Marcin Wełnicki: Dossier R — paraopowiadanie
Andrzej W. Sawicki: Niezwykły przypadek Martyny Gewalt — opowiadanie
Jakby mnie teraz trafił szlag, na spotkania autorskie zapraszajcie mojego najlepszego przyjaciela Goosa. To chodząca skarbnica anegdot o tym, jak powstają moje książki. Uczestniczył w narodzinach większości, a co gorsze, pamięta te pierwsze pomysły. Ja opowiem tylko o jednym, on z dziką rozkoszą przedstawiłby wam co najmniej z tuzin. A do tego barwnie opisał moją mimikę, koniuszek języka wystający spomiędzy zębów, tępe spojrzenie... Nie, wiecie co? Jednak go nie zapraszajcie.
Pierwszy pomysł na Jeremiaha Crossa pojawił się właśnie przy Goosie, w jego kuchni. Powiedzieć, że nie ma wiele wspólnego z książką, którą niedługo przeczytacie, byłoby określeniem bardzo delikatnym. Bohaterem był tam bowiem pewien młodzian wracający z wojny do domu w Nowym Orleanie. Delikatny, miły chłopak, syn zarządcy plantacji, trochę opóźniony, oszpecony blizną na pół twarzy; jedyną pamiątką, jaką udało mu się zachować przez całą wojnę, jest maleńki medalik z obrazkiem ukochanej dziewczyny, córki właściciela ziemskiego. Gdzieś uciekło mu parę ładnych lat powojennych, więc teraz odkrywa nową rzeczywistość — świat zdominowany przez technologię parową i nową religię, opartą na voo-doo. Zwycięskim w wojnie Południem rządzą natomiast... czarni.
No dobra, to już druga wersja. Goose pamięta pewnie jeszcze pierwszą, ale nie mam go w tej chwili pod ręką. Ile z tej opowieści zostało w „Drzewie Crossa” nie powiem, wciąż mam nadzieję napisać kiedyś tę książkę. Na pewno jednak zmienił się jej bohater. I to bardzo bardzo. Teraz to prawdziwy twardziel. Zdaję sobie sprawę z tego, jak trudno opisać bohatera typu Conan, by nie popaść w niezamierzoną śmieszność. Najprostszym sposobem, by tego uniknąć, jest oczywiście... niepisanie o takich bohaterach, ale to, uważam, pójście na łatwiznę. Dlatego wpadłem na pomysł „Krzyża Południa”.
To swoisty prequel do „Drzewa Crossa”, sposób na przedstawienie postaci nie jako człowieka, ale jako ikony, legendy. Coś jak Karol, który chcąc nie chcąc został papieżem, ale uzupełnione o wielkie spluwy, niezłe dialogi i wszystko co lubimy w westernach (no, może oprócz kankana). W bonusie dostajecie odrobinę wykoślawioną wojnę secesyjną, voo-doo i zalążek steampunku. Później będzie tego wszystkiego jeszcze więcej. Dodam jeszcze, że jedyne pełne zdumienia i podziwu "O kurwa!" jakie słyszałem na autorskim po przeczytaniu fragmentu tekstu rozległo się właśnie po fragmencie tej książki. Nie powiem po którym, ufam, że się domyślicie...
Jakub Ćwiek




Theme by Danetsoft and Danang Probo Sayekti inspired by Maksimer