Uwaga, uwaga...

Najnowsze książki

Najnowsze e-booki

Dookoła Anglii i z powrotem, czyli Belfast-Wrocław w 13 dni. Część pierwsza

Od autora

To jest kronika podróży. Jak każda godna opisania podróż, nasza miała trochę niespodzianek, niebezpieczeństw, golizny i wybuchów. No, może z wybuchami przesadzam, ale resztę w tych czy innych proporcjach znajdziecie tu na pewno. Słowo autora fantastyki.

Dobra podróż potrzebuje celu, więc z kronikarskiego obowiązku podam, że w tym wypadku cel był szczytny, bo (mniej-więcej) patriotyczny. Otóż po czterech latach w Belfaście mieliśmy z Agnieszką dość emigracyjnego życia w rozkroku, przenoszenia się co rok do nowego mieszkania — no i całej związanej z tym tymczasowości. Dość mieliśmy wąziutkich, cuchnących backstreetów, wszechobecnej wilgoci, no i ponurych panów spod lokalnego klubu dla byłych bojowników Ulster Volunteer Force. Nie mieliśmy natomiast dość cydra, custardów, niesamowitych krajobrazów, pootwieranych na oścież drzwi domów i fajnych znajomych z pracy — ale coś za coś. Na dodatek do kraju ciągnęły nas sprawy zawodowe, bo dla niej nadszedł czas, aby przejść krwawy, bolesny ryt inicjacyjny młodych polskich architektów, a dla mnie stało się jasne, że muszę pokazać twarz na paru konwentach, wyjść do czytelników, i ogólnie zrobić coś poza śledzeniem z oddali ponurych statyk sprzedaży.

Dlatego w połowie ubiegłego roku „zamarzło”: będziemy wracać. Od tej pory zaczęliśmy zwozić do kraju mniej ważne drobiazgi (jak się okazało dwuosobowe gospodarstwo może mieć tych „drobiazgów” kilka walizek), aż na początku lipca został nam ostatni ruch. Postanowiliśmy pożegnać się z wyspami długą, objazdową podróżą. No i to właśnie czytacie — mały reportaż z pięciu tysięcy kilometrów przejechanych rozklekotanym Peugeotem 106.

Dzień 1: Tetris LARP

Zaczęło się od tego, że zabrakło nam czasu, a wszystko z powodu heroicznej, ale ostatecznie głupiej decyzji, żeby pracować do ostatniego dnia przed wyjazdem. Na spakowanie dobytku mieliśmy dokładnie dwadzieścia cztery godziny. Myślałem, że to wystarczy. W naiwności wierzyłem, że zdążymy jeszcze wybrać się na pożegnalny lunch albo przejść po mieście, zrobić parę ostatnich fotek. Jak było naprawdę nie będę pisał, bo „w swojej naiwności” wyraźnie to wskazuje (BTW, Anglicy nazywają ów trik pisarski „foreshadowing”, ale nazwę poznałem dopiero po tym, jak zajeździłem tą metodę na śmierć w Opowieści Piasków). Dość powiedzieć, że to była chyba najbardziej pracowita doba z całego mojego pobytu na wyspach.

Punktualnie o siódmej rano, na dzień przed wyjazdem, w domu zaczęło szaleć matematyczne tornado Agi, która z logiką godną obcego AI przemieszczała rzeczy z miejsca na miejsce, układała je do toreb, torebek i walizek. Potem pomieszczenia zaczęły gwałtownie pustoszeć, w miarę jak znosiłem kolejne z tych tłumoków na stertę w dużym pokoju, co jakiś czas zerkając za okno, w celu wizualnego porównania rozmiarów sterty z kubaturą samochodu. Koło południa to porównanie zaczęło mi coraz mocniej dawać wynik negatywny, mimo to rzeczy przybywało.

W końcu trzeba powiedzieć „sprawdzam”, jak w niekomfortowej partii pokera. Muszę zobaczyć czy jest bardzo źle (co zaowocuje jazdą przez Europę przeładowanym autem) czy też bardzo, bardzo źle (co znaczy, że musimy wyciągać awaryjny karton i jeszcze dzisiaj nadać go pocztą). Zaczynam więc pracowicie wciskać wszystko do auta, z budującą świadomością, że to tylko przymiarka, że cała moja robota jest nic nie warta, bo i tak wszystko trzeba będzie jeszcze raz wyjąć, a potem wsadzić na nowo — jutro rano. Pół godziny potem okazuje się, że jest źle, ale tylko troszeczkę. To taki upierdliwy poziom źle, przy którym nie za bardzo jest co wysyłać, ale i nie za bardzo jak dopchnąć parę ostatnich rzeczy. Kończy się tym, że wywalam tylnie siedzenia. Nie ma klucza, który potrzebny jest do rozkręcenia środkowego zawiasu, więc ukręcam je na siłę. Robi mi się od tego niepokojąco dobrze. Chyba od dawna czułem chęć, żeby coś ukręcić.

Potem rozładowuję wszystko. Czuję się, jakbym przerzucił tonę węgla — ładny początek wakacji.

Dzień 2: Dlaczego nie myje się auta przed promem

Zaczynamy repatriacyjną podróż. Wehikuł: obtłuczony ze wszystkich stron, dziesięcioletni Peugeot 106 z podwiązanym drutem wydechem, chińskimi oponami (każda inna). Ładunek: dwóch ludziów rasy kaukaskiej oraz pół tony dobytku ich życia. Moglibyśmy po prostu wysłać wszystko paczkami, oddać auto na złom i wrócić do domu komfortowo samolotem, ale wtedy nie byłoby przygód — a poza tym mamy długą listę miejsc, które chcemy odwiedzić w Anglii, po drodze. Pewnie nie będzie okazji wrócić tu przez długi czas.

O wschodzie słońca przejeżdżamy ostatni raz ulicami Belfastu, z murali żegnają nas żołnierze w czarnych kominiarkach, z kałachami w dłoniach. Pierwsza przeszkoda spotyka nas niedługo potem, przy wjeździe na promie — nasz Norfolk to jakaś stara jednostka, z bardzo stromą rampą, która na krótkim odcinku pokonuje aż trzy poziomy. Z daleka wygląda prawie jak ściana. Ja nie podróżowałem dużo promami, więc myślę, że wszystko jest OK. Dopiero kiedy widzę, że Agnieszka, która zjeździła z rodzicami autem pół Europy, jakoś tak poszarzała na twarzy, zaczynam rozumieć, że nie jest fajnie. Zbliża się nasza kolej. Przed nami dwóch francuskich arabów w tuningowanym aucie ledwo wspina się pod górę. A my mamy silnik o pojemności 1.1 litra, dwieście tysięcy mil przebiegu, no i te kilkaset kilo bagażu. Samochód krztusi się i w pewnym momencie oboje czujemy ciarki, bo jesteśmy pewni, że zaraz zgaśnie, a na takiej stromiźnie już nie ruszymy. Ale udaje się. Rampa kieruje nas na górny pokład, gdzie parkujemy i schodzimy na poziom dla pasażerów. Stamtąd idę szukać jakiegoś dobrego punktu widokowego, żeby strzelić ostatnią, pożegnalną fotkę miasta, które było moim domem przez ostatnie 46 miesięcy.

Rejs z Belfastu do Liverpoolu to osiem bardzo nudnych godzin. Na pokładzie jedyną rozrywką jest kino i dwuosobowy zespół, który gra popularne covery. Ale nikt ich nie słucha — w restauracjach, w barze, wszędzie gdzie tylko się da, Anglicy siedzą przed ekranami i oglądają Wimbledon. A oni Wimbledon traktują śmiertelnie poważnie, bo oczywiście każdy naród lubi te sporty, w których akurat przypadkiem coś mu się udaje. Trochę się snujemy, trochę czytamy. Jeśli nie jest się fanem tenisa, można najwyżej pluć na grzbiety ptakom. Niedługo przed Liverpoolem nareszcie jakaś odmiana — wychodzimy znowu na pokład i widzimy niekończące się farmy wiatraków, na otwartym morzu. Druga niespodzianka jest mniej miła: kiedy przed samym końcem rejsu wracamy do auta, okazuje się że całe jest oblepione solnym nalotem. Przez osiem godzin tłuczone morskim wiatrem, ma na sobie cienką białą skorupkę. Ledwo co widać przez szyby. A dzień wcześniej umyłem wszystko dokładnie „na drogę” — o takich rzeczach powinni ostrzegać przy bukowaniu biletu.

Prawie na ślepo, zjeżdżamy z rampy, mkniemy tunelem pod zatoką i kierujemy się w stronę pierwszego campingu. Czuję się jakoś dziwnie z myślą o tym, że to już na stałe, że prawdopodobnie nigdy do Irlandii nie wrócimy. Chyba przez to, że nie miałem czasu się z nią pożegnać, brakuje mi jakiegoś zamknięcia. No chyba, że zamknięciem było demolowanie auta.

Dzień 3: Niewolnictwo i śmierć rocka

Zwiedzamy Liverpool, który na początku siedemnastego wieku był cuchnącą rybami wioską, a potem, w przeciągu niecałych stu lat, wzniósł się nad zatoką zbitym frontem ogromnych, neoklasycznych budynków — wszystko dzięki zyskom z handlu niewolnikami. Dzielni chłopcy znad rzeki Mersey (tej samej co to „żegnaj nam” w popularnej szancie), pływali szkunerami na wybrzeże kości słoniowej, skąd hebanowy ładunek wieźli do nowego świata. Wieźć musieli szybko, bo niewolnicy stłoczeni na pokładach wysokości pół metra mieli w zwyczaju prędko umierać. Ci, którzy dotarli, zasilali kieszenie bogatych kupców Liverpoolu. Dzisiaj miasto wstydzi się na tyle, że ufundowało spore muzeum niewolnictwa, ale wciąż wiele ulic nosi imiona głównych architektów „czarnego interesu”.
I tak, Ashton Street nazwana jest po Johnie Ashtonu, przyjemniaczku który z magnata solnego w ciągu kilku lat zmienił się w eksportera niewolników, bo w tej branży zwęszył lepszy interes. Banastre Street upamiętnia generała Banastre'a Tareltona, który bronił w brytyjskim parlamencie niewolnictwa, wskazując na to, że kupcy mają nienaruszalne prawo decydować o własnych interesach. Swojej ulicy dorobił się też William IV, duke Clarence. Nazwa Clarence Street została nadana w podziękowaniu za werwę, z jaką w izbie lordów gromił abolicjonistów i tych, którzy chcieli, aby Brytania zaprzestała handlu „czarnym złotem”. Podobne korzenie mają m.in. Cunliffe Street, Doran Lane, Earle Road, Gascoyne Street, Gildart Street. Ale z drugiej strony, jest tu również Great Newton Street. I nie chodzi bynajmniej o newtona od jabłek (o nim będzie później), a o byłego kapitana na statku niewolniczego, Johna Newtona, który na skutek własnych doświadczeń stał się gorącym abolicjonistą i z tej okazji napisał hymn „Amazing Grace”.

A jeśli jesteśmy przy tym, czas wejść na oczywisty trop muzyczny. Liverpoolczycy wiedzieli, jak się ustawić — przez dwieście lat ich miasto rosło na znaczeniu cudzym potem. Najpierw był to pot sprzedanych niewolników, a następnie — czterech chłopaczków, którzy grali sobie w tutejszym Cavern Club radosne piosenki, w kłębach dymu i przy brzęku szklanek do piwa. Kiedy ta czwórka postanowiła wydać płytę, jakiś rekin biznesu muzycznego odrzucił im materiał, mówiąc że czas muzyki granej na elektrycznych gitarach już minął. Jak wiemy, czwórka nazywała się „The Beatles”, a rekin z wytwórni może o sobie powiedzieć, że popełnił jeden z najgorszych błędów w historii (no może obok dziennikarza Boston Post, który w 1865 roku napisał, że przesyłanie głosu przez kable nigdy nie będzie możliwe, a nawet jeśli, to i tak nie znajdzie praktycznego zastosowania).

Ale ów biedny sukinsyn (mam na myśli menadżera, a nie dziennikarza) pewnie szczerzy się teraz z grobu. Wracając autem na kemping po całym dniu zwiedzania skanuję zakres radia — faktycznie, miał rację. Gitarowa muzyka w końcu umarła, tyle że jakieś czterdzieści lat później, niż to przewidział.

Na koniec bonus — najciekawsza zdobycz fotograficzna dzisiejszego dnia. Kto zgadnie jak wykonano poniższe zdjęcie?

Krzysztof Piskorski

Część druga, część trzecia, część czwarta

Sposób wyświetlania odpowiedzi

Wybierz preferowany sposób wyświetlania odpowiedzi i kliknij "Zachowaj ustawienia", by wprowadzić zmiany.
Portret użytkownika tess

Czekamy na części kolejne...

Czekamy na części kolejne... (i tę obiecaną we wstępie goliznę! :>)

bezczelna i ruda

Portret użytkownika tess

Zgadzam się, że opowieść

Zgadzam się, że opowieść bardzo fajna... i widzę, że fotki już działają :)

bezczelna i ruda

Portret użytkownika Magdalaena

Opowieść bardzo fajna, tylko

Opowieść bardzo fajna, tylko niektóre zdjęcia się nie otwierają (Win 7, Firefox 3.6.9)

Magdalaena

RUNA UDOMOWIONA — konkurs fotograficzny

NAGRODZONE W EDYCJI PAŹDZIERNIK-GRUDZIEŃ:

RUNA W PRZESTRZENI — konkurs fotograficzny

NAGRODZONE W EDYCJI PAŹDZIERNIK-GRUDZIEŃ:

Runiczne gry

Sen o DolinieMoherowa gra
Fioletowa gra

Theme by Danetsoft and Danang Probo Sayekti inspired by Maksimer