I na koniec - galeria Cydienne na deviantarcie - po prostu fantastyczna. Nie mam słów. Zeżarła mi ta galeria ładnych parę godzin w pewne niedzielne popołudnie...
7. I naprawdę na koniec nieśmiała egoistyczna prośba do Drakainy i Fabulitas, że może, jak czas pozwoli i chęci starczy, by coś napisały...
Dzisiaj - już prawie świątecznie, w sensie, że wpis klecony w przerwach od porządków - pozwolę sobie na moment wrócić do kategorii "To lubię" i powiedzieć parę słów o tym, że lubię operę.
OK, oszukuję. Już to powiedziałam - na blogu, który na takie rzeczy jest przeznaczony, i który leżał sobie w kącie i zarastał kurzem przez grubo ponad rok, aż go w końcu reaktywowałam. Tutaj wolę pisać analizy - tam wrzucam sobie listy, zestawienia i spam obrazkowo-filmikowy. Ergo, jakby kto chciał wiedzieć (świątecznie czy nie), co lubię w kategorii "opera", to serdecznie zapraszam.
EDIT: Dołożyłam jeszcze część II tego samego wpisu , tym razem - z samym Mozartem. I jest dłuższa od poprzedniej. No cóż.
The Adventures of Merlin ( Przygody Merlina ), created by Julian Jones, Jake Michie, Johnny Capps, Julian Murphy, BBC 1, sezon IV, 2011
Z obowiązku zaraportuję, że skończyłam (wraz z ciągle zachwyconą Arturem Drakainą ) oglądać Merlina , a dzięki niniejszemu wpisowi po raz pierwszy udało mi się, po obejrzeniu jakiegoś dłuższego niż jeden sezon serialu, zrecenzować jego całość w serii wpisów.
A raportuję trochę z obowiązku, bo - tak naprawdę niewiele się zmieniło, i o czym tu pisać. OK, ja osobiście uważam - scenariuszowo i wizualnie - sezon IV za chyba najciekawszy, ale w samej formule opowiadanych przez scenarzystów historii niewiele się zmieniło. Fakt, że zmiany - w sensie: to, że jest mniej typowo komicznych zapychaczy, że scenariusze są jakby troszkę bardziej skomplikowane - mogą być związane z tym, że serial "dorasta" razem ze swoimi widzami, stając się bardziej psychologicznie i fabularnie skomplikowany. Świadczy o tym zarówno sposób, w jaki pozbyto się z serialu króla Uthera (nie w dramatycznym akcie poświęcenia ani w scenie pełnej patosu, tylko odcinek później, w sytuacji, w której wszytko wydawało się zmierzać ku lepszemu), jak i - na przykład - sposób rozegrania wątku romansowego. Żeby nie było - dalej nie przepadam za sposobem napisania postaci Gwen i dalej uważam, że przydałoby się jej popełnić jakiś solidny, ważący na losach Camelotu błąd (jak Merlin, który zaufał Mordredowi i paru innym, albo jak Artur, kiedy podejmuje decyzję o egzekucji Caerleona), bo może wtedy wydałaby się nieco bardziej wiarygodna. I mam na myśli błąd, popełniony świadomie, a nie fakt, że w sprawie z Lancelotem została zaczarowana! Niemniej jednak - fakt, że scenarzyści nie poszli w ślady sezonu I i nie pokazali ewentualnej rywalki Gwen jako żałosnej/fałszywej/głupiej/zaślepionej/antypatycznej jędzy, tylko zdecydowali się pokazać uczucia Artura triumfujące nawet mimo faktu, że odpowiednio królewska narzeczona i rywalka Gwen okazuje się osobą miłą, bystrą i rozsądną, jest godny pochwały; tu scenarzyści mieli u mnie dużego plusa, bo lady Vivian z I sezonu była świetnym comic relief, ale tego typu postaci nikt by, jako rywalki, nie mógł poważnie potraktować. Podobnie zresztą - duże brawa za (wymyśloną ad hoc przez Merlina) wariację legendy o mieczu w kamieniu.
Pojawił się nowy smok i nowe szaty Morgany, widok zdradzieckiego wuja Agravaine'a po raz kolejny mi przypomniał, dlaczego (aktorsko skądinąd bardzo dobry) Nathaniel Parker tak mi strasznie nie pasował w roli Thomasa Lynleya, że zrezygnowałam z oglądania, Artur i Merlin nadal momentami zachowywali się jak zakochana para, Colin Morgan popisywał się swoimi aktorskimi umiejętnościami, grając starca Emrysa (co wychodziło różnie, bo Morgan zawsze rusza się jak młody człowiek, a nie jak starzec - choć reszcie tej kreacji nic bym nie zarzucała), rycerze byli summa summarum fajni, Lancelotowi zgotowano smutny los (nie lubię postaci sir Lancelota, ale tego tutaj było mi żal...). Idziemy chyba trochę bliżej legendy: Artur w końcu został królem, zebrali się już na poważnie (z Tristanem!) rycerze okrągłego stołu, Morgana w końcu ujawniła się jako ta zła, Merlin dalej nie przyznał się do magii, a Gwen wyszła za mąż .... no i nie bardzo umiem sobie wyobrazić, o czym będzie sezon 5. Może o świętym Graalu (chyba, że był nim cup of life). Ale sezon 5 raczej na pewno obejrzę, choć nie czekam z drżeniem serca.
Karnawał marcowy, czyli kilka krótkich polecanek:
1. W sumie jakoś nigdy nie lubiłam ciuchów, dyskusji o ciuchach, mody, stylu, whatever. A ostatnio, ku własnemu lekkiemu zdziwieniu, zaczęłam. I dlatego będą dwa wpisy "modowe", niekoniecznie z marca '12, choć wtedy odkryte. Po pierwsze, tumblrowy blog Character Inspired Style, który (o ile rozumiem, o co chodzi w cosplayu...) nie tyle jest stricte cosplayowy, co raczej prezentuje pomysły na ciuchy inspirowane poszczególnymi postaciami. Czytelni(cz)kom polecam nie tyle konkretny wpis, co kategorię - związaną, no cóż, może ja nie będę pokazywać palcem...
2. Jest przed Wielkanocą, a ja polecam wpis plus minus bożonarodzeniowy - ale jak zobaczycie, jakich Daguchna zrobiła Doktorów na choinkę , to pozazdrościcie, jak ja...
3. Czy ja mogę raz na zawsze ustalić, że z automatu zawsze będzie polecany jakiś wpis na blogu Sherlockisty ? Autorka tego bloga jest obiektem mojego nieustającego podziwu i zazdrości za to, jak umie pisać o tym, co kocha. Tym razem polecam dwie lektury z tego bloga: wpis o sensie bycia Johnem Watsonem i pełen pasji wykład o tym, że na Sherlocka trzeba wyglądać .
4. Tak normalnie, to w pewnym momencie raczej przestało mnie bawić krytykowanie marnych fanfików, no bo w końcu - ile można kopać leżącego. No ale, no ale. Do czasu . Wpis z bloga-analizatorni Przyczajona Logika, Ukryty Słownik stary (z 2011), ale absolutnie godny przeczytania, tylko ostrzegam: nie należy jednocześnie niczego pić.
5. I trochę poważniej: najżywsza chyba marcowa dyskusja w częściej odwiedzanych przeze mnie zakątkach blogosfery toczyła się wokół Wstydu. Sama coś tam powiedziałam, ale chciałabym polecić wpisy Rusty Angel na Fangirls i Zwierza Katarzyny Czajki na portalu Kultura Liberalna . I ciągle się łudzę, że może Fabulitas coś jeszcze o tym filmie napisze...
Hot Fuzz! , reż. E. Wright, scen. E. Wright, S. Pegg, wyst. Simon Pegg, Nick Frost, Jim Broadbent, Timothy Dalton i milion innych, 2007
EDIT: Ten wpis jest z dedykacją dla Rusty Angel, już ona wie, za co.
Wiem, miało być we środę, ale we środę były inne atrakcje, mianowicie zebranie ws. reformy i pożar na Ruczaju. Ergo, będzie dzisiaj - relacja z filmu obejrzanego jakiś czas temu, bo miałam zły humor i chciałam go poprawić.
Nie lubię, tak naprawdę, tzw. jajcarstwa, a film, którego cały sens sprowadza się do "parodia wszystkiego, ale jaja, he he he" (patrz: większość amerykańskich parodii w rodzaju "The Silence of the Hams" czy kolejnych "Strasznych filmów") ma sporą szansę mnie uśpić raczej niż rozśmieszyć. Hot Fuzz , oglądany o trzeciej nad ranem, bynajmniej mnie nie uśpił - wręcz przeciwnie, oglądałam go z narastającym poczuciem "No nie, to jest niemożliwe".
Dotąd człowiek myślał sobie, że rolę faceta, u którego w każdym możliwym epizodzie (np. recytując kawałek o Hekubie) pojawiają się wyłącznie gwiazdy, ma w brytyjskim kinie zagwarantowaną tylko Kenneth Branagh. No więc nie do końca, nie do końca: w Hot Fuzz człowiek co rusz to przeciera oczy/uszy i zastanawia się "nie, to mi się przyśniło, to niemożliwe, że właśnie widziałam Petera Jakcsona/słyszałam Cate Blanchett, nie...". No właśnie jednak tak. Zwłaszcza dla osób z fiołem na punkcie brytyjskiego kina/TV ten film to jest must absolutny - wystarczy popatrzeć na pierwsze sceny, kiedy to super (kujon) detektyw Nicholas Angel zostaje karnie (za to, że statystyki reszty teamu wyglądają w porówaniu z nim dość żałośnie) zesłany na na wieś spokojną, wieś wesołą. Gdzie - jak wiemy z niezliczonych filmów - pod pozorami sielskiego anielskiego spokoju czai się zło, a nawet - Zło. No i już tam furda, że Angel zostanie zesłany: ważniejsze, kto go zsyła .
Poza tym - Hot Fuzz jest w swojej parodystyczności wyjątkowo zabawny, i wydaje mi się, że są ku temu dwa (dobra, trzy) powody. Po pierwsze - zasadniczo jest parodią gatunku policyjnych buddy movies z elementami innych pokrewnych, a nie konkretnych dzieł tegoż, ergo nie traci połowy śmieszności, jeżeli widz nie zna oryginałów. Po drugie - ma (tak jak miał Shaun of the Dead ) sceny o charakterze bardziej dramatycznym, nie rezygnując przy tym bynajmniej ze swojego zasadniczego charakteru radosnego wygłupu - ale te sceny dają widzowi na moment zmianę nastroju (patrz: posługiwanie się w Hot Fuzz suspensem) i dzięki temu nie ma on wrażenia, że twórcy za wszelką cenę, w każdej scenie, chcą być ŚMIESZNI.
Dla mnie osobiście chyba najzabawniejsze są w tym filmie dwie rzeczy. Po pierwsze, zabawa konwencjami i doprowadzanie ich do pewnej prawie-ostateczności, jak w przypadku historii o Angelu i Dannym. Jak każdy czytelnik fanfiction wie, buddy movies są jednym z ulubionych obiektów do przerabiania historii kumpelskich w miłosne. I jak się obejrzy, jak pp. Frost i Pegg, pokazują, jak niedojdowaty tatusiowy syneczek i wielbiciel filmów o gliniarzach, Danny, zmienia się pod wpływem Angela w Prawdziwego Gliniarza Jak z Tych Filmów, a perfekcjonista Angel uczy się od niego, jak Żyć Szczęśliwiej - i co rusz to, pozostając w stylistyce, przerysowują emocjonalny ton tych scen - to człowiek widzi jak na dłoni, skąd się ta tendencja do widzenia w kumpelstwie romansów może brać. Przecież to tutaj to nie jest nic innego, jak przejaskrawienie motywów (mój partner jest dla mnie najważniejszy, będę rozczulał się nad jego zyciem i opłakiwał jego, choćby rzekomą, zgubę, nauczymy się życia od siebie nawzajem), które znamy choćby, żeby nie szukać daleko, z Zabójczej broni...
Drugą z rzeczy, które mnie śmieszyły nieprzeciętnie, jest przemieszanie w Hot Fuzz motywów z różnego rodzaju filmów policyjnych/thrillerów, które jednak, paradoksalnie, tworzy spójną całość. Mamy i policjanta ukaranego za to, że był lepszy od innych, i pozornie sielską prowincję pełną potworów, i tajne bractwa, i skomplikowaną serię na pozór nie łączących się ze sobą i na pozór przypadkowych śmierci a la powieść Agathy Christie, i konspirację, i buddy movie - i to wszystko, przy całej parodystyczności, łączy się w trzymającą się kupy fabułę, a zarazem sprawia, że widz się zastanawia przez cały czas "OK, co jeszcze?". Do tego dochodzi z pełną dezynwolturą potraktowane użycie wielkich ilości keczupu oraz fakt, że ta parodystyczność ma też - dokładnie jak w Shaun of the Dead - typowo brytyjski charakter, bo pokazuje w krzywym zwierciadle właśnie angielską prowincję, a raczej - jej popkulturowy obraz, z kościelnymi fetami, uliczkami, na których wszyscy się znają i pubem jako centrum towarzysko-kulturalnym wioski...
A, i jeszcze punkty za trzy smaki rożków...
A ten trzeci powód z listy powyżej to świetni aktorzy, tak na marginesie. Chwilowo moim wymarzonym nieistniejącym komicznym skeczem jest spotkanie Nicholasa Angela i Gene'a Hunta (z zakładami, czy najpierw Hunt da Angelowi w mordę, czy Angel aresztuje Hunta za nieregulaminowość). Ja nawet nie będę nikogo specjalnie wyróżniać (choć znana mi głównie ze świetnych dramatycznych ról Olivia Colman w roli twardej wsiowej dziołchy-policjantki to było spore zaskoczenie, no i evil Dalton zawsze jest dobry). O aktorach w głównych rolach powiem tylko, że - no, że właściwie to już chyba wszystko powiedziałam. I trochę mi język od chichotu pokręciło.
The Adventures of Merlin ( Przygody Merlina ), created by Julian Jones, Jake Michie, Johnny Capps, Julian Murphy, BBC 1, sezon III, 2010
Krótko, bo nie mam czasu (robota! sprzątanie! pisanie! wyzwanie!): skończyłyśmy z kol. Drakainą oglądać trzeci sezon Merlina .
Jako że - teoretycznie - jest to dla nastolatków, to pozwólcie, że przypomnę sobie, jak to się robiło w szkole.
Na szóstkę, całkowicie i bez zastanowienia, jest dla mnie w tym sezonie rozwój postaci Arthura. Z zarozumiałego nastolatka, więcej niż trochę bully i w sumie - mimo odwagi - dość antypatycznego typka z I sezonu wyrasta tu powoli prawdziwy przywódca, odważny, ale rozsądny i odpowiedzialny, charyzmatyczny, ale też praktycznie myślący, człowiek, za którym inni pójdą z pełnym przekonaniem. Scenarzyści dobrze mu to napisali (widać to świetnie np. w odcinkach Queen of Hearts czy w obu finałowych), a Bradley James znakomicie sobie poradził z zagraniem dorastania swojego bohatera. Nie spodziewałam się, że im to wyjdzie aż tak dobrze.
Na piątkę jest Colin Morgan jako Merlin, bo rutyna (gra tę rolę trzeci rok!) nie pozbawiła go bynajmniej uroku i poczucia humoru. Poza tym, na piątkę (a nie jestem pewna, czy i nie z plusem) jest nowa powracająca postać, Gwaine - bo zrobili z niego rycerza-awanturnika, odważnego i świetnego w tym, co robi, ale przyziemnego, kompletnie przy tym pozbawionego pompatyczności, podniosłości i Mroczności, po trochu herosa, po trochu Falstaffa, ergo - całkowicie do strawienia dla widza w moim wieku. Na piątkę też popis Anthony'ego Heada jako dręczonego obłędem Uthera w dwóch pierwszych odcinkach: Uther w interpretacji Heada pozostaje postacią dwuznaczną, kimś, kogo trudno lubić, ale też trudno mu chwilami nie współczuć. Widać, że to jest bardzo dobry polityk - ale często też zaślepiony fanatyk, nie zasługujący nak naprawdę na bezwarunkową miłośc syna, lojalność sług z Merlinem na czele i przyjaźń Gajusza...
Na cztery - kilka scenariuszy (otwarcie i finał sezonu, Gwaine , The Eye of the Phoenix ) oraz wątki Morgany i Morgause. Szalenie mi się podoba fakt, że Morgana, z której zrobiono czarny charakter, ma tę jedną pozytywną cechę: szaleńczo i z z wzajemnością kocha siostrę; na minus, Katie McGrath i Emilia Fox grają Morganę i Morgause momentami bardziej jak zakochane w sobie nawzajem nastolatki niż jak złowieszcze siostry-czarodziejki... Solidny jak zawsze Gajusz (zwłaszcza w scenach komicznych), no i smok - na czwórkę, bo było go mało i scenarzyści nie zawsze wiedzieli, co z nim zrobić, jak już sobie o nim przypomnieli. Na cztery z plusem wątek podmienionej lady Eleny w odcinku The Changeling.
Na trójkę była reszta scenariuszy, to po pierwsze (OK, OK, mocne 3+ w większości). Na tęż trójkę Elyan, bo choć postać ma perspektywy rozwoju, to wprowadzenie go było tak od czapy i tak kompletnie bez zapowiedzi, że aż się zdenerwowałam (litości, pojawienie się Mels w VI sezonie Doktora miało więcej sensu!).
Na dwóję , zwaną też dopuszczającym - niewiele w sumie. Scenariusz odcinka The Castle of Fyrien , z jego kompletnym brakiem logiki, o, to na pewno. I część kostiumów.
Na jedynkę na mojej osobistej liście zasługuje poprowadzenie postaci Gwen. Nie lubiłam tej postaci w I i II sezonie, bo jej marysuizm i to, że robi wszystko doskonale i nigdy nie popełnia błędów, wyjątkowo mnie irytowały. Tutaj dodatkowo dochodzi zadeklarowany raczej niż napisany (wina jest po stronie scenarzystów raczej niż aktorki) romans z Arthurem. Dość trudno weń uwierzyć, i to nie dlatego, że Gwen jest służącą, a dlatego, że to, jak napisana jest postać Arthura, robi wrażenie, jakby dla niego na pierwszym miejscu był Camelot, na drugim - przyjaciele (Merlin) i rycerze, na trzecim - ojciec, na czwartym - honor, na piątym - sława... a potem scenarzyści przypominają sobie, że jeszcze jest Gwen. Fakt, że to Angel Coulby dostaje się większość tych kostiumów na dwóję, też nie pomaga.
Na świadectwie: mniej komedii, a więcej epiki niż w poprzednich seriach, rozwój postaci idzie zasadniczo ku lepszemu, nikt nie zabił Gwaine'a, zaraz - jak podejrzewam - ktoś zabije Uthera, Merlin dalej nie zdradził się przed Arthurem jako mag i ciągle jeszcze jest nadzieja, że Gwen się prześpi z Lancelotem i przestanie być ideałem ideałów. Słowem - promocja z klasy do klasy udzielona, czwarty sezon w drodze.
Ysabeau Wilce, Flora Segunda of Crackpot Hall, Harcourt, New York, 2007
Ysabeau Wilce, Flora's Dare: How A Girl of Spirit Gambles All To Expand Her Vocabulary, Confronts a Bouncing Boy Terror, And Tries To Save Califa From Shaky Doom (Despite Being Confined To Her Room) , Harcourt Books 2008
W ramach powtórki przed wyzwaniem - dzisiaj o tym, jak można (inteligentnie, pomysłowo i nienachalnie) wpisać tematykę , powiedzmy, społeczno-genderową w powieść fantastyczną dla młodszych nastolatków.
Wyobraźmy sobie dwie książki o małych dziewczynkach.
Pierwsza - to pełna humoru i fantazyjnych pomysłów historyjka gdzieś na skrzyżowaniu Astrid Lindgren z JK Rowling; opowieść o magicznych kłopotach upartej dziewuszki i jej dandysowatego kumpla, o dwóch odźwiernych, z których jeden jest niebieski, o domu z 11 000 pokoi i czerwonym psie. Bohaterka, kumpel i pies eksperymentują z czarami, uciekają przed pożarciem przez dżinopodobnego strażnika nawiedzonego domu i tuż pod nosem straży usiłują wykraść z więzienia Zwinnego Pirata, Zgubę Pacyfiki. Na dodatek moment jest co najmniej symboliczny - bohaterka za parę dni ukończy 14 lat i stanie się według prawa dorosła.
Druga z tych książek to realistyczna powieść o trudnym dorastaniu. Jej główna bohaterka ma na głowie szkołę i nieuniknione w świetle rodzinnej tradycji studia w akademii wojskowej. Matka, wysoki urzędnik w administracji państwowej, jest zbyt zajęta próbami utrzymania kruchej niezależności swojego kraju od potężnego sąsiada, żeby mieć czas dla córki; starsza siostra wyjechała na studia. W efekcie na głowie bohaterki pozostaje nie tylko sypiący się ze starości dom, ale przede wszystkim - opieka nad chorym psychicznie i nadużywającym alkoholu ojcem. Tato miał kiedyś romans z kobietą, która zginęła tragicznie - jej śmierć złamała mu życie w stopniu jeszcze większym niż to, co zrobiono mu, kiedy przez trzy lata był jeńcem wojennym. Wspólnie, przez własną głupotę i brak wyobraźni, rodzice Flory Segundy doprowadzili do śmierci swojej pierwszej córki, też imieniem Flora; bohaterka czuje, że jest tylko zastępstwem za tamtą, idealną dziewczynkę. W domu jest bałagan, tynk odpada ze ścian, a toaleta przecieka. Na dodatek moment jest co najmniej symboliczny - bohaterka za parę dni ukończy 14 lat i stanie się według prawa dorosła.
I tak, to jest jedna i ta sama książka.
To był olśniewający debiut, zwłaszcza jak chodzi o pomysłowość i wyobraźnię autorki. Wilce potrafi mistrzowsko połączyć znane od dawna motywy literatury dziecięcej i fantastycznej - nawiedzone domy o wariackich nazwach (Crackpot Hall, w którym pokoje, korytarze, a nawet nieustająco zapchana toaleta noszą wyszukane imiona), magicznych służących, awanturnicze historie o piratach i strażnikach pogranicza - i łączy je w nową i niepowtarzalną całość. Miasto Califa wydaje się czytelnikowi z jednej strony znajome, z drugiej - nowe: bohaterowie nie są tym, kim się wydają, znane ścieżki i tropy prowadzą w nieznane miejsca i nigdy nie wiemy, jakie dziwactwo - olśniewająco piękny trup na katafalku, winda zjeżdżająca głęboko w dół, bo dzięki temu wywiezie nas w górę czy zabagniony i z lekka cuchnący stawek, w którym zamiast wody kipi czysta magia - czeka za rogiem.
Ale Wilce nie zatrzymuje się w tym miejscu. Flora Segunda to bowiem nie tylko błyskotliwa i oryginalna sztuka dla sztuki, czy raczej - zabawa dla zabawy. Wilce nie boi się ani nieszablonowych postaci, ani trudnych problemów. Flora nie jest ani śliczna, ani wdzięczna: jest pulchniutka i skłonna do popadania w ponuractwo; owszem, marzy, by zostać Strażniczką, ale na co dzień musi pamiętać o wyrzucaniu gnoju ze stajni, myciu naczyń, szorowaniu kafelek w kuchni i karmieniu psów, by nie wspomnieć o pilnowaniu taty. Jest bystra, ale nie ma dość siły woli, by się przeciwstawić matce, kocha rodzinę, ale kompletnie nie ma do niej cierpliwości. Niewiele wie o ślicznych strojach i nie potrafi się fachowo malować - od tego specjalistą jest Udo, jej najlepszy kumpel, zwolennik ekstrawaganckich kapeluszy i równie ekstrawaganckiego makijażu. To zresztą nie czyni go ani niezdarnym, ani zniewieściałym: kiedy Flora, wpół drogi między Światem Jawy i Gdzie Indziej, widzi ludzi, jakimi są, postrzega swojego ojca jako bezradne, bezwolne dziecko, ale czternastoletni Udo jawi się jej jako zdecydowany, uparty, pełen woli mężczyzna. Valefor o demonicznym (dzieli je z jednym z diabłów) imieniu, marudny Odźwierny w Crackpot Hall, który podstępem próbuje wyssać z Flory wszelkie siły życiowe, nie jest tylko złym potworem z szafy - naprawdę cierpi i jest w żałosnym stanie, od kiedy matka Flory odcięła go od domu, którego część stanowi! Pan i pani Fyrdraaca z kolei stanowią klasyczne przykłady dobrych toksycznych rodziców. Juliet "Buck" Fyrdraaca jest apodyktyczna, by nie powiedzieć tyrańska; jej metoda wychowania córki polega na zwalaniu na nią góry obowiązków i ogromnej, za dużej dla czternastolatki odpowiedzialności. Flora kocha matkę, tęskni, kiedy jej nie ma i rozumie, na czym polega jej problem - Buck de facto samodzielnie rządzi całym państwem w imieniu zezgredziałego Warlorda, któremu starcza energii jeszcze tylko na karty ze starymi kompanami i podszczypywanie po pupach młodych kobiet. Flora nie ma też wątpliwości, że matka kocha i szanuje ją - to, że traktuje ją jak skrzyżowanie służącej z rekrutem, jest, paradoksalnie, jeszcze jednym tej miłości dowodem: córka jest jedyną osobą, której Buck ufa na tyle, by podzielić się z nią obowiązkami. Nie zmienia to faktu, że pani generał nie ma bladego pojęcia o tym, jaka naprawdę jest i czego naprawdę chce jej córka.
Ojciec Flory był kiedyś najbardziej narwanym, bohaterskim i rycerskim z oficerów; teraz jest pijakiem i wariatem, wiecznym powodem do zakłopotania dla żony i strachu córki - Flora truchleje na samą myśl, że pod nieobecność mamy Tatko mógłby wypełznąć ze swej samotni u szczytu schodów i zacząć zawracać jej głowę bełkotliwymi monologami pijaka. Flora może i go kocha, ale na pewno niezbyt lubi; dopiero w trakcie swoich przygód, kiedy nieszczęsna chęć ratowania Valefora ściąga na nią wszelkie wyobrażalne kłopoty, dziewczyna przekonuje się, że ojciec, choć tak naprawdę słaby i bez charakteru, naprawdę ją kocha i na swój obłąkany sposób stara się jej pomóc.
I jest jeszcze mroczny i tajemniczy Lord Axacaya, syn bogini i władca półorlich strażników, wróg matki Flory, wróg Flory i Uda, potężny czarodziej; czarny charakter tej opowieści - jak się wydaje przez sporą część akcji. To właśnie od niego Flora odbiera najważniejszą lekcję swojego dotychczasowego życia: że sama jest sobie winna. Flora widzi to, co zrobiła - oszustwa, wyłudzenie podpisu Warlorda, próbę porwania skazanego na śmierć Pirata - w kategoriach romansowej przygody; postrzega je jak dziecko albo jak bohaterka jednej z powieści opisanych w Tough Guide to Fantasyland Diany Wynne Jones. Axacaya zmusza ją, by ujrzała je w kategoriach dorosłych - jako kradzież, porwanie, przestępstwo; przede wszystkim jednak uświadamia jej, że Valefor nie mógł jej ukraść Woli - sama mu na to pozwoliła, nie mając dość siły, dość charakteru, by się przeciwstawić dominacji innych. To dzięki niemu Flora dorośnie, symbolicznie, kiedy oprze się woli matki i powie, że nie zamierza zostawać wojskową. Nie wiemy - ona sama nie wie - czy się jej uda przekonać Buck, ale pierwszy, najważniejszy krok został zrobiony.
Flora's Dare kontynuuje przygody bohaterki. OK. zaszły pewne zmiany: Hotspur, ojciec Flory, nie jest już obłąkany - między innymi dzięki odwadze i poświęceniu swojej córki. Co nie znaczy bynajmniej, że teraz łatwiej z nim wytrzymać.
Flora Segunda kończyła się ceremonią Catorceny tytułowej bohaterki: od tej pory, od dnia swoich czternastych urodzin, Flora jest już dorosła. Przynajmniej oficjalnie. Ona sama nie zauważa zmian w swoim życiu, ale zauważa je czytelnik - o ile Flora Segunda była powieścią o dziewczynce, Flora's Dare jest bardzo zdecydowanie o nastolatce. Zamiast - a raczej obok - dziecięcego świata pojawiają się motywy znane zupełnie skądinąd: obok podobnych do dżinnów odźwiernych mamy kluby, gwiazdy rocka (a raczej ich tutejszy odpowiednik) i znudzone gotki z dobrych (aż za dobrych) domów. Zamiast fantasy mamy klasyczny chwyt science fiction, podróż w czasie. Do tego, dodajmy, całkiem sporo miłości i seksu. A przy tym, to nadal jest książka zarówno dla rówieśników bohaterki, jak i dla rówieśników autorki.
Flora dorasta i zaczyna dostrzegać rzeczy, których wcześniej nie widziała - a raczej, dopuszcza je do świadomości na tyle, żebyśmy my, czytelnicy, je dostrzegli. Ona sama nie wie, dlaczego tak strasznie wkurza ją zmanierowana i śliczna Zu-Zu (o której konsekwentnie mówi w pierwszoosobowej narracji the Zu-Zu ) i czemu nie może znieść zainteresowania, jakie wobec Zu-Zu okazuje jej najlepszy przyjaciel Udo. Nie potrafi też nazwać uczuć, jakie budzi w niej uwaga, jaką jej z kolei okazuje tajemniczy i egzotyczny lord Axacaya, czarnoksiężnik i śmiertelny wróg jej rodziny. Wilce przy tym nie boi się trudnych tematów, zarówno trudnych społecznie (cała kwestia dziejów rodziny Flory, jej pochodzenia i uczuć, jakie żywią wobec siebie jej rodzice), jak i obyczajowo (kwestia pociągu, jaki niewątpliwie Axacaya czuje wobec swojej nastoletniej "uczennicy", i jej reakcji na jego uczucia; o Udo, Zu-Zu i nethergloves może nie wspomnę ;)), a także - politycznie (historia przystąpienia Idden, idealnej starszej siostry Flory, do terrorystycznej antyrządowej organizacji, dzieje Krwawej Brakespeare). Aha, żeby było jasne - to powyżej, ten pociąg, terroryzm i inne takie, to tłumaczenie moje z "Florowego" na nasze. Sama Flora, choć bystra i niegłupia, nigdy nie dostrzega wszystkich implikacji tego, co się dzieje - tak jak, zapewne, nie postrzegałaby ich i nie potrafiła nazwać większość jej rówieśników w naszym świecie. Niezwykłą i fascynująco inną od tradycji rzeczywistość fantasy uzupełnia u Wilce wyjątkowo realistyczna psychologia nastolatków.
Bohaterowie Wilce są dwuznaczni, prawdziwi i przekonujący, a że na dodatek oglądamy ich oczyma nie do końca wiarygodnej i nie do końca rozumiejącej wszystkie implikacje wydarzeń narratorki, tym bardziej nie wszystko, co o nich wiemy, jest pewne. Jedno jest pewne - nie są idealni. Udo jest odważny i zdecydowany, ale też marudny, obrażalski i porywczy. Rodzice Flory tworzą, mówiąc najoględniej, mocno dysfunkcyjną rodzinę, ale niewątpliwie kochają swoje dzieci i szanują się nawzajem. Krwawa Brakespeare - czy była tyranem, potworem, zagubioną dziewczynką, tyranizowaną żoną, lojalną kochanką, patriotką chwytającą się desperackich, nieludzkich sposobów? Idden - jak ocenić jej słuszną moralnie, odważną politycznie, szczeniacką, nieprzemyślaną i kompletnie egoistyczną decyzję o dezercji? A Axacaya, z jego wiecznymi zmianami strony, z jego lojalnością nie wiadomo wobec kogo, z jego ciągłą pomocą dla Flory i Calify i chęcią złożenia tej pierwszej w ofierze dla ocalenia tej drugiej i niezdrowym pożądaniem, jakie wobec Flory czuje, kim jest - potworem, romantycznym antybohaterem, odrażającą kreaturą, ofiarą? Nie, bohaterowie Wilce nie są ani jednowymiarowi, ani idealni. Jestem Ysabeau Wilce tak samo wdzięczna za postać Flory, jak byłam swego czasu wdzięczna JK Rowling za Hermionę Granger. Hermiona była kujonem i grzeczną dziewczynką z za dużymi zębami - ale jej zamiłowanie do nauki, jej moralny kompas i jej poczucie, że trzeba przestrzegać zasad było - nietypowo! - niezbędne dla osiągnięcia celów. Flora nie jest śliczna, nie jest nawet bardzo ładna: jest nieco zbyt okrągła, nie obchodzi jej moda, nie umie się ubrać, a jedynym posiadanym kostiumie kąpielowym wygląda raczej żałośnie; bywa przy tym po nastolatkowemu marudna i zarozumiała - a mimo to, dzięki determinacji, uporowi i sile charakteru, osiąga to, czego chciała. Na dodatek Wilce unika tu typowego w powieści dla nastolatków schematu, mówiącego, że młodzi zawsze mają rację, a rodzice/dorośli nigdy nie widzą albo nie rozumieją niebezpieczeństwa (co się JK Rowling również, niestety, zdarzało). Tutaj rację mają po trochu obie strony i, podobnie jak w pierwszej powieści z tego cyklu, Flora przekonuje się, że może się od nich czegoś nauczyć (w I części to Axacaya uświadamiał jej konsekwencje jej postępowania, tutaj robi to ojciec).
Szalenie mi się w tym cyklu podoba fakt, że Wilce z kompletną dezynwolturą traktuje konwencje młodzieżowej powieści przygodowej, a zarazem - robi to lekko, nienachalnie, bez mrugania do czytelnika. Wilce nawet nie próbuje głosić, że kontestuje konwencję - ona ją po prostu stawia na głowie; po swojemu, bez dydaktyzmu, bez pouczania. Nie wyjaśnia, że w Califie kobieta może być głównodowodzącym armii, nie pokazuje, że jest to niepowtarzalne, dziwne, nietypowe, inne - bo nie jest. Nie jest też niczym nietypowym, że Flora i Idden pójdą do wojska, że Udo, stuprocentowo przy tym heteroseksualny i konwencjonalnie męski (patrz wspomniana przeze mnie scena wizji, w której Flora widzi swojego ojca jako przerażone dziecko, a kumpla - jako dorosłego, energicznego i świadomego własnej siły i wartości mężczyznę), ma fioła na punkcie mody, makijażu i ciuchów, że oficjalnym formalnym strojem dla obu płci jest coś pośredniego między togą a kiltem. I najfajniejsze jest w tym wszystkim to, że Wilce po prostu rzuca czytelnikowi te wszystkie detale, nie wyjaśniając, nie tłumacząc, nie podkreślając "patrzcie, jaka postępowa jestem"! Nic z tych rzeczy: w Califie po prostu tak jest.
Kroi się nam powoli nowe wyzwanie blogowe - i niejako w przygotowaniu do niego chciałabym wrócić do paru swoich starych notek.
To nie będą moje typowe remanenty, czyli linki do starszych wpisów, które nagle zrobiły się aktualne: zamierzam raczej wziąć kilka z opublikowanych parę lat temu recenzji i je przerobić/poskracać tak, żeby wydobyć z nich rzeczy dla nowego wyzwania i dominującej w nim genderowej tematyki istotne. Zdecydowałam mianowicie, że odgrzebię notki o tych książkach, które znalazły się na naszej wstępnej (szerokiej) liście lektur, ale wypadły z niej z racji faktu, że są ciężko osiągalne: nigdy nie doczekały się polskiego przekładu. Zacznę od nowej, skróconej i poprawionej wersji notki o Carnival Elizabeth Bear.
ssssssssssssssssssssssssssssspoilers!
Elizabeth Bear, Carnival , Bantam Spectra Books 2006
Zaczyna się tak: Dwóch ludzi, dwóch już zdecydowanie niezbyt młodych mężczyzn na statku kosmicznym, zbliżającym się powoli do celu - obcego państwa na obcej planecie, eks-ziemskiej kolonii. Zawodowo, choć formalnie są plus minus ambasadorami pokoju, mają za zadanie dokonać de facto zamachu stanu w miejscu, w które przybywają, i w ten sposób wesprzeć imperialne ambicje ziemskiego rządu. Życiowo, jeden z nich jest w swoim społeczeństwie persona non grata i tylko fakt plus minus arystokratycznego pochodzenia sprawia, że jeszcze żyje; na drugiego, choć złożył samokrytykę i wycierpiał swoje, też patrzy się podejrzliwie; obaj jednak są jedynymi profesjonalistami, którzy mogą jednocześnie poradzić sobie z trudnym szpiegowskim zadaniem, jakie dostali i spełnić wyśrubowane wymagania psychologiczno-osobowościowe, jakie stawiają nieufni gospodarze (gospodynie, w sumie). Jeszcze bardziej życiowo, obydwaj znają się od lat, bardzo, bardzo blisko: są eks-kochankami w świecie, który w sprawie związków homoseksualnych wrócił do brytyjskich praw sprzed roku 1861, a ich romans, a raczej jego poprzedni etap, najoględniej mówiąc, nie skończył się dobrze.
Co się stało: Jakiś czas wcześniej, katastrofa ekologiczna na Ziemi doprowadziła do wyginięcia 90% ludzkości, w tym wszystkich na półkuli północnej. Na Ziemi powstał fundamentalistyczny rząd, którego naturalnym elektoratem byli katolicy z Ameryki Pd. i azjatyccy muzułmanie; co więcej, tak naprawdę kontrolę nad Ziemią sprawują tajemniczy the Governers (i ja bym ich chyba przetłumaczyła Wychowawcy, wbrew pozorom), maszyny zaprogramowane do strzeżenia, per fas et nefas , by ludzie przestrzegali narzuconego stylu życia (a nadmiarowych ludzi się np. zabija). Śmiercią karane są, jak w kodeksie Drakona, liczne mniej lub bardziej poważne wykroczenia, od nadużywania dramatycznie wręcz brakującej energii po romanse z osobami tej samej płci. Co więcej, imperialistyczny rząd Ziemi zamierza podbić swoje byłe kolonie, najlepiej metodą divide & impera ; ergo, na zarządzaną przez wyłącznie kobiecą społeczność Nową Amazonię nasi dwaj kochankowie zostają wysłani jako ambasadorzy/ szpiedzy/ prowokatorzy; tyle że każdy z nich ma własne plany... ergo do fantastyki naukowej dochodzi spora dawka thrillera politycznego i political fiction.
Carnival jest - co zauważyło kilku recenzentów - w swoich ogólnych zarysach bardzo klasyczną powieścią SF, z jej tradycyjnymi motywami: Ziemia, rządzona przez tyranów i tyrańsko uciskająca swoje kolonie, quasi-utopijne (na pozór) społeczeństwo kolonii z ich dziedzictwem Obcej cywilizacji i ziemska misja, mająca być początkiem inwazji - i, jak się łatwo domyślić, bohaterowie oczywiście okażą się w końcu zbyt szlachetni, by zrealizować plany swojego podłego rządu. Że zacytuję innego recenzenta : what happens when a trio of borderline personalities decide to save the universe .
Tyle że, jak zwykle u niej, Bear stawia te tradycyjne i konwencjonalne tropy na głowie, miesza je i przekształca, i w efekcie daje czytelnikowi tekst, który z jednej strony jest świetną realizacją pewnej literackiej konwencji, z drugiej, ze względu na swoją subwersywność, oryginalnym i głębokim na temat tej konwencji komentarzem. Z polskiego na nasze: Bear pisze klasyczną SF, jednocześnie z pełnąświadomością reguł gatunkowych podważąjąc, przekształcając i reinterpretując większość typowych dla klasycznej SF schematów.
Po pierwsze, Carnival to nie tylko historia o wojnie i Kontakcie, także opowieść o miłości i zdradzie. Jako dyplomatów w misję na Nową Amazonię posłano dwójkę dysydentów, których normalnie czekałoby więzienie albo i kara śmierci, ale są zbyt dobrzy w tym, co robią, by rząd mógł pozwolić sobie na ich stratę. Bohaterowie byli kiedyś parą, dopóki ich związku nie zniszczyła zdrada i polityka... co nie znaczy, że razem ze związkiem minęła miłość. Po siedemnastu latach od chwili, kiedy widzieli się po raz ostatni, czterdzieści lat po tym, jak się w sobie zakochali, w tej misji spotykają się ponownie.
Obydwaj bohaterowie tej historii miłosnej są mężczyznami. Nie żeby w fantastyce ostatnich kilkudziesięciu lat było to czymś szczególnie rewolucyjnym (Kushner, Sherman, Monette, Lackey, Rice, Barker, Delany, Brite, Gabaldon, Laurell Hamilton, J. Carey, Flewelling, M. Scott, Gaiman, Kay, długo by wymieniać; motyw jest - zwłaszcza w fantasy - na tyle popularny, że doczekał się hasła w rejestrującym wszelkie klisze i banały gatunku Tough Guide to Fantasyland Diany Wynn Jones), ale zawsze jest to przykład odejścia od konwencji kosmicznego westernu , i to na dwóch płaszczyznach (przez wprowadzenie motywu romansowego jako jednego z głównych, i wybór homoseksualnych protagonistów). Oba te zabiegi są dokładnie przeciwne konwencji fantastyki Złotego Wieku - podczas gdy, o czym była już mowa, poza tym pod wieloma względami powieść Bear świetnie by się w takiej konwencji mogła zmieścić.
Ponoć (zdaniem R. Ziemkiewicza np.) SF i psychologia wykluczają się nawzajem. No właśnie niekoniecznie. Elizabeth Bear ma duży talent do psychologicznych subtelności i jej portret kochanków, rozdzielonych przez politykę i czas, a zarazem ciągle czujących do siebie tę dziwaczną mieszankę miłości, pożądania, rozczarowania, tęsknoty i odpowiedzialności za siebie nawzajem, jest rzeczywiście intrygujący, zwłaszcza, że autorka dość konsekwentnie przeskakuje z jednego punktu widzenia na drugi, od opinii Michelangela do Vincenta, dając czytelnikowi wgląd w uczucia jednego i drugiego; co więcej, ich emocje i wzajemne uczucia, a także psychika ich przewodniczki, Lesy Pretorii, stanowią klucz do fabuły powieści. Bear mistrzowsko buduje między dwoma głównymi bohaterami napięcie - tak psychologiczne, płynące z dzielonej przez nich historii miłości i zdrady, jak i czysto erotyczne. Przygląda się swoim postaciom z bliska, rejestrując ich drobne gesty, wymiany uwag, przypadkowe dotknięcia... rysując portret dwójki ludzi, którzy kochają się i pożądają, choć już wiele lat wcześniej weszła między nich polityka, prawo, zasady i dobro większości; no i z pełnym wyczuciem (i lekceważeniem) konwencji ten wątek romansowy rozwiązuje. Psychologicznie prawdziwe są też postacie z Nowej Amazonii, przede wszystkim matka-polityk Lesa, uparta, zdecydowana i zbuntowana, enfant terrible własnego świata, ale też jej niewolnik-kochanek Robert czy dzieci tej pary, Katya i Julian.
Wszystkich czytelników, którzy w tym momencie postanowili, że nie mają ochoty czytać kolejnej agitki, w której społeczność złych białych chrześcijańskich konserwatystów, którzy zatruwają środowisko i nie pozwalają na homoseksualne małżeństwa, przeciwstawiona jest wielokulturowej, proekologicznej, newage'owej i kochającej sztukę oraz szanującej dziedzictwo wymarłej Obcej cywilizacji kulturze tolerancyjnych lesbijek, pragnę niniejszym uspokoić: ta książka nie jest agitką. Bardzo zdecydowanie nie jest. Tyrański rząd ludzkości jest rządem ekologów, zarządzana przez same kobiety i spychająca mężczyzn do roli podludzi Nowa Amazonia bynajmniej nie jest rajem, panie polityczki są jedna w drugą potworami pierwszej klasy (taka np. Maiju, regularna nazistka, która chętnie zamknęłaby męską populację NA w gułagach albo wymordowała i zastąpiła ich udział w rozmnażaniu sztucznym zapłodnieniem!). Ziemian podzielono na tych, co przeżyją, i tych, którzy zginą, wedle kryterium rasowego: wymordowane 90% ludzkości zawierało niemal 100% rasy kaukaskiej (Europa i Ameryka Pn. były odpowiedzialne za ekologiczną katastrofę, która poprzedziła powstanie Wychowawców), więc rasistowska i bezlitosna Ziemia to Ziemia Azjatów, Afrykańczyków, mieszkańców Ameryki Pd., Aborygenów. Co więcej, na Ziemi, podczas Oceny, tylko ci utalentowani, ci kreatywni, zostali oszczędzeni: art was survival , wedle słów Kusanagiego-Jonesa . Jeszcze jeden trop postawiony na głowie: Ziemia mniejszości, Ziemia geniuszy i artystów, Ziemia ekologów bynajmniej nie stała się rajem... Nowa Amazonia nie jest ratunkiem dla Ziemi ani wzorem do naśladowania. Ekologia nie jest rozwiązaniem. Obcy nie są etyczni i przemądrzy. To przeciwny ziemskiego systemowi Vincent jako jedyny z bohaterów jest chrześcijaninem (gnostykiem, ale chrześcijaninem). Michelangelo Kusanagi-Jones i Vincent Katherinessen nie są aniołami, ani wzorcami osobowymi, ani nawet nieszczęśliwymi ofiarami a la Jack w Vellum Hala Duncana.
Elizabeth Bear nie idzie też w drugą stronę - to nie jest bynajmniej wizja z gatunku "Wstrętni lewacy, ekolodzy i feministki niszczą świat i zabijają chrześcijan", o nie. Oba społeczeństwa są poddane krytyce, ale też nie krytyce absolutnej: widzimy powody, dla których społeczności Nowej Amazonii i Ziemi rozwinęły się tak, a nie inaczej, i zaczynamy rozumieć, jak to się stało, że szczytne idee ekologicznego trybu życia z jednej, a równouprawnienia kobiet z drugiej strony wyrodziły w się w dwie przeciwstawne, identyczne dyktatury. Kobietom naprawdę było na Ziemi źle; a ludzkości naprawdę groziło wyginięcie, i naprawdę trzeba było coś z robić. No tyle żed włączyła się natura ludzka z jej skłonnością do ekstremizmów: jesteśmy ludźmi, ludzie tak mają - a może inaczej, zważywszy na obecność Obcych: jesteśmy istotami społecznymi, zawsze nam to grozi.
Nowa Amazonia nie jest feministyczną utopią: w ogóle przecież nie jest feministyczna, w tym sensie, że feminizm oznacza równość obu płci. Rząd Nowej Amazonii jest pod wieloma względami równie restrykcyjny i bigoteryjny jak rząd ziemski - i tę antyutopijność Nowej Amazonii widać najwyraźniej w historii Juliana, piekielnie utalentowanego syna Lesy, jednej z głównych nowoamazońskich bohaterek powieści. Jego los jest dokładnie identyczny jak los, który oczekiwałby naukowo utalentowaną dziewczynę w Średniowieczu: co z tego, że ma zdolności, skoro jest nie tej płci, co trzeba. Widać ją także w podziale mężczyzn na gentle males (homoseksualistów), którzy mogą pełnić ograniczone role w społeczeństwie (ogrodnicy, szoferzy itd.) i studs , którym z założenia się nie ufa i którzy traktowani są przez prawo jak niebezpieczne zwierzęta domowe. Z drugiej strony, Ziemianie (w sensie politycznym, nie geograficznym; Vincent nie urodził się na Ziemi) nie są lepsi: obaj główni bohaterowie mają problem z zaakceptowaniem sytuacji, w której dopuszcza się do poważnych decyzji kobiety i obaj są przekonani, że jest to jakiś rodzaj aberracji, że coś jest tu nie w porządku. Obaj przy tym brzydzą się Nowej Amazonii, brzydzą jedzenia mięsa i posiadania zwierząt domowych, brzydzą zapachów, smaków i wszystkiego, co ich otacza; dla nich, wychowanych w skrajnie ekologicznym reżimie, to wszystko są dowody dzikiego barbarzyństwa. Tyle że zarówno Michelangelo, jak Vincent, jak Lesa Pretoria mają dość determinacji, wewnętrznej uczciwości i rozsądku - i mają też dość otwarte umysły - by móc, powoli, otworzyć się na argumenty, system wartości i podejście tej drugiej strony. Być może to, że i oni, i ona wiedzą, że z ich własnymi społecznościami jest coś bardzo nie w porządku i że wszyscy troje zaznali tego na własnej skórze, pomaga w tym otwarciu? Być może pomaga też fakt, że seksualność każdego z nich odbiega od przyjętej w ich poszczególnych kulturach normy? (Lesa jest bardzo zdecydowanie heteroseksualna i nie boi się mężczyzn, nie czuje też wobec nich wyższości ani nie traktuje ich z pobłażaniem; Roberta, ojca Juliana, kocha od lat i ufa mu bardziej niż jakiejkolwiek kobiecie ).
Powieść Bear jest przede wszystkim studium błędnego koła: represji i nietolerancji, które rodzą, w odpowiedzi, kolejne represje i nietolerancję; w pewnym sensie można powiedzieć, że z bohaterami tej powieści jest jak z niewolnikami, którzy wyzwalają się, tworzą własne państwo i natychmiast kupują sobie niewolników. Między władzami Ziemi a opiniami, powiedzmy, Maiju Montevideo, nie ma żadnej różnicy, poza tym, kto właściwie ma być prześladowany, zamknięty w gułagach, odcięty od decydowania o własnym świecie, pozbawiony praw. Równie niemoralna jest społeczność Obcych i ich genetyczne manipulacje własnym gatunkiem. Mechanizm jest ten sam: wszystkie te społeczeństwa są antyutopijne i okrutne, a wyjść poza ten schemat mogą, w obu przypadkach, tylko jednostki, ci, którzy są na pograniczu, którzy sami są o krok od znalezienia się wśród tych zamykanych, prześladowanych, odciętych. Obie pary - zarówno Lesa i Robert, jak Vincent i Angelo - żyją we własnych, prywatnych światach, ukrywanych przed rodakami: nikt nie wie, że Lesa pozwoliła Robertowi się kształcić, nikt nie zna prywatnego języka Kusanagi-Jonesa i Katherinessena. Kii, przedstawiciel/twór lokalnej Obcej rasy, został zbudowany, by być badaczem i kontrapunktem dla Jedności ich umysłów. Ta izolacja, paradoksalnie, pomaga każdemu z nich wyjść poza swoją kulturę i spróbować zrozumieć tę inną. Każdy system polityczny, dążący do kontrolowania swojej populacji, musi się zdegenerować; siła tkwi w indywidualnościach, nie w systemie; jednostki zawsze mogą się porozumieć, wbrew wszelkim różnicom, jeżeli przeciwstawią ideologii własny rozum, własne szczere emocje i własną wewnętrzną uczciwość - to chyba najbliższa "przesłania" myśl, jaką w powieści Bear da się wyczytać.
Zastanawiam się, w jakim stopniu Nowa Amazonia jest aluzją do Whileway, zamieszkanej przez same kobiety planety z pamiętnego, kontrowersyjnego i nagradzanego opowiadania Joanny Russ When It Changed , gdzie sytuacja wyjściowa jest niemal identyczna: do kolonii-świata kobiet przybywa delegacja mężczyzn ze starej Ziemi, a ich przybycie musi zmienić porządek rzeczywistości. Mam z tekstem Russ problem, bo za każdym razem, jak go czytam, odbieram go inaczej, i dzisiaj widzę w nim znacznie więcej dwuznaczności, niż w 2008, kiedy porównałam go, w swojej oryginalnej recenzji, z tekstem Bear - ale może ten problem warto zostawić na dyskusję w szerszym gronie...
..... i znowu nie do końca na (popkulturowy) temat.
Wstyd ( Shame), reż. Steve McQueen, wyst. Michael Fassbender, Carey Mulligan, 2011
Obejrzałam Wstyd i nie bardzo wiem, co powiedzieć. No, może poza tym, że raczej na pewno muszę powiedzieć jedno:
spoilers!
oraz: wpis dla dorosłych, ale film jakby też
Jest w tym filmie coś, co się człowieka czepia i niepokoi. Niby to nie pierwszy film o tym, że (tak czy inaczej rozumiany) seks może nam zrobić krzywdę, jaki widziałam (wbrew wrażeniu, jakie ten blog może robić, zdarza mi się oglądać coś więcej niż SF i kolejne wersje Holmesa) - po Ostatnim tangu w Paryżu, Gorzkich godach i Imperium zmysłów człowiek powinien już być uodporniony na taki temat, prawda? Ale jednak - Wstyd wcale przez to nie robi mniejszego wrażenia, chyba większe nawet, bo jego bohaterowie są mniej... skazani, mniej przeklęci , mniej tragiczni niż ci z filmów Oshimy czy Polańskiego, bardziej może przez to żałośni i jednocześnie możliwi do zrozumienia, bardziej ludzcy.
Tylko czy to w ogóle jest historia o uzależnieniu od seksu. O czym dalej.
To jest na pewno historia o dwójce ludzi - on pewnie jakoś po trzydziestce, ona chyba troszkę młodsza, oboje pokiereszowani przez życie. Po nim na zewnątrz tego nie widać: Brandon ma dobrą pracę, eleganckie mieszkanie, znajomych, a swoją naturę - nawet nie seksualnego drapieżnika, co raczej pasożyta - świetnie ukrywa pod maską przystojnego (no nic poradzę, Fassbender z jego urodą aktora ze złotej ery francuskiego kina jest dla mnie jednym z najatrakcyjniejszych mężczyzn, jakich w życiu widziałam), uprzejmego i zwracającego uwagę na detale człowieka sukcesu. Przytrzyma ci drzwi, kiedy będziesz wchodzić do budynku, natychmiast zauważy i zapamięta kolor oczu i nawet jeżeli zamierza płacić za seks, zaproponuje drinka. Ona, i owszem, wygląda na skłóconą z życiem: bez domu, bez pieniędzy i bliskich, śpiewająca po restauracjach dziewczyna z fryzurą Marylin Monroe, z wielkimi, półprzytomnymi oczyma i bliznami - po samookaleczeniach? po nieudanych samobójstwach? - na przedramieniu. Sissy, zagrana przez Carey Mulligan (to nie jest żadna wschodząca gwiazda, na bogów, po tym filmie i po Drive to już jest i gwiazda, i aktorka pełną gębą!) nie umie żyć: nie potrafi znaleźć sobie miejsca, zorganizować własnej przestrzeni (ten bałagan i chaos, który jej zawsze towarzyszy!), a jak już ktoś jej okaże choć odrobinę zainteresowania, choćby z najniższych pobudek, uczepi się go jak bluszcz i nie puści; wypłakuje i wyłudza na innych, by zwracali na nią uwagę: patrz ta przeraźliwie smutna scena jakoś na początku, kiedy Sissy zaklina przez telefon jakiegoś już byłego faceta, powtarzając panicznie kocham cię, kocham cię, tak mi źle, tak cię kocham, kocham cię ... Chwilami miałam wrażenie, że tak jak Brandon umie komunikować się głównie przez seks, tak Sissy używa do tego histerycznej emocjonalności - ale z drugiej strony jej relacja z Brandonem jest, i to z jej strony, mocno podszyta kazirodczym - bo ja wiem czym, nie fascynacją przecież i nie pożądaniem, kazirodczym... sposobem bycia? Z wiecznie otwartymi drzwiami do łazienki, z chodzeniem po kuchni półnago, z telefonami, które brzmią jak do kochanka, choć są zostawiane na automatycznej sekretarce brata?
Bo Sissy i Brandon nie są przeklętymi kochankami, są bratem i siostrą ze złego miejsca , które kiedyś w dzieciństwie (w Irlandii? W New Jersey? Nie wiemy, gdzie, nie wiemy, jak) przetrąciło im obojgu światopogląd i złamało życie. Bo to nieprawda, że Brandon jest lepiej przystosowany, o nie: to skutecznie stosowane pozory. Te pozory mylą bardzo wielu, nawet tych, którym się wydaje, że Brandona znają: jestem pewna, że kiedy jego szef sugeruje, że za pornografię znalezioną na dysku służbowego komputera odpowiedzialny jest stażysta, naprawdę w to wierzy. W końcu to Brandonowi udaje się podrywać w barach te wszystkie dziewczyny, które olewają jego nieporadnego, żałosnego w swej pozie macho przełożonego...
Czego nie wie ani szef, ani nikt chyba, to fakt, że Brandonowi też życie przelewa się przez palce. Jest nawet nie tyle tym, czym się wydaje: seksualnym zwierzęciem, gotowym na kopulację z każdą kobietą, jaka zwróci jego uwagę, co raczej pasożytem, niezdolnym do samodzielnego życia i świadomych wyborów i prawie równie jak siostra autodestrukcyjnym (patrz: scena z podrywaną w pubie dziewczyną i prowokowanie jej faceta, choć od pewnego momentu było oczywiste, jak to się musi skończyć). Jeśli ma partnerki - to są to prostytutki albo dziewczyny podrywane w klubach na jedną noc; na co dzień jednak jego życie seksualne tak naprawdę ogranicza się do pornografii w każdej postaci i kompulsywnej masturbacji w dowolnych okolicznościach, sprzyjających czy nie. Te partnerki na chwilę też przecież są czymś niewiele więcej, niż seks-zabawkami - a kiedy przez chwilę Brandon próbuje coś zmienić, ponosi klęskę. Przy zabranej do eleganckiego hotelu koleżance z pracy, z którą zaczynało go łączyć jakieś zainteresowanie, jakieś rozmowy, okazuje się impotentem - choć potem widzimy, jak uprawia tam seks z inną, obcą kobietą (która, tak na marginesie, chyba jest prostytutką, zważywszy, że Brandon odzywa się do niej dokładnie tak samo, jak go dziewczyny, którą wynajął w jednej z pierwszych scen filmu). Z nią nic go nie łączy: z jego punktu widzenia, seks z tą dziewczyna, tak jak z tą poderwaną w barze i z wszystkimi innymi, to tak naprawdę nic innego, jak masturbacja, bo tej drugiej osoby, tak naprawdę, nie ma.
Napisałam sobie na początku, że to jest film o uzależnieniu od seksu, ale dość szybko przyszło mi do głowy, że jednak nie całkiem. Może to jest przede wszystkim film o nieumiejętności - i nigdy nie wiemy, czym spowodowanej - wyjścia poza siebie i niezdolności (niechęci?) do jakiejkolwiek znaczącej interakcji z ludźmi, jakiejkolwiek intymności? Pod tym względem jest to dokładnie drugi biegun i przeciwieństwo Nine Songs , które też niby są o seksie (i to zdecydowanie jeszcze bardziej dosadnie i w detalach pokazanym), ale przede wszystkim właśnie o intymności i zwyczajnej bliskości chłopaka i dziewczyny. Tu bliskości nie ma, a intymność jest pozorna, co skądinąd znakomicie widać, bo film, przy całej swojej tematyce, jest w zasadzie pozbawiony zmysłowości, sterylny i zimny, przeestetyzowany: Brandon może być bezcenzuralnie nagi przez sporą część tego filmu, możemy oglądać go uprawiającego seks z kobietami, masturbującego się, całującego się z mężczyzną, w orgietce z dwiema dziewczynami - i co z tego, skoro ci wszyscy ludzie nic dla niego nie znaczą i w żaden sposób na niego nie wpływają?
No dobrze - to nieprawda, to ostatnie zdanie. Bo gdzieś w Brandonie jest ten tytułowy wstyd i poczucie klęski; jego obsesja i pozbawione emocji innych niż nałogowa de facto potrzeba spełnienia, tu i teraz, w jakiś sposób musi się jemu samemu wydawać - bo ja wiem, niewłaściwa, wstydliwa właśnie? Kilkakrotnie próbuje się jej pozbyć (jak sądzę, takimi próbami są randka z koleżanką z pracy i desperackie wyrzucenie całej posiadanej w domu pornografii) - a ostatnia scena pozostawia nas w niewiedzy, czy mu się udało, czy nie. Zastanawiam się - i z zastanawiałam się przez większość seansu - jak to jest z moralizatorską stroną tego filmu: czy rzeczywiście, o co niektórzy recenzenci miewali pretensje , chodzi tu o potępienie, z konserwatywnych pozycji, seksualnej rozwiązłości? Potępienie hedonizmu i niczym nieskrępowanego korzystania z życia - bo przecież mnóstwo z nas Brandonowi mogłoby pozazdrościć? Do jakiegoś stopnia pewnie tak, bo dość wyraźnie wynika nam z tego filmu stwierdzenie "Pustka w życiu Brandona wiąże się z przypadkowym seksem" . Tylko co tu jest powodem, a co skutkiem? Momentami mam wrażenie, że ten film jest/miał być o tym, czego w nim nie ma - o dzieciństwie/młodości/dorastaniu Sissy i Brandona, o tym złym miejscu, o którym nic nie wiemy. Rusty Angel w swojej recenzji czuje się rozczarowana faktem, że hasło złe miejsce to za łatwe wyjaśnienie; mnie się z kolei wydaje, że tyle wystarczy, bo zostawia nas z pytaniem, przez które - mnie przynajmniej - trudno było o tym filmie przestać myśleć. Każde dopowiedziane "byliśmy niekochani/ molestowani/ stłamszeni/ wychowani w opresyjnym systemie etycznym/ inne" byłoby - za łatwe. A tak - nie wiem, i muszę się nad tym zastanawiać, bo kluczem do tego filmu wydaje mi się właśnie poczucie, że oboje bohaterowie po prostu nie umieją żyć wśród ludzi i z ludźmi, a autoerotyzm/emocjonalny ekshibicjonizm są jednocześnie efektem i sposobem obrony.
Drugi problem, który miewają z tym filmem odbiorcy, to obsada. Oboje, Fassbender i Mulligan, to atrakcyjni, młodzi aktorzy. Wielu wolałoby widzieć seksoholika brzydkiego, starszego, rzeczywiście nie mającego szans u innych kobiet niż te, którym musi zapłacić - no tyle że byłby to wtedy inny film o kimś innym i o innych problemach. Może nie gorszy, może potrzebny - ale nie ten, bo ten chyba w ogóle jest trochę o czym innym, niż seksoholizm, a już na pewno nie jest o kimś, kto ma problem z poderwaniem ewentualnej partnerki... Oczywiście, zawsze pojawia się w takiej sytuacji kwestia podglądactwa - w końcu McQueen obsadził tu w mocno, powiedzmy, bezpruderyjnej roli mężczyznę uchodzącego za obiekt fantazji całego mnóstwa kobiet (wyżej podpisana w ogóle nie powinna się wypowiadać...), i pokazał go w pełnych nagości, a zarazem przeestetyzowanych scenach, fetyszyzujących i jego minimalistyczne, designerskie mieszkanie, i wysublimowaną muzykę (fragmenty Wariacji Goldbergowskich są powracającym motywem filmu), i drogie ciuchy, jakie nosi. Ewentualny zarzut, że mamy do czynienia nie tyle z opisem czy demaskacją problemu, co z filmowym odpowiednikiem "zaangażowanego społecznie" plakatu a la IKEA (który jest niby na ważny temat, ale po pierwsze ma być piękny, elegancki, stworzony, by zachwycać), musi więc w kontekście tego filmu paść. Tyle że do pewnego stopnia unieważnia ten argument, moim zdaniem, fakt kompletnego braku erotyczności i kompletnego tak naprawdę aseksualności (EDIT dla jasności) odseksualnienia wszystkiego tego, co z bohaterem się dzieje i co on sam robi. Tu nie ma co podglądać, tak naprawdę, a estetyzujący efekt sfotografowanych "na zimno" wnętrz i gadżetów dodatkowo widzów od bohatera oddala. Może i ma pełno rzeczy, których można mu zazdrościć, ale przyglądamy mu się przez te dwie godziny i zastanawiamy się, czy tak naprawdę jest czego?
EDIT: Przeczytałam, za rekomendacją Rusty Angel, świetną recenzję (nie do końca się z nią zgadzam, i uważam jednocześnie, że jest naprawdę znakomita) na blogu VN i uderzyło mnie coś, na co sama nie zwróciłam podczas oglądania uwagi: że bohater może po prostu nie znosi ludzi i nie chce ich - z ich bałaganem, emocjami, histerią - w swoim życiu. Tylko czy to jest powód jego zachowania i stylu życia, czy tylko jeszcze jeden symptom? I czy rzeczywiście ten film w ogóle ocenia moralnie postawę bohatera, a nie po prostu analizuje jego postępowanie? Oczywiście, z drugiej strony, w samym ukazaniu faktu, że Brandon, żyjąc tak, jak żyje, nie jest szczęśliwy, ocena jest zawarta...
No więc nie do końca wiem, co myśleć. Znowu.
PS. Jak oceniacie Sissy śpiewającą New York, New York? Jako wykonanie znaczy, jak oceniacie, nie samą scenę?
EDIT 2: Przeczytałam całość jeszcze raz po opublikowaniu. Serdecznie przepraszam za ten chaos powyżej.
Source Code ( Kod nieśmiertelności ), reż. Duncan Jones, 2011
ssssssssssssssssssssssssspoilers
Notka będzie krótka, bo usiłuję jakoś zebrać myśli w kwestii tego filmu, a średnio mi wychodzi - może dlatego, że wydał mi się, mimo że jest o wybuchach i pożarach, całkowicie letni.
Widziałam Moon, i na pewno kiedyś o nim napiszę, bo mnie zafascynował i zaintrygował. Z tego zafascynowania wynikł bezpośrednio fakt obejrzenia Source Code (NIE BĘDĘ używać kretyńskiego polskiego tytułu), co z kolei okazało się nieco - bo ja wiem, rozczarowujące?
Nawet chyba, w sumie, nie do końca rozczarowujące, to nie jest dobre określenie, bo mnóstwo rzeczy mi się w końcu w tym filmie podobało. Bardzo inteligentnie i konsekwentnie jest tu rozwiązany problem Dnia świstaka, czyli to, jak pokazać powtarzającą się w kółko tę samą scenę tak, żeby z jednej strony podkreślić tę powtarzalność, z drugiej - nie zanudzić widza. Tu fakt, że w zasadzie za każdym razem inne jest wejście/początek tej sceny, że fakt, iż faza znudzenia bohatera, który wie, co będzie dalej, nadchodzi bardzo szybko i że skróty - te sceny, kiedy po raz kolejny plan się nie udaje i bohater ożywa-przegrywa-umiera - są bardzo szybkie i wizualnie efektowne, a przez swoją fragmentaryczność, która podkreśla fragmentaryczność i rozbicie samej fabuły, dają wrażenie oryginalności (o tyle, o ile się da, przy tak wyeksploatowanym motywie) i sprawiają, że to się, po prostu, dobrze ogląda.
Pomysł jest fajny (choć, jako żywo, stojąca za tym nauka jest tak wibbly wobbly , że niech się schowa nawet Torchwood ) i - podobnie jak w przypadku Moon - opiera się na nowym ujęciu zgranego w nieskończoność tematu. Film wygląda bardzo ładnie, smaczek pt. mini-powtórka z piosenki kluczowej dla poprzedniego filmu Jonesa sprawił, że się uśmiechnęłam, a Vera Farminga jako nadzorująca całą sprawę agentka z tajnego wojskowego programu jest idealna, a poza tym...
A poza tym, jest w sumie dobrze, ale jak dla mnie letnio. Nie rusza mnie w tym filmie ani bardzo przecież przyzwoicie grający Jack Gyllenhaal (który mi się w paru filmach, choćby w Zodiaku , podobał bardzo), ani jego bohater, Colter Stevens. Może dlatego, że zestaw memów, jakie taż postać dostała do ogrania (bohater wojny z terrorem - poległ w chwale, ratując kumpla - skłócony z ojcem nie zdążył się z nim pożegnać - zakochał się od pierwszego wejrzenia w skazanej na śmierć ofierze przeszłego wypadku i zrobi wszystko, by ją ocalić wbrew wszystkiemu) jest tak do bólu stereotypowy. Brakuje mi tu jednej cechy nieprzewidywalnej, jednej jedynej rzeczy, która by mnie zaskoczyła - bo wiedząc to, co wiemy od niemal początku, nawet faktowi, że z bohatera fizycznie została za(plus minus)hibernowana połówka, nie bardzo możemy dać się zaskoczyć. I to nawet nie jest tak, że mnie ten bohater wkurza, irytuje jak facet z Awatara czy wydaje się niewiarygodny: nie, on jest stock photo , i tyle.
Nie wiem, może fajniej byłoby bez tego wątku miłosnego? Może sama prosta, detektywistyczna de facto historia pt. "Zgadnij, kto z siedzących w wagonie ma klucz do ekspozji, w osiem minut?" byłaby - jak dla mnie - ciekawsza? Albo, jak już mieć tę historię z Christiną (efektowna i wiarygodna Michelle Monaghan), to może warto byłoby ograć go innego - fakt, że tak naprawdę bohater Gyllenhaala jest w cudzym ciele, ciele faceta, którego ona zna i który jej się podoba, i którego on, że się wyrażę, opętał? Fakt, że ona jest zainteresowana i że kończy się to tak, jak się kończy, nie ma przecież tak naprawdę wiele wspólnego z Colterem: jej się podoba naczyciel Sean Fentress, którego już jakiś czas wcześniej postanowiła poderwać, a nie udający go body snatcher !
No i może bym wolała to zakończenie, w którym wszyscy zamierają w połowie wybuchu śmiechu, w połowie pocałunku, w którym ten alternatywny świat bez katastrofy pozostaje na zawsze w zawieszeniu, od tego, w którym budzi się do życia i zaczyna istnieć naprawdę. Albo, alternatywnie, poproszę dodatkowo o drugi film, o kłopotach z alternatywnymi światami, które ewidentnie (patrz sms Coltera do Goodwin) mogą się komunikować. Serio serio, poproszę - facet taki, jak Duncan Jones, jest, jak podejrzewam, w stanie zrobić taki film znakomicie.
I znowu jest tak, jak z Thorem - w recenzji z filmu, który mi się w sumie podobał i który się dobrze oglądało, więcej jest negatywów niż pozytywów. No to może na koniec, żeby podsumować: to jest fajny film. Ma ciekawy pomysł, ciekawy problem, od którego wychodzi, dość sympatyczne, nawet jeśli sztampowe postacie i jest efektownie zrealizowany; fabuła wciąga i człowiek chce wiedzieć, co dalej. No i OK, nie ruszył mnie ani jakoś głęboko nie przejął, ale w końcu nie każdy film musi, prawda?
Mam strasznie dużo roboty. Ergo, zamierzam wziąć udział w wyzwaniu blogowym, a na dodatek założyłam sobie nowy blog , gdzie będę mogła bez wyrzutów sumienia pisać o wierszach, Szekspirach i książkach o literaturze.
Nie śmiejcie się ze mnie, proszę.
Moje krótkie impresje karnawałowo-blogowe za luty :
Więcej chyba oglądałam (obrazków, filmów) niż czytałam (wpisów, książek) - ale jak już coś do przeczytania się trafiło, to ho, ho:
1. Zwierza refleksje o poezji i kulturze: piękny wpis ze smutnej okazji. I z tej samej, anekdotyczny wpis Drakainy.
2. Wyznanie prawdziwej miłości na blogu Sherlockisty. Myślałam, że będzie tylko jedno, ale potem na tym samym blogu pojawił się wpis o Doktorze i ja osobiście oszalałam z zachwytu. Bo naprawdę, naprawdę chciałabym tak umieć pisać.
3. Analiza zjawiska fangirlingu i refleksje o tym, co to znaczy być fanką u Carrie. Tak to bym chciała umieć myśleć.
4. Nowe wyzwanie blogowe (Dzięki, Cedroo, za wymyślenie!) zasługuje na reklamę.
5. Hermetycznie-klasycznie: jeden z moich ulubionych tumblrów (z którego zresztą pochodzi obrazek u góry).
EDIT: Zjadło mi nr 6, czyli wpis Fabulitas ze znakomitą analizą The Hunger Games.
Dawno, dawno temu bardzo mi się podobała pewna książka; była o zdecydowanie dotkniętym pechem człowieku.
Generalnie, bohaterowi życie waliło się na głowę. Po pierwsze, poszedł siedzieć, po trochu za przestępstwo, po trochu za głupotę, lojalność i naiwność. Co gorsza, żona zdradziła go z kumplem. Co gorsza gorsza, żona i kumpel, że się wyrażę, zginęli in flagranti i tak romas wyszedł na jaw. Co gorsza gorsza gorsza, następnie nasz bohater dostał pracę. Ale to i tak nic w porównaniu z najgorszym pechem, jaki w końcu spotkał nieszczęśnika: bohater mianowicie dowiedział się, że jednak ma ojca, i od tej pory nic już w jego życiu nie było normalne.
Myślę, że większość czytelników mniej więcej przy drugim powtórzeniu "gorsza" zorientowała się, co to za książka . Trochę sentymentalnie ją tu wrzuciłam: Amerykańscy bogowie to powieść, którą zdecydowanie lubię (choć nie moja ulubiona w dorobku Gaimana); trochę jednak powieść Gaimana pojawia się tu ze względu na temat: ja w ogóle bardzo lubię nordycką mitologię (no bo jak się przeczytało Eddę poetycką w wieku lat 13, to zwykle tak się ma) i lubię rozmaite fabularne wariacje na jej temat (w poprzedniej wersji ta notka zaczynała się streszczeniem Złota Renu ...).
No a że na nordyckiej mitologii się troszkę znam, w odróżnieniu od komiksów, to od niej postanowiłam zacząć moją recenzję Thora . Który też, generalnie, mi się podobał.
Podobał, nie zachwycił. Żeby zachwycił, Natalie Portman musiałaby mieć troszkę ciekawszą postać do zagrania: jej pani naukowiec jest śliczna, młoda i malowniczo wygląda, kiedy załamuje ręce, bo jej Men in Black S.H.I.E.L.D. rekwiruje dorobek całych lat (Całych dwóch? Może nawet trzech, chciałoby się zapytać, patrząc na dziewczęco wdzięczną bohaterkę) pracy badawczej. Ja Natalie Portman generalnie bardzo lubię, ale tutaj momentami jakby miała na sobie perception filter: kompletnie jej na ekranie nie widziałam.
Teraz disclaimer , ponowny: naprawdę naprawdę średnio znam komiksy, a już Thora to wcale i ani trochę; ergo, nie wiem, do czego w pierwowzorze potrzebna jest drużyna Thora, ale w filmie, mam wrażenie, do niczego. Tzn. krasnolud, ładna laska, Azjata i blondyn skaczą sobie efektownie po ekranie, no i? Bardzo ładne i świetnie zrobione te sceny z nimi, w sensie wizualnym, aktorzy też fajni, tylko - jako niefanka nie znająca pierwowzoru - jakoś nie bardzo widzę, po co to wszystko.
Ale ja tu sobie narzek narzek, a film, jednak, mi się podobał. Po pierwsze, dość prosta fabuła (jak ktoś z okołokomiksów lubi tylko Watchmen , to chyba lepiej trzymać się z daleka od Thora) jednak zdecydowanie wciąga - przynajmniej mnie wciągnęła: cała historia wydaje się dość przewidywalna (brawura + porywczość = wygnanie, bardziej kochający jedno dziecko tatuś + zapatrzony w starszego nadambitny mały braciszek = kłopoty, wygnanie + dziewczyna + wypadek przez nią spowodowany = love love love, itd. itd.), ale znakomicie się ją ogląda. Po drugie, Chris Hemswort jest w tytułowej roli po prostu sympatyczny - wiem, mówię o facecie wymachującym megamłotem i rozwalającym czaszki olbrzymom, ale co ja poradzę, jak w swojej dziwacznej z jednej strony niedzisiejszości, z drugiej - umiejętności szybkiego dostosowania się i dość rozsądnym, ale konsekwentnym posługiwaniu się swoistym rycerskim kodeksem właśnie sympatyczny i nieprzegięty mi się wydaje? Po trzecie - jest bardzo, bardzo piękny (film, nie Chris): wyjątkowo mi się podobał po pierwsze Tęczowy Most, po drugie - Niszczyciel i jego obracające się pierścienie, po trzecie Asgard jako taki, a już za ujęcie, pod koniec, w którym świecznik w sali balowej powtarza kształt pałacu, należy się sto punktów. Po czwarte - a może, powinnam powiedzieć, po pierwsze - w tej bajce jest jeszcze prawdziwy czarny charakter, którego, w końcu, każda bajka potrzebuje .
Porażająco oryginalna pewnie nie będę, jeśli stwierdzę, że Tom Hiddleston rolą Lokiego dość ukradł ten film zarówno samemu Thorowi, jak i gwiazdom pokroju Anthony'ego Hopkinsa czy Natalie Portman. Szczupły, niepozorny, uśmiechnięty, jakbym nie wiedziała (danke, Herr Wagner!) co z niego za ziółko, prawie bym się na tę pozę grzecznego uczniaka nabrała.
(niecierpliwym polecam skoczyć od razu do 4'13'')
No ale chwileczkę, nie ja jedna wiem, kim jest Loki. Tak po prawdzie, chyba większość widzów podejrzewa Lokiego od pierwszego wejrzenia, co teoretycznie powinno psuć suspens i efekt zaskoczenia, kiedy się w końcu dowiemy, kto tu jest zły. No i chyba właśnie dlatego Loki w wykonaniu Hiddlestona nie jest wcale takim oczywistym, złym i knującym czarnym charakterem. On jest, owszem, dość chorobliwie ambitny, owszem, bezwzględny, owszem, perfidny. Kłamie jak ojciec kłamstwa, udaje jak mistrz, intrygę buduje na skalę międzyplanetarną; ale jest też przy tym trochę oszukanym dzieciakiem, któremu nikt nigdy nie powiedział, że jest adoptowany, trochę zawsze gorszym drugim synem, trochę młodszym bratem, który czuje, że ukochanemu i znienawidzonemu starszemu nigdy, nigdy nie dorówna. Że na dodatek Hiddleston ma charyzmy tyle, że obdzieliłby nią ze sześciu Tomaszów Karolaków i jeszcze by mu zostało, i że wystarczy, żeby się pojawił na ekranie, i nie bardzo da się od niego oczy oderwać (i to nie ze względu na urodę!) - no to już więcej nie trzeba. Momentami psychopatyczny, momentami (sceny po powrocie Thora do Asgardu) obłąkany, psychologicznie skomplikowany w sposób dla szwarccharakteru w tego typu historii dość nietypowy (jaki jest w końcu jego stosunek do ojca? Do brata? Co, poza ambicjami - jeśli cokolwiek - nim kieruje?), Loki Hiddlestona wystarczyłby jako jeden jedyny powód do obejrzenia tego filmu, nawet gdyby innych nie było.
A nie, żeby nie było. Ze swej strony polecam.
Może na początek ewentualnych komentatorów poproszę uprzejmie o pominięcie w dyskusji problemu, które zapewne podniosłaby w tejże dyskusji część mojej rodziny i znajomych z RL: to znaczy, konkretniej, kwestii, czy paniusia w moim wieku (że zacytuję) w ogóle może być fangirl. Znaczy, nie jak np. moja siostra, cywilizowaną wielbicielką, która sobie obejrzy film z ulubionym aktorem, tylko - no, fangirl. Drakaina zaświadczy, o czym mowa.
No więc, alas , nie będę tu dzisiaj czyniła żadnych sensacyjnych i kompromitujących wyznań, tylko zachowam się bardzo dorośle i napiszę coś o pożytkach bycia fanką. Poznawczych, tym razem.
Ale ad rem. Przyznaję się bez bicia: są pewne gatunku filmowe i literackie, które omijam i których, w zasadzie, nie czytam/nie oglądam. Nie dlatego, że uważam je za gorsze, niegodne oglądania czy coś tam - po prostu, dawno dawno jakoś uznałam, że to nie moja bajka. Skupiając się wyłącznie na oglądaniu: nie są zasadniczo moją bajką, na przykład, klasyczne filmy psychologiczne o trudnym życiu. Albo, powiedzmy, skomplikowane historie o samotnych rodzicach. Albo wszelkiego rodzaju historie o uzależnieniach i śmiertelnych chorobach. I to nie jest tak, oczywiście, że nigdy takich filmów nie ogląda(ła)m - swoją porcję Przebudzeń, Olejów Lorenza i Erin Brockovich w życiu zaliczyłam, ale nieczęsto sięgam po takie filmy sama z siebie. I to nawet nie jest tak, że mnie tematyka nie interesuje - mój biedny brat (o poglądach różnych od moich) świadkiem, jak często i ostro się z nim o sprawy społeczne i polityczne potrafię kłócić. No tyle że kino i TV mi normalnie służą do czegoś innego. Chyba.
No właśnie, chyba. Bo czasem, jak dostanę fangirlowej jazdy na jakiegoś aktora, to oglądam wszystko, w czym zagrał, w ciemno (nie tylko ja zresztą; Zwierz ma o tym zjawisku bardzo fajne wpisy ). I wtedy nagle okazuje się, po raz kolejny, że ja niewiele, tak naprawdę, wiem o sobie - bo okazuje się, że przejmują mnie, i wzruszają i fascynują filmy właśnie takie, jakich bym normalnie nie spróbowała obejrzeć. Sięgam po nie dla aktora - a wracam, niejednokrotnie, już z zupełnie innych powodów. I o trzech takich filmach - OK, serialach - pozwolę sobie parę słów tu dzisiaj napisać.
Zacznę od tego, który mnie trafił najmocniej: od Exile, w którym koncertowa gra aktorska ( Jim Broadbent jako niegdyś imponujący dziennikarz, dzisiaj cierpiący na zaawansowaną chorobę Alzheimera, Olivia Colman jako jego sfrustrowana i uparta córka, która do czasu poświęcała własne życie dla opieki nad ojcem, i John Simm jako syn marnotrawny, przegrany dziennikarz wylany z pracy i uzależniony od kokainy, który z podkulonym ogonem wraca do rodzinnego domu we wcale niemalowniczym Yorkshire, bo nie ma co ze sobą zrobić) pozwala wydobyć zalety inteligentnego i nieoczywistego scenariusza. Historia trudnych relacji rodzinnych - co takiego sprawiło, że Tom uciekł z domu i przez lata nie kontaktował się z ojcem i siostrą? jak i w ogóle czy uda mu się jeszcze relacje z nimi naprawić? ile zostało w Samie, nigdyś kochającym ojcu i znakomitym dziennikarzu, świadomości i pamięci? czy Tom i jego siostra Nancy mają jeszcze szansę jakoś poukładać sobie życie? - nakłada się tu na skomplikowaną i mocno ponurą intrygę, powiedzmy, obyczajowo-kryminalną: na coś, czego Sam nie mógł albo nie zdążył rozwiązać, a co w boleśnie osobisty sposób dotyczy jego syna... Nie mogłam przestać oglądac, jak już zaczęłam - i na pewno nie raz do tej akurat historii wrócę.
Single Father z kolei, z koncertowymi rolami Davida Tennanta i Suranne Jones , jest zdecydowanie, patrząc po streszczeniu, rzeczą, po którą bez dodatkowej zachęty pt. obsada (oprócz pp. DT i SJ jeszcze, na przykład, Rupert Graves) raczej bym nie sięgnęła. Historia rodziny, w której dwoje partnerów wspólnie wychowuje jej córkę z pierwszego związku i własne dzieci, utrzymując jednocześnie bliskie kontakty z jego z kolei dzieckiem z pierwszego małżeństwa (a to dziecko jest już, dodajmy, nastoletnią samotną matką) i opowieść o tym, jak tę rodzinę doświadcza najpierw śmierć matki i partnerki w wypadku, potem problemy emocjonalne ojca związane z najlepszą przyjaciółką zmarłej, a potem - kwestia prawdziwego ojcostwa tej najstarszej córki, wydawałaby mi się zapewne albo za bardzo "telenowelowa", albo za bardzo ponuro realistyczna, żebym chciała o tym wiedzieć coś więcej (tzw. "jak będę chciała, przeczytam reportaż", czyli moja typowa odpowiedź na sugestię obejrzenia czegoś takiego).
No ale. To nie jest seria bez wad. Rita, matka i partnerka, która ginie na początku I epizodu i którą potem oglądamy w retrospekcjach i wspomnieniach - z jej ekologicznością, jej postępowością i jej idealizmem wydawała mi się tak nieznośna, tak pretensjonalna i antypatyczna, że nie byłam w stanie w ogóle sobie wyobrazić, jak ktoś mógłby z nią wytrzymać przez dzień, a cóż dopiero mieć z nią pełny dom dzieciaków. Niemniej, poza tym, wiele w tej historii wydało mi się właśnie nie telenowelowe, a świeże i - bo ja wiem, dzisiejsze? Fakt, że Tanya, która doczekała się dziecka jako piętnastolatka, nie jest ani zgwałconą liliją, ani narkomanką z marginesu, tylko zwykłą, momentami tylko życiowo niepozbieraną dziewczyną, jest fajny, bo co sobie przypomnę polskie debaty o tym, że, panie dziejku, w ten Anglii to taka patologia z tymi dziećmi w ciąży, to mnie aż trzepie na poziom generalizacji w takich zdaniach. Fakt, że Dave (Tennant) i Sarah (Jones) zachowują się momentami strasznie głupio, że Tennant wygląda w tej roli na zdecydowanie starszego i bardziej zmęczonego, niż w realu i że ich cała historia miłosna ma w tle psychologiczne komplikacje, które wielokrotnie każą się zastanowić nad prawdziwością uczuć i motywacji bohaterów, też mi odpowiada, bo całą tę opowieść odsładza, pozbawia lukru, jakiego moglibyśmy się po takiej fabule spodziewać. Bohaterki są tu, i to też jest ważne, równe bohaterom - jednym z bodaj kluczowych motywów jest to, jakie jest miejsce tych kobiet w ich związkach i w ich niekoniecznie tradycyjnych, standardowych rodzinach. Generalnie, byłam zaskoczona tym, jak dobrze - mimo wyciskania łez, jakie nam scenarzyści zafundowali - mi się to oglądało.
Ten trzeci przykład będzie troszeczkę mniej oczywisty, no bo jednak adaptacja cyklu Goldinga o morskiej podróży do Australii na przełomie XVIII i XIX miałaby większą szansę kiedyś tam mnie zainteresować . No ale, To the Ends of the Earth obejrzałam teraz, bo aktor, Benedict Cumberbatch tym razem. Tu się z kolei można nabrać dość łatwo (zwłaszcza jak się nie sprawdzi, na czym oparto scenariusz) na to, że będzie to powtórka z czegoś w rodzaju "Pana i władcy" zmieszana z czymś w rodzaju, bo ja wiem, "Piratów z Karaibów" - morska historia przygodowo-awanturnicza z wojnami napoleońskimi w tle. A to jest, prosz'państwa, Bildungsroman w wersji TV.
Edmund Talbot, główny bohater, grany przez Cumberbatch a z mieszanką uroku osobistego, melancholii, szczeniackiej momentami głupoty, stiff upper lip i więcej niż odrobiny komizmu, zanim obejmie załatwioną przez wpływowego chrzestnego posadę w Australii, musi jeszcze do tejże Australii dotrzeć. Już na miejscu, po miesiącach wędrówki, słyszy od jednej z towarzyszek podróży, panny Granham, że ta podróż nie była odyseją ani metaforą życia - no ale przecież, przewrotnie, właśnie była. Na pokład w Anglii wszedł pewny siebie, własnych dobrych intencji i własnej pozycji młody bubek, który nie miał żadnych wątpliwości i żadnych kłopotów z oceną innych, społeczeństwa, wojny i sensu życia. Zszedł z niego po paru miesiącach człowiek, który zobaczył świat, jakiego przedtem nie znał: człowiek, który zrozumiał, w jak uprzywilejowanej pozycji był przez całe życie i jak bezrefleksyjnie się tymi przywilejami posługiwał (czasami na nieszczęście innych), który pracował, który naraził się na śmieszność, podejmował trudne decyzje, zakochał się, obdarzył przyjaźnią i szacunkiem osoby, na które w innych warunkach nawet by nie spojrzał (oficera awansowanego spośród zwykłych żeglarzy, "niebezpiecznego wolnomyśliciela") i generalnie, który pozwolił, żeby oczy mu się otworzyły. To nie były łatwe lekcje, ani ci, którzy je dawali, nie byli aniołami - szalenie mi się tu podobał fakt, że nikt z bohaterów nie jest doskonały i idealnie szlachetny, ale też nikt nie jest zły do szpiku kości - ale jednak, czegoś pana Talbota chyba nauczyły.
Mnie też to wszystko czegoś nauczyło. Na przykład tego, że może jednak nie ma takich gatunków filmowych/literackich, których po prostu nie lubię. Teraz tylko czekam na jakiś cud, który przekona mnie do pójścia na polski film z własnej i nieprzymuszonej woli.
Powtarzam za każdym razem, że się nie znam na komiksach/powieściach graficznych, że z ważnych autorów to porządnie przeczytałam tylko Gaimana i Moore'a (i w ogóle, że mi przychodzi scenarzysta, a nie rysownik do głowy po pierwsze), a z ważnych postaci głównie (w sensie: lepiej niż z 2-3 historii) Batmana - i co rusz to dostaję w łeb jakimś (około)komiksowym filmem i jestem zachwycona i nie wiem, co powiedzieć.
No i od wczoraj w nocy takim filmem jest oficjalnie Scott Pilgrim vs. The World , kupiony kiedyś w Tesco za 15 ZLP, bo ludzie mówili, że fajny. No fajny. No, więcej niż fajny.
Obejrzałam go wczoraj, nie mogąc spać, i potem nie mogłam spać jeszcze bardziej. No bo ma ten film, po pierwsze, fantastyczną stronę wizualną - te wszystkie napisy biegające po ekranie, efekty jak z gier, śnieg rozstępujący się przed deskorolką Ramony i sypiące się z pokonanych eksów pieniążki, ekstra! Wpatrywałam się w ekran mojego niezbyt dużego i raczej starszawego telewizora nie bardzo wiedząc, w którą stronę się gapić, i strasznie mi się ta realizacja podobała.
Jeszcze chyba bardziej podobała mi się w tym wszystkim szaleńcza fantazja, z jaką to jest pomyślane. Zachwyciło mnie to, jak tutaj fabułą rządzi niczym nieskrępowana, wariacka popkulturowa - growo-komiksowo-muzyczna - wyobraźnia, w której wszystko jest możliwe: i wegańskie supermoce, i nowe wykorzystanie filmowych dublerów, no i oczywiście liga Siedmiorga Złych Eksów w roli bossów na kolejnych levelach. Bardzo mi się podoba, jak ograne są tu klasyczne schematy fabularne - na przykład fakt, że głównego (i dwulicowego) szwarccharaktera poznajemy najpierw jako obiekt fascynacji i podziwu bohaterów (megaproducent muzyczny), zanim okaże się knującym zagładę Republiki senatorem Palpatinem zgubę Scotta Super Evil Eksem, alb to, jak ograna jest postać Najlepszego Kumpla Geja. Strasznie, ale to strasznie mnie bawiły w tym filmie zabawy konwencjami kina (Patel bollywoodowaty, sztuczki z deskorolką, Nega-Scott i anty-klimaks roku, no ekstra!). Ni to parodia momentami, ni to pastisz, zrobiony z autentyczną miłością do tego, co parodiuje/podrabia.
Postacie. Postacie są fajne i utrafione i mało schematyczne - zwłaszcza dziewczyny, bo mamy i Kim na bębnach w zespole rockowym, i kompletniestuknięta na punkcie gier, typowo geekowatą Knives, i pozersko-gwiazdorską Envy, i przede wszystkim ulepioną z fetyszów połowy facetów, jakich znam, zdystansowaną, obojętną ultra-cool Ramonę, za której hipsterskim chłodem kryje się, oczywiście, Mroczna Przeszłość i złamane serce, oba potraktowane, na szczęście, nie całkiem serio.
Ale z tą wariacką wyobraźnią miesza się tutaj jeszcze jedno, i chyba dlatego to jest taki fajny i taki niegłupi film: to jest bardzo inteligentny i bardzo przenikliwy film o ludziach. Na przykład - o facecie, któremu się wydaje, że życie zrujnowała mu Zła Kobieta, straszliwa femme fatale o jakże odpowiednim imieniu Envy (niegdyś Natalie) i jakże właściwej profesji gwiazdy rocka. Taka femme fatale wystarczy, żeby zamienić ci całe dalsze życie w piekło, prawda? Umie sprawić, że będziesz tak się strasznie bać związków, że musisz (mając lat 22) umawiać się z siedemnastoletnim wcieleniem braku asertywności i niskiej samooceny. Potrafi ciebie - misia w końcu kochanego i dobrego, o wrażliwej duszy i głębokiem potrzebie dawania szczęścia innym - zamienić w nieszczęśliwego, bojącego się miłości i nie mogącego zacząć na dobre żyć po dorosłemu geeka.
No, ale potem na szczęście przyjdzie twoja siostra i uświadomi - nam i tobie - że jesteś, co prawda, miłym i sympatycznym chłopcem, ale kretynem też potrafisz być, zwłaszcza w stoisunku do kobiet. I że na przykład, biedny misiu porzucony, ty też porzucałeś, i to czasem boleśnie i fatalnie. I że trochę się jeszcze, misiu, musisz nauczyć o ludziach i o uczuciach; no i że czasem lepiej najpierw mieć Power of Self-Respect zamiast Power of Love, chyba jednak.
Oni się uczą, bohaterowie tego filmu, i to też jest strasznie fajne: wydawałoby się, że w takiej szalonej konwencji i przy pędzącej na łeb na szyję dość wariackiej fabule postacie i ich rozwój będą musiały zejść na dalszy plan, ale nie: i kolesie z Sex Bomb-Omb, i sam Scott, i Envy, i Ramona i nieszczęsna porzucona siedemnastolatka Knives Chau będą, kiedy to wszystko się skończy, nieco chyba doroślejsi i nieco mądrzejsi, bogatsi o odrobinę wiary w siebie, odrobinę współczucia, odrobinę empatii.
Tak sobie właśnie zerknęłam na poprzednie paragrafy i się wystraszyłam: brzmi to wszystko, co piszę, bardzo podniośle i podśmierduje dydaktyzmem na kilometr. Może więc najwyższa pora przyznać: ja nie bardzo wiem, co i jak mam o Scott Pilgrim versus the World napisać. Może poza faktem, że mi się tak strasznie podobało, że aż mi trochę brak słów.
Cedroo i parę innych osób już zrobiło swoje, ergo - ja też zaproponuję parę moich ulubionych wpisów ze stycznia (albo w styczniu przeczytanych). Gdyby to miał być mój osobisty karnawał, powinien składać się z samych tumblrów (odkrycie miesiąca w kwestii blogowania :P), ale jednak nie, będzie trochę bardziej, bo ja wiem, słownie. No i, oczywiście, to był blogowy miesiąc Sherlockowy - ale bardzo, bardzo spróbuję nie zapomnieć, że poza Sherlockiem też jest (blogo)życie.
1. I w ramach tego życia właśnie - mądry i potrzebny wpis Szproty o tym, że zanim z wyżyn (mniej więcej) zadowolonego z siebie i jakoś tam społecznie funkcjonującego człowieka podsumujemy bitą osobę albo kobietę wracającą pod raz n-ty do męża-alkoholika hasłem "Sama się prosi o kłopoty", to może jednak warto się chwilę zastanowić.
2. W ramach, z kolei, życia rozumianego skrajnie egoistycznie - no nie mogę, Cedroo napisał wpis o mnie !
3. A Sherlockista napisał/a wpis, który ja mogłabym napisać: z tą opinią o The Game of Shadows zgadzam się w 100%.
4. I jeszcze jeden, wzruszający tym razem, wpis z tego samego bloga: o wierzeniu w Sherlocka; o tym samym, tylko nieco szerzej, jest też udany wpis na blogu Zwierza. [EDIT: link poprawiony]
5. A na koniec: wyliczanka, która ustawiła mi plany filmowe na dłuższy czas, na blogu Fangirls' Guide to the Galaxy . Dzięki za podpowiedzi i porady!
Theme by Danetsoft and Danang Probo Sayekti inspired by Maksimer