You are hereRedakcyjne psalmy
Redakcyjne psalmy

Zanim pisarz przystąpi do pracy z redaktorem, najlepiej niech zaopatrzy się w „Sztukę kochania” lub w „Sztukę Wojny” San Tzu, bo zapowiada się randka w ciemno albo podjazdowa wojna.
Przyznam się, że szczęśliwie doświadczyłem czegoś zupełnie innego, dostałem od Runy prezent (mam nadzieję, że pani Ewa Guttmejer nie obrazi się za takie porównanie).
Bardzo trudno w krótkiej formie zdradzić wam to wszystko, co się dzieje podczas orki nad książką, więc tylko spróbuję.
Granicę współpracy pisarza i redaktora wyznacza cienka czerwona linia, to pewne. Łatwo ją naciągnąć na korzyść jednej lub drugiej strony, zapominając o tym, co najważniejsze — o książce. Jestem przekonany, że przy redakcji „Psalmodii” nie mieliśmy z panią Ewą takich problemów. Szybko też nauczyliśmy się siebie nawzajem. Niesamowita była chwila, w której zdałem sobie sprawę, że pani Ewa polubiła moich bohaterów i po prostu zaangażowała się w ich tworzenie. Przy okazji zastanowiłem się, na ile redaktorka pozostała obiektywna. Po uzyskaniu odpowiedzi na moje pytanie i kolejnych komentarzach do książki zrozumiałem, że można oddać się pasji, a jednocześnie podchodzić do tekstu z dystansem.
Największym wyzwaniem okazała się rezygnacja z pomysłów, które zrodziły się gdzieś dawno temu w mojej głowie i wydawały się na tyle wspaniałe, że nawet nie wyobrażałem sobie, żebyby mógł spotkać je okrutny los w stylu: wytnij i wyrzuć do kosza. A tu raptem komentarz: nuda, to niczemu nie służy — w pierwszej chwili wydawał się bezwzględny. Mogłem się oczywiście okopać i zafundować redakcji drugie Verdun, upierać się przy skazanym na odstrzał fragmencie także w imię czasu, jaki mu poświęciłem. Ale...
I teraz dochodzę chyba do sedna tego felietonu, bo tak naprawdę, u mnie te dylematy w większości przypadków nie trwały dłużej niż sekundę. I choć pomnożone przez liczbę problemów zrodziły długie minuty uporczywego wpatrywania się w monitor, nie wydają mi się teraz jakoś uciążliwie. I wiem, z czego to wynika. Można ująć to tak: randka w ciemno się udała albo zamiast wojny mieliśmy z pani Ewą treuga dei. Przy okazji, mam wrażenie, że ktoś skradł mi kawałek książki, ale w dobrej wierze i z życzliwością.
Czułem się, jakby pani redaktor siedziała tuż przy mnie i wskazywała palcem na monitorze, co w tekście jeszcze poprawić, a co zmienić. A oto kilka przykładów.
Jeden z głównych bohaterów (narracja w pierwszej osobie) nie posiadał imienia. Pani Ewa przekonała mnie, żebym jednak mu je nadał. I tak pojawił się Dorge, w miejsce bezimiennego tulisza. Po kolejnych uwagach wyposażyłem go także w kilka dodatkowych cech ludzkich (wiem, jak to brzmi), żeby nie był takim potworem, jak to określiła pani Ewa, czyli po prostu, żeby dał się polubić. Chyba wynika to z mojego pesymizmu życiowego, że bohaterów raczej nie upiększam. Oczywiście nie dopisałem tasiemcowych monologów wewnętrznych. Dorge nie bije głową w pień drzewa przez pięć stron i nie rozpacza nad tymi, których przyszło mu zabić, by samemu przeżyć w tym brutalnym świecie. Zmiany były subtelne, ale ważne.
Drugi z bohaterów, Florencjusz de Vivar, też dzięki pani Ewie stał się — ujmę to tak — rozsądnie brutalny. I nie wyobrażajcie sobie, że rozlewałem między stronice hektolitry krwi, a redaktorka kazała mi czyścić „Psalmodię” mopem. Po prostu fakty, które ocenia de Vivar, nie kłócą się już z tym, jak sam postępuje. Ale więcej nie mogę zdradzić, żeby nie psuć czytelnikom zabawy.
Ogólnie praca nad bohaterami sprowadziła się to do tego, żeby Dorge i Florencjusz byli bardziej ludzcy. O cechach książkowych supermanów (którym Dorge zresztą nie jest) wspominano w Quchni Artystycznej, którą — przyznaję — czytam z zaciekawieniem. Jest jednak wielka różnica między próbą samodzielnego zastosowania tych wszystkich wskazówek w swoim tekście, a sytuacją, kiedy fachowiec wskazuje palcem, co jest nie tak, i dlaczego, i od razu podpowiada, jak to zmienić. Tym bardziej, że trzeba walczyć z samym sobą. Ale efekt cieszy, kiedy nasz bohater staje się sympatyczniejszy i ma przysłowiowego pieska, którego nie zadeptał w przypływie złości — bo wiadomo, jeżeli stworzymy postać, która jest na tyle okrutna, że wyżywa się nawet na zwierzętach, kibicować jej będzie margines czytelników. Swoją drogą hitlerowcy też lubili pieski. Ale to może przy innej okazji.
Nie wiem, jaki odbiór będzie tego felietonu. Starałem się pokrótce wyjaśnić na czym polega praca redaktora i autora nad tekstem, jednocześnie chwaląc się, że trafiłem na wspaniałą osobę. Ograniczała mnie jednak niechęć do zdradzania fabuły „Pslamodii”. Mimo wszystko nie mogę się oprzeć, żeby nie zdradzić wam, co mnie najbardziej ucieszyło — to, że pani Ewa od razu polubiła diabła. Myślę, że wy też go polubicie.
Oczywiście książka została też „zmielona” przez Anię, a każda z jej uwag była jak prawy sierpowy i miałem o czym myśleć przez wiele tygodni. Ale na to musiałbym poświęcić odrębny artykuł. A nad wszystkim zawsze czuwa Nina, a jak sympatycznie się z nią współpracuje, sami widzicie, choćby czytając wpisy na blogu.
Michał Krzywicki
- Zaloguj się lub utwórz konto, by odpowiadać




- Trackback URL
















Myślę, że będę mógł zdradzić kilka „odrzutów”. A rzeczy „nieobyczajne” [można to dowolnie interpretować:) ] pozostały w książce. Nina mnie już zresztą namawia, żeby dopisał drugą cześć wpisu:) Może jeszcze jakieś propozycje? Postaram się im sprostać i nie zdradzać fabuły.
Opus Diaboli
Myślałem, że tym razem redakcja była bardziej surowa. Gdzieś zapchałem "Plagi..." więc nie mogę się odwołać do konkretnych stron, ale dobrze pamiętam dwa opisy, które nic nie wnosiły do akcji, a zdradzały jedynie (podejrzewam) fascynacje autora pissem :P
La dolce fiamma.
Philippe Jaroussky i okolice
Ja w sprawie pissu:) Jeżeli podejrzewasz mnie o przemycanie polityki, oj, to grubo się mylisz:), a jeżeli o dość szczególne seksualne fascynacje, hm.... Myślę, że daleko mi do Markiza de Sade i lepiej nie rozkręcać tematu, hehe, bo ci czytelnicy, którzy sięgną po moje książki właśnie z tych powodów mogą sie zawieść:)
I o seksie w Psalmodii też już drapnąłem frywolny artykulik, więc pewnie się ukaże na fantazmatach.
Opus Diaboli
Szczęśliwie książki nie składają się jedynie z rzeczy, które wnoszą coś do akcji. Charakterystyki bohaterów, opisy świata i obyczajów też są ważne o:-)
Na dowód tego mogę przytoczyć zarzut z jednej recenzji Wilków 2 (nie pamiętam, co prawda, której), że w książce zabrakło szczegółowego opisu LASU :-)
Nina
Nie mogę się doczekać psalmodii, gdyż zapowiada się (z dość skąpych, ale zawsze) przecieków bardzo ciekawa pozycja :]
A co do pomysłu Hebiusa, całkiem ciekawe może być przeczytanie takich odrzutów (lub przynajmniej "mniejszego zła" spośród nich), choć to raczej smaczek na jakiś czas po wydaniu książki, aby absolwenci książki mogli sobie przypomnieć jej smak :)
Słowa o słowach - moje spojrzenie na fantastykę
Ewentualne "sceny odrzucone" mogłyby się pojawić na tym blogu jak już powieść ukaże się na rynku. Chyba, że to jakieś rzeczy nieobyczajne :P
La dolce fiamma.
Philippe Jaroussky i okolice