Uwaga, uwaga...

Najnowsze książki

Najnowsze e-booki

Był sobie raz konwent...

Portret użytkownika Sigrid

Przez ostatnie lata z rzadka miałam okazję jeździć na konwenty, z tym większą więc przyjemnością wybrałam w ostatnią sobotę się do Lubartowa. Lubartów to miasteczko nieopodal Lublina i wygląda tak:

Zdjęcie autorstwa Jacka Szydłowskiego umieszczone dzięki uprzejmości Urzędu Miasta Lubartów.

ale akurat w sobotę jego zielona i soczysta wspaniałość została przytłumiona przez deszcz. Padało, kiedy przyjechaliśmy i lało, kiedy odjeżdżaliśmy, tym milej było więc schronić się w Gimnazjum im. Henryka Sienkiewicza, gdzie rozgrywały się sceny gangsterskie i rewolwerowe.

Mantikora to malutki, kameralny konwent, który nie świeci częstą plejadą najpopularniejszych twórców ani wielowątkowym, rozbuchanym programem. Mam wrażenie, że ostatnimi czasy konwenty coraz bardziej się profesjonalizują, z wychłodzonych sal szkolnych przenoszą do ośrodków akademickich. Standardem stają się sprzęt, nagłośnienie, rzutniki, komputery. Poprawiają się warunki lokalowe, a swój pierwszy konwent (spuszczę na niego zasłonę miłosiernego milczenia, ale jego nazwę szczęśliwy mieszkańcy sparafrazowali na „Ob/Leśny Poranek”) zapamiętam do końca życia i wykładanie podłogi gazetami z pewnością też. Ale jednocześnie mam wrażenie, że na tych wielkich, dobrze przygotowanych i należycie sponsorowanych imprezach coś się niekiedy gubi. Może to takie starcze narzekanie, ale pamiętam galę zajdlowską, na której nominowani do Nagrody im. Janusza A. Zajdla siedzieli po prostu przy stolikach, daleko od sceny i to ich symboliczne włączenie w tłum fanów i czytelników było dla mnie ujmujące, podobnie jak wędrówka przez wielką zatłoczoną salę na podium. W samotności pierwszego rzędu nie czuję tej magii i żadne odwołania do ceremonii wręczenia Oscarów mnie nie przekonają.

Malutka Mantikora przypomniała mi czasy, kiedy konwenty były mniejsze i bardziej „domowe”. Nie chodzi jedynie o to, że na uczestników czekały ciepła herbata i bigos, nawet wyśmienite ciasto, zdaje się, upieczone przez mamy organizatorów. Na ścianie klasy, w której odbywały się spotkania i prelekcje autorskie, nie było zegara, więc rozmowa czasami się przedłużała — podkradłam 10 min. RPGom, RPGi pół godziny mnie, a kolejna prelegentka zajrzała bodajże z godzinę po swoim czasie, żeby zapytać, co słychać, podczas gdy my wesoło sobie gwarzyliśmy, przekonani, że to ostatni punkt programu. Oczywiście, na większym konwencie byłby to poważny problem. Ale tutaj ludzie wchodzili swobodnie i wychodzili z sali, a spotkania zmieniały się po prostu w rozmowę. Właśnie dzięki temu nieoczekiwanie poznałam mechanikę „Wolsunga”, przed którym w normalnych okolicznościach uciekłabym z wrzaskiem. I świetnie się przy tym bawiłam.

Na dużych imprezach ludzie instynktownie zbierają się w grupy — wedle znajomości, wedle zainteresowań. Mam wrażenie, że na małych imprezach te grupy, chociaż przecież też się tworzą, są znacznie mniej hermetyczne. I właśnie te rozmowy, niespieszne, nienerwowe, były największą przyjemnością Mantikory, podobnie jak atmosfera, daleka od zadęcia i silenia się na oficjalność.

Niestety, o 21 wybiła godzina Kopciuszka i finału imprezy nie doczekałam. Okazało się, że nasz młodszy potomek wykorzystał do cna nieobecność rodziców i podczas tych paru godzin zdołał wepchnąć w siebie dwie rurki z kremem, jeden batonik w czekoladzie, pół czekoladowego jajka z niespodzianką, paczkę żelków oraz smażone paluszki rybne i, mówiąc mocno eufemistycznie, nie czuł się najlepiej. Wybiegaliśmy w popłochu ratować małego łapczywca, więc nie wiem, jak się wszystko skończyło. Ale gdybyście w przyszłym roku jesienią błądzili po Lubelszczyźnie, pamiętajcie o Mantikorze. A jeśli akurat nie będzie padać, przejdźcie się po lubartowskim rynku i zajrzyjcie do Pałacu Sanguszków:

Zdjęcia Pałacu Sanguszków umieszczone dzięki uprzejmości Urzędu Miasta Lubartów.
Możecie również wybrać się do Muzeum Zamoyskich w Kozłówce, obejrzeć nie tylko wnętrza pałacowe, ale i Muzeum Socrealizmu.

Aha, a gdyby ktoś na Mantikorze znalazł długą, czarną rękawiczkę, to z Kopciuszkiem będzie się można niebawem spotkać na lubelskim Falkonie. Może uda mu się nawet wybrać z Teatrem N.N. na niezwykłą wycieczkę po podziemiach Starego Miasta albo na Zaduszki Jazzowe w oryginalnych salach klasztoru oo. Dominikanów.

Anna Brzezińska

RUNA UDOMOWIONA — konkurs fotograficzny

NAGRODZONE W EDYCJI PAŹDZIERNIK-GRUDZIEŃ:

RUNA W PRZESTRZENI — konkurs fotograficzny

NAGRODZONE W EDYCJI PAŹDZIERNIK-GRUDZIEŃ:

Runiczne gry

Sen o DolinieMoherowa gra
Fioletowa gra

Theme by Danetsoft and Danang Probo Sayekti inspired by Maksimer