You are hereMagda Parus — Rywal, odc. 8 (ostatni)
Magda Parus — Rywal, odc. 8 (ostatni)

odcinek 1, odcinek 2, odcinek 3, odcinek 4, odcinek 5, odcinek 6, odcinek 7
Kiedy w mroźny sobotni wieczór Robin wyszedł w towarzystwie Ewy na ostatni tego dnia spacer, znienacka usłyszał wycie. Nie brzmiało szczególnie przejmująco — ot, jakby to pies akompaniował przejeżdżającej na sygnale karetce pogotowia. Ten idiota Brutus od pani Jadzi natychmiast je podchwycił, Robina spotkało jednak to szczęście, że nie urodził się jako husky, tak więc od razu załapał, o co chodzi.
Odmieńcy faktycznie patrolowali las, bo Ania właśnie wzywała pozostałych: coś zaczęło się dziać. Czy w tej sytuacji jakikolwiek szanujący się pies rozważałby powrót do domu?
Robin wypruł w kierunku znanej mu dziury w płocie ogradzającym teren działek. Znajdowała się niedaleko furtki, przez którą wychodziło się na leśną ścieżkę.
— Robin! — Ewa pobiegła za nim.
Utrapienie z tymi babami. Pożałował, że zbuntował się przeciw wychodzeniu na wieczorny spacer z Karlą — gdyby Ewa miała na głowie suczkę, nie mogłaby go teraz ścigać. Problem w tym, że rekonwalescentka nadal poruszała się z trudem, na dworze natychmiast robiła swoje i chciała wracać do ciepłego domu, a Robin, co zrozumiałe, musiał sprawdzić chociażby to, czy w trakcie minionych paru godzin w okolicy nie pojawiły się nowe koty. Dlatego Ewa najpierw wynosiła na chwilę Karlę, a potem wychodziła na trochę dłużej tylko z nim.
— Robin!
Przecisnął się przez dziurę. Kiedy już mknął wydeptaną w śniegu ścieżką, usłyszał, jak Ewa mocuje się z opornym zamkiem furtki. Nie obejrzał się. Miał nadzieję, że szybko ją zgubi.
Ania znowu zawyła, wskazując drogę reszcie swojej bandy. Biegli od siebie z domu czy gdzieś z lasu? Choć odmieńcy mieli nieco dłuższe łapy od niego, Robin nie sądził, żeby zdołali go wyprzedzić, jeśli wystartowali z działek. Większe psy przeważnie przy nim wymiękały. Mimo to na wszelki wypadek przyspieszył.
Ze ścieżki wypadł na leśną drogę i gnał po ubitym przez koła śniegu. W tę księżycową noc za sprawą wszechobecnej bieli w lesie było dość jasno, tak że już z daleka zobaczył samochód, starego, ale wypieszczonego forda, którego nie widział w tej okolicy nigdy wcześniej. Zwolnił przy nim, by złapać trop, po czym puścił się w głąb lasu. Tutaj nie mógł biec równie szybko; w zasadzie bardziej kicał z jednego śladu po bucie do drugiego, starając się nie zapaść w głęboki śnieg.
Znalazł się na polanie akurat w chwili, kiedy dwaj młodzi mężczyźni spuszczali z uwięzi psy — jeden astkę, drugi mniejszego od niej o połowę kudłatego kundelka. Wcześniej ewidentnie je na siebie szczuli, a w zasadzie szczuli astkę na małego, którego z kolei natura obdarzyła niezbyt bojową naturą. Przerażony, natychmiast rzucił się do ucieczki, ale było oczywiste, że nie umknie rozwścieczonej suce.
Robin nie miał czasu do namysłu. Zresztą, jaki szanujący się pies przepuściłby taką okazję do bitki? Zaatakował astkę, nim ta dopadła kundelka.
Suka chyba nie wiedziała, co w nią uderzyło. Robin poruszał się zdecydowanie szybciej od niej, a przy tym dzięki białej sierści doskonale zlewał się z tłem. Astka miotała się niezdarnie to w jedną, to w drugą stronę, za każdym razem chwytając zębami powietrze. Ha! Robin znalazł się w swoim żywiole. Usiłował chwycić ją za gardło: walczył z zabójczynią, nie zamierzał się cackać.
Cóż, kiedy zabawę zepsuła mu Ania. Wpadła na polanę, obnażając zęby, astka zaś na jej widok w panice rzuciła się do ucieczki. Dwaj mężczyźni, którzy, jak to ludzie, kompletnie nie nadążali za biegiem zdarzeń, tkwili w miejscu z rozdziawionymi ustami.
Tym razem Robin rzeczywiście miał zgryz: powinien gonić astkę czy rozprawić się z tymi dwoma? Zanim cokolwiek postanowił, na polanę wparowali Jarek i Gosia. Wydawali z siebie jakieś dziwne odgłosy, które w ich mniemaniu symulowały chyba wściekłe ujadanie. Typek chciał odbić Robinowi Ewę, a nie potrafił nawet porządnie zaszczekać.
Faceci z wrzaskiem popędzili w kierunku samochodu, tak więc ostatecznie Robin dołączył do pogoni. Ba, zdołał nawet wgryźć się jednemu z uciekinierów w łydkę, i to mimo utrudniających mu zadanie dżinsów tamtego.
— Cholera, Robin, co ci mówiłem — warknął Jarek. — Puść go. Chcemy ich tylko nastraszyć.
Nos podpowiadał Robinowi, że ten cel udało się już skubańcom osiągnąć. Nie pojmował wszakże, dlaczego planują na tym poprzestać.
— Robin! — warknął znów Jarek.
Robin posłuchał niechętnie, sam nie wiedząc, dlaczego. Odpadł od łydki faceta, przetoczył się po ziemi i od razu poderwał na cztery łapy.
— Nie mieszaj się — polecił Jarek, na moment zbliżając łeb do jego pyska. Potem znów ruszył za mężczyznami, którzy właśnie bezładnie wsiadali do samochodu.
Robin podreptał za nim. W twierdzeniu, że strach ma wielkie oczy, kryje się jednak sporo prawdy. Kiedy teraz przyjrzał się paszczy Jarka, nie pojmował, jak w tamtą sylwestrową noc mógł uznać, że zmieściłby się w niej cały. Ech, a sądził, że się wówczas nie przestraszył. Przecież Jarek potrzebowałby przynajmniej dwóch kłapnięć, żeby go przełknąć.
— Robin! — Zadyszana Ewa pojawiła się na drodze, akurat kiedy ford ruszył, ślizgając się na śniegu.
— Cholera — mruknął Jarek. — Gosia, za mną — rzucił i skoczył w głąb lasu.
Gosia zerknęła w kierunku Ewy, która biegła mniej więcej w tempie emerytki na niedzielnym spacerze.
— Co, Robin, nie sądzisz, że nadarza się wyśmienita okazja, żeby uwolnić mojego brata od kłopotu? — zagruchała. — A później, jaka szkoda, będziemy musieli wyjechać z tej pięknej okolicy...
Robin ani myślał czekać, żeby się przekonać, czy Gosia mówi serio. Doskoczył i z zaskoczenia dziabnął ją w nos, a potem natychmiast dał nura między jej łapy, obierając sobie za cel czułe miejsce w tylnych partiach jej ciała, aczkolwiek przyznawał, że ta metoda lepiej się sprawdza w walce z osobnikami płci męskiej.
Odwinęła się nad podziw szybko, tak że Robin w ostatniej sekundzie umknął przed jej zębami.
— Zostaw go! — krzyknęła histerycznie Ewa i psiknęła Gosi w pysk gazem pieprzowym.
Kiedyś już użyła gazu, żeby obronić Robina przed pewnym akitą. Jakby sam nie umiał sobie poradzić! Niemniej dzięki tamtemu zdarzeniu zapamiętał, że nie zaszkodzi trzymać się z dala od obłoczku gazu, toteż teraz natychmiast uskoczył na bok.
Sama Ewa najwyraźniej zapomniała tę cenną lekcję, bo właśnie zaczęła mrugać i sięgnęła dłonią do oczu. Poślizgnęła się i boleśnie klapnęła na ziemię.
— Tyyy... — warknęła Gosia, zwracając pysk gdzieś na prawo od Ewy.
Mrużyła oczy i co chwilę odruchowo pocierała pysk łapą, lecz mimo to ruszyła do ataku — tyle że nie całkiem we właściwym kierunku.
Jarek skoczył na nią i zepchnął ją między drzewa. Poturlali się w śniegu.
Robin zamerdał ogonem. Ha, wreszcie widział, jak te dziwolągi ze sobą walczą!
Nie nacieszył się spektaklem, Jarek poradził sobie bowiem z siostrą nad wyraz szybko. Grzmotnął ją łapą, aż uderzyła o pień, przy którym już została, oszołomiona. Ani chybi ten gaz ją osłabił. Jarek zresztą także parskał, raz po raz zaciskając oczy — widocznie Gosi zostało trochę tego diabelstwa na sierści.
— Zabierz ją stąd — warknął do Robina. — Już!
Taa, gigantowi łatwo było mówić, psiakość. Gdyby Robin ważył, jak on, te dziewięćdziesiąt czy nawet sto kilo, zarzuciłby sobie Ewę na grzbiet i podreptał z nią do domu. Przyznawał jednak, acz niechętnie, że przy swoich sześciu kilogramach nie powinien porywać się na tego rodzaju wyczyn.
Złapał Ewę zębami za rękaw kurtki i szarpnął.
— Robuś, to ty? — jęknęła. — O Jezu, nic nie widzę.
Szarpnął znowu. Puścił i szczeknął.
— Ewa! — Ukląkł przy nich Tomek, on jeden w wersji dwunożnej. — Rany, co się stało?
— Jakieś psy... Użyłam gazu...
— Chodź, zaprowadzę cię do domu. — Tomek pomógł Ewie wstać, otoczył ją ramieniem i spojrzał na Robina.
Robin obejrzał się z żalem. Taka fajna impreza — i już koniec? Ryk silnika forda dawno zamarł w oddali, Jarek i Gosia gdzieś zniknęli. Astką zajęła się Ania... Może pobiegłby sprawdzić, czy na pewno?
— Robin... — powiedziała Ewa.
— Nic mu nie jest, idzie za nami. — Tomek zaprezentował Robinowi uzębienie. Bez rewelacji, gdyby ktoś go pytał o opinię. — Rany, całe szczęście, że zachciało mi się spaceru. Jarek i dziewczyny oglądają jakiś debilny film, a mnie szlag trafił i postanowiłem się przewietrzyć.
Westchnąwszy w duchu, Robin powlekł się za nimi. Nie, żeby zgryz tego pseudolabradora mimo wszystko zrobił na nim wrażenie. Po prostu zauważył, że spomiędzy drzew przygląda się im Jarek.
Tomek odprowadził Ewę do domu, posadził na sofie, przykazał poczekać i zniknął na prawie dziesięć minut. Wrócił z Jarkiem i Anią. Wyglądali na rozleniwionych, jakby faktycznie oderwał ich od mało ciekawego filmu.
— Trzeba kogoś powiadomić... — zaczęła Ewa.
— Ania z tobą zostanie, a my dwaj spróbujemy ustalić, co się stało — powiedział Jarek. — Później się zastanowimy, co dalej. Okej?
Robin chciał pójść z nimi, ale Jarek zgromił go spojrzeniem. No dobra już, dobra, typ nie musiał na każdym kroku podkreślać swojej dominacji.
W zasadzie sytuacja miała dobre strony: Robin zostanie sam z trzema laskami, jeśli wliczyć Karlę. Zamerdał ogonem, popatrując znacząco na Anię. Tomek cicho warknął.
— Chodź — powiedział do niego Jarek.
Wrócili po blisko dwóch godzinach, już grubo po północy.
— Pogadaliśmy z właścicielem tych psów — poinformował Ewę Jarek.
— Psów? — Zmarszczyła brwi. Oczy miała nadal zaczerwienione, ale generalnie się pozbierała.
— No, tych owczarków kaukaskich, które widziałaś — wyjaśnił z ożywieniem Tomek. — Piękne okazy. Takie puszyste...
— Jeden chciał zagryźć Robina — powiedziała.
— A tam, od razu zagryźć — mruknął Jarek. — Facet przepraszał, mówił, że ona — bo to akurat była suka — nigdy by nie skrzywdziła takiego małego pieska. — Spojrzał z uśmiechem na Robina. — Chyba chciała go tylko obwąchać, a że się postawił, to warknęła.
— Ojej — zmartwiła się Ewa. — A ja psiknęłam jej gazem w pysk. Nic się jej nie stało? Ten pan się nie gniewa?
— Nie, spoko. Stwierdził, że przyda jej się trochę moresu — zapewnił Jarek.
— Ale co on właściwie...? — Ewa przygryzła wargę. — Tam był jeszcze jakiś samochód, tak mi się zdaje.
— No tak, bo ten facet zaczaił się z psami na dwóch typów, którzy chcieli wyszkolić swoją astkę do walk psów — wyjaśnił Tomek. — Wszystko nam opowiedział. Jakiś czas temu była tu niedaleko afera, kojarzysz? Gdzieś pod Gnieznem aresztowali organizatorów psich walk. Przy tej okazji w prasie pojawiły się informacje, że za taką walkę właściciel psa może dostać nawet do dwudziestu patoli. No i znalazło się dwóch debili, którzy umyślili sobie, że zbiją w ten sposób majątek. Najpierw zorganizowali skądś astkę, a potem stwierdzili, że muszą w niej obudzić bestię. Łapali bezpańskie kundelki i przyjeżdżali tutaj nocami, żeby ją na nie poszczuć.
— To trzeba zgłosić. — Ewa poderwała się z sofy.
— Ewa, czekaj. — Jarek położył jej dłoń na ramieniu. — Ten gość wszystkim się zajmie. W zasadzie odniosłem wrażenie, że współpracuje z policją, tylko, no właśnie, nie chcą takich spraw nagłaśniać.
— Żeby nie było tak, jak z tym Gnieznem, że prasa podaje bajońskie sumy i całe stado jełopów zaczyna szukać psów do walk — wtrącił entuzjastycznie Tomek.
Jarek spojrzał na niego.
— To może my już pójdziemy — powiedziała Ania.
— Ale nie musicie... — zaczęła Ewa. — Och, nie zauważyłam, że zrobiło się tak późno.
Kiedy za tamtymi zamknęły się drzwi, Jarek wrócił do uspokajania i przekonywania Ewy, choć nieco zmienił metodę. Robin wpatrywał się w niego uporczywie. Psiakość, że też jego walka z Gosią skończyła się tak szybko. Gdyby Ewa bardziej się przeraziła, nie odstąpiłaby równie łatwo od zamiaru rozdmuchania sprawy i tych czworo odmieńców musiałoby się stąd wynieść.
Rozważał, czy nie zaskomleć, jakby jednak odniósł obrażenia. Zrezygnował pod wpływem spojrzenia Jarka. No dobra, jeśli typ upiera się, żeby połączyć ich stada i objąć przewodnictwo nad tym nowym tworem, niech mu będzie. Robin uczyni mu tę łaskę i zadowoli się drugim miejscem. Ale ten labrador lepiej zrobi, jeśli nie spróbuje mu podskakiwać. No i żeby tylko całe towarzystwo trzymało się z daleka od miski Robina!
Usiadł, krytycznie przyglądając się poczynaniom odmieńca. Karla wstała z legowiska i przykuśtykała, żeby przycupnąć obok niego. Wodziła za Jarkiem wzrokiem pełnym miłości, wybaczenia i bezwzględnego oddania. Robin westchnął. Te dwie suki powinien chyba uznać za stracone.
No, ale stworzyli właśnie nowe stado, nie? A w tym nowym stadzie była jedna wolna suka. Gosia. Tak, tak, do tej pory uparcie pokazywała Robinowi zęby, ale czy nie takie właśnie są prawdziwe kobiety? Ogniste, zadziorne, trudne do zdobycia. Oto wyzwanie godne szanującego się samca! Zamerdał ogonem. Rano ruszy do boju.
KONIEC
- Zaloguj się lub utwórz konto, by odpowiadać




- Trackback URL
















