Marcin Wełnicki: Dossier R — paraopowiadanie
Andrzej W. Sawicki: Niezwykły przypadek Martyny Gewalt — opowiadanie

Historia reklamy FIOLETU
Fiolet — oficjalny trailerFilmowe reklamy książek pojawiają się bardzo rzadko — nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Miałem przyjemność pracowania przy paru takich projektach, jednak wymyślając z Magdą Kozak reklamę „Fioletu” postanowiliśmy podnieść poprzeczkę niezwykłości i zrobić coś, czego nigdy jeszcze nie było: film stać się miał częścią okładki, a okładka — częścią filmu.
Od początku wiedziałem, że oba elementy muszą powstawać równolegle: tworzący okładkę Piotr Cieśliński musiał pojawić się na planie, by odwzorowując moje ustawienia kamery zrobić w warunkach planu zdjęciowego fotografie referencyjne wszystkich elementów reklamy w rozdzielczości wymaganej do druku — zdecydowanie wyższej, niż daje moja kamera HD. Okładka miała bazować na ostatnim kadrze filmu — po zakończeniu zdjęć musiałem więc zacząć obróbkę od finałowego, na szybko, roboczo przygotowanego ujęcia w niskiej rozdzielczości, by Piotrek — nie naruszając filmowej kompozycji — mógł wystarczająco wcześnie zacząć niezwykle czasochłonne malowanie całej okładki.
Zdjęcia zaczęły się wcześnie rano, od zamglonej panoramy Warszawy z najwyższego piętra jednego z górujących nad Centrum hoteli.
Krążyliśmy po ciepłych, hotelowych pokojach, gdy przed wejściem do metra, zasypywani śniegiem i smagani bezlitosnymi porywami mroźnego wiatru, bez słowa skargi czekali na nas wierni i niezawodni fani Magdy Kozak: forumowicze Nocarz.pl. W reklamie „Fioletu” mieli stać się przechodniami — pierwszymi, nieszczęsnymi ofiarami zabójczej rośliny.
Zadanie aktorskie było z pozoru proste: idziesz sobie ulicą, pochłonięty codziennymi sprawami, gdy nagle z potwornym hukiem wyłania się z ziemi coś wielkiego i przerażającego. Sęk w tym, że ani tego huku, ani tego czegoś po prostu nie było. W takiej sytuacji operuje się prostymi hasłami i punktami odniesienia. Do zaszczytnej roli punktu odniesienia awansowała uliczna lampa, prostym hasłem było moje standardowe „Sru!”. Na okrzyk „Akcja!” odpowiednio ustawieni statyści ruszali wyznaczonymi ścieżkami, na hasło „Sru!” — zatrzymywali się gwałtownie, kulili przerażeni hukiem i kołysali na skutek wyimaginowanych drgań podłoża. Wreszcie na hasło „Lampa!” — wszyscy spoglądali w górę, by z rosnącym niepokojem obserwować rozwijającego zaborcze ramiona kosmicznego gościa. Wszystko kończyło się sceną wymagającą największego poświęcenia: zbiorowym upadkiem na oblodzony chodnik po sztachnięciu się cyjanowodorem. Po kilkunastu dublach większość statystów mogła pochwalić się imponującymi otarciami i siniakami, tradycyjnie nikt jednak nie narzekał.
Zmiana planu — kręcimy scenę, w której do padających przechodniów dołączają rozbijające się samochody. Tu wszystko powstawało na warstwach, nie tylko z powodu bezpieczeństwa, ale również potrzeby zachowania pełnej kontroli rytmu i tempa kolejnych zdarzeń. Ostatecznie przechodniów nagrywaliśmy później, w zupełnie innym miejscu, każdego osobno — by następnie po ręcznym, poklatkowym wycięciu z tła — wstawić ich w ujęcie z centrum Warszawy.
Oddzielnie nagrywane i obrabiane były również ujęcia samochodu, wpadającego pod koła przechodnia, czerwonego auta rozbijającego się o słup ogłoszeniowy, eksplozji tegoż auta, odbić ognia w oszklonej elewacji w tle, wzniesionej wybuchem śnieżnej zadymy itd., itp.
Zdjęcia zakończyły się późnym obiadem i tradycyjną, trwającą do białego rana imprezą u Magdy.
Nadszedł czas na postprodukcję, czyli montaż, udźwiękowienie, napisanie muzyki i oczywiście efekty komputerowe. Poza przykładowo zaprezentowanym powyżej „compositingiem” (złożeniem wszystkich poszczególnych warstw w jedną spójną całość), największym wyzwaniem było stworzenie samego Fiołka. Po licznych, wielogodzinnych rozmowach z Autorką, naszkicowałem wstępny projekt. Zanim jednak przystąpiłem do modelowania, zgrałem cały materiał zdjęciowy, wybrałem i wstępnie zmontowałem ostatnie, niezbędne do stworzenia okładki ujęcie i doszkicowałem fioletowy kształt, by roboczą przymiarkę kompozycyjną przesłać Piotrowi. Dzięki takiej organizacji pracy autor okładki mógł już malować pierwsze warstwy (komandos, śmigłowiec), które nie wymagały jeszcze istnienia samego Fiołka.
Do stworzenia roślinki użyłem standardowych narzędzi, którymi pracuję na co dzień. Najpierw wymodelowałem podstawowy kształt:
Uzyskany model eksportowałem do programu, który daje możliwość rzeźbienia w komputerowej siatce, jak w glinie. Dzięki nieograniczonym możliwościom zagęszczania wyjściowej siatki, mogłem stopniowo dodawać wszystkie niezbędne detale.
Po oteksturowaniu (dodaniu odpowiedniej „skóry”) obiekt wyeksportowałem do programu, którym wykonałem finalny render (ostatecznie, uwzględniające światło i odbicia otoczenia przeliczenie cyfrowej grafiki, do kompozycji z materiałem zdjęciowym).
Ostateczny compositing „okładkowego” ujęcia wymagał wielu warstw:
1. Nagranego na zielonym tle komandosa w śmigłowcu:
Małe, czerwone kropki na zielonym materiale umożliwiły potem prześledzenie ruchu kamery i przeniesienie tego ruchu do wirtualnego środowiska z zabójczym Fiołkiem.
2. Czystego tła:
3. Licznych ofiar cyjanowodoru, widocznych „z lotu ptaka”:
Wykonująca powyższe fotki Magda pozwoliła sobie na mały żart, nawiązujący do emitowanego przez Fiołka gazu:
4. Przeróżnych ujęć zmieszanego z ziemią śniegu:
Ze śniegiem wiąże się też odrębna części produkcji, w której musiałem stworzyć śnieżne eksplozje, konieczne do symulowania zarówno wyjścia Fiołka spod ziemi, jak i zimowych stłuczek samochodowych. Zastosowałem zaawansowane, profesjonalne narzędzia:
5. Wielu innych, pomniejszych warstw, które dodawały scenie realizmu (sypiący śnieg, przewrócone auta, wykolejone tramwaje, itp.)
W efekcie uzyskałem ujęcie tła:
Tło wysłałem Piotrowi, by mógł na jego podstawie namalować brakującą warstwę, po czym na moim materiale filmowym wstawiłem je w miejsce zielonej szmatki:
Gotową stopklatkę również wysłałem Piotrowi, by wiedział, jak finalny kadr wygląda w reklamówce.
Skupiłem się na ścieżce dźwiękowej i muzyce, gdy Piotrek, bazując na swoich fotografiach i moich materiałach, malował od zera całą okładkę. Wreszcie dostałem plik z warstwami, dzięki czemu mogłem animacyjnie wprowadzić napisy na książkę w ostatnim ujęciu.


Teraz mogłem już połączyć finałowy kadr filmu z okładką książki i dorobionym, fioletowym tłem:
Tak powstała pierwsza na świecie filmowa reklama książki zakończona autentycznym obrazem z okładki i pierwsza na świecie okładka, bezpośrednio wzorowana na ujęciu z reklamy książki ;)
Stanisław Mąderek




Theme by Danetsoft and Danang Probo Sayekti inspired by Maksimer