Uwaga, uwaga...

Najnowsze książki

Najnowsze e-booki

Dookoła Anglii i z powrotem, czyli Belfast-Wrocław w 13 dni. Część trzecia

Część pierwsza, część druga, część trzecia, część czwarta

Miałem zamiar publikować kolejne części reportażu z Anglii krótko po sobie. Naprawdę, miałem. Na przeszkodzie stanął niestety jeden z tych przypadków, co to mają w zwyczaju chodzić po ludziach. Na szczęście po mnie nie chodził, tylko spadł jak cegła do folderu „odebrane” w moim kliencie poczty i przygniótł mnie na dłuższy czas do biurka. Przypadkiem, o którym mówię, był tekst o rozmiarze pół miliona znaków, czyli manuskrypt redakcyjny mojej najnowszej powieści.

Krawędź czasu” jest duża, nieco większa od pierwszego tomu Zadry. I choć spotkała się z bardzo pozytywną reakcją wydawnictwa oraz wszystkich beta-testerów, nie zwolniło ją to od poprawek. Wręcz przeciwnie — wiedzieliśmy, że w żadnym szczególe nie możemy popuścić. A w skomplikowanej, warstwowej fabule tej powieści, każda drobna zmiana pociągała za sobą dziesiątki kolejnych, każdą trzeba było naprawdę dobrze przemyśleć. Dlatego dopiero teraz, kiedy odprawiłem już z rąk ostateczną wersję tekstu, mogę wrócić do podróżniczych wspominek. Oto trzecia, przedostatnia część reportażu z Anglii. Wielki finał będzie wkrótce po niej. Naprawdę.

Dzień 6: Sherlock Holmes w ruinach gigantów

Po drodze do Kornwalii zbaczamy z głównych dróg, żeby przejechać przez Dartmoor — dziewięćset pięćdziesiąt kilometrów kwadratowych wrzosowisk, mokradeł i wzgórz pokrytych koronami dziwacznych kamieni. Dawni podróżnicy, przeciwnie do nas, omijali tę okolicę szerokim łukiem. Po pierwsze — była mało zamieszkana i mało przejezdna (z tego powodu podczas wojen napoleońskich znajdował się tu obóz dla francuskich jeńców). Po drugie — i najważniejsze — była uważana za nawiedzoną. Kamienie na szczytach miały być ruinami gigantów, po równinach krążył bezgłowy jeździec, a wśród wzgórz grasowały upiorne psy oraz piekielny, czarny ogar. To ostatnie pewno Wam coś przypomina — i macie rację. Po Dartmoor lubił przechadzać się Arthur Conan Doyle, którego ludowe opowieści zainspirowały do napisania „Psa Baskervillów”. A krajobrazy spodobały mu sie na tyle, że sporą część jego nowelki zajmują opisy przyrody, rzadko spotykane w reszcie opowiadań o Sherlocku. O związkach Dartmoor z literaturą przypomina zresztą budka z jedzeniem, która stoi przy podejściu na jeden ze szczytów — oferując dania na wynos, nosi dumnie szyld „Hound of the Basket Meals”.

Ale to nie koniec psich konotacji. Z parkingu przy wspomnianej budce, w mżawce i silnym wietrze idziemy na Hounde Tor — rumowisko na szczycie jednego ze wzgórz. Jest niepokojące, przy odrobinie wyobraźni faktycznie wygląda jak pozostałości jakiejś wymarłej rasy. Na chwilę zatrzymuje mnie tu ciąg skojarzeń idący w stronę macek, podmorskich otchłani, i tym podobnych — przynajmniej do czasu, kiedy jestem już tak przewiany, że czas schodzić w stronę przełęczy. Tam z kolei, odgrodzone płotkiem od turystów, stoją resztki średniowiecznej wioski. Ktoś tu robi jakieś niemrawe wykopaliska, ale o oryginalnych mieszkańcach nie wiadomo w zasadzie nic; kiedy w 14 wieku powstały tu pierwsze rolnicze osady, tubylcy już dawno wymarli, razem ze swoimi mitami.

Naprawdę ponura okolica.

Wkrótce jedziemy dalej, wąziutkimi drogami, o szerokości wystarczającej na jedno auto, z zatoczkami do mijania co kilkadziesiąt metrów. Po obu stronach mamy mury i żywopłoty, więc nic nie widać przy zakrętach, których tu pełno. Tubylcy jeżdżą przez Dartmoor szybko. Raz czy dwa musimy hamować z piskiem opon, po czym następuje krótki pojedynek na spojrzenia — przegrany ustępuje drogi i cofa się aż do zatoczki.

W końcu z żywopłotów wyjeżdżamy na wzgórza, powyżej chmur. Jedziemy szczytami, które wydają się wyrastać z mgły; mokre i zmarznięte owce przytulają się do nasypu z boku drogi, żeby ochronić się przed wiatrem. Nieco dalej mijamy stado kuców. Dartmoor i przyległe Exmoor to ostatnie miejsca w Anglii, gdzie można zobaczyć dzikie konie. I to nie byle jakie, rasowe, bo Kuc Exmoor uważany jest za najstarszą rasę w Anglii.

Przerwę robimy w przydrożnej knajpce, gdzie zatrzymujemy się na Devon Cream Tea. To mocna, czarna herbata z mlekiem, do której podaje się scones'y grubo posmarowane clotted cream — cudownym wynalazkiem, który przypomina trochę połączenie masła i bitej śmietany — do tego trochę domowych konfitur. Całość bardzo smaczna, choć ciężka.

Wieczorem docieramy do Kornwalii, niegdyś kraju korsarzy i przemytników, a teraz — nadmorskich kurortów. Przed snem oglądam mapę. Od opuszczenia Belfastu przejechaliśmy już osiemset mil. Niby mało, ale większość z tego było po lokalnych, krętych dróżkach. Prawie wcale nie zbliżyliśmy się do Polski a jutro mija połowa wyjazdu.

Dzień 7: Ogrody Marsa

Wiek dziewiętnasty to czas, w którym Anglicy robili tanie podróbki chińskich towarów (i na dodatek byli z tego dumni). Dzisiaj przypominają o wszystkim gliniaste wyrobiska St. Austell — miasteczka, które szczyci się faktem, że jego manufaktury pierwsze produkowały dostępne dla klasy średniej (czytaj: tanie) kopie chińskiej porcelany. To pewnie objaw kreatywności, którą Brytyjczycy uważają za swój narodowy przymiot. Ale na szczęście okolica ma też inne powody do dumy, poza łamaniem praw patentowych chińskich garncarzy. Otóż jakieś dwadzieścia lat temu grupa przytulaczy drzew kupiła od lokalnych urzędników starą kopalnię glinki. Osiemdziesiąt ton kompostu, dziesięć lat pracy i jednego brytyjskiego architekta potem, na miejscu stanęły bio-dome'y Eden Project. Pod kilkoma kopułami odtworzono tu ekosystemy z różnych zakątków ziemi. Mówią, że część jest niemal samowystarczalna, ale o tym dowiedzielibyśmy się dopiero, gdyby armia ogrodników poszła na paroletnie wakacje. W każdym razie Eden Project to najlepsza okazja, by w okolicy 50 równoleżnika zasmakować uroków tropikalnej dżungli. Dla niewtajemniczonych: tropikalna dżungla jest gorąca. I parna. Sens tych słów rozumie się dopiero po godzinie spędzonej w temperaturze czterdziestu pięciu stopni przy wilgotności 100%. Gdybym był tu wcześniej, pewnie dodałbym kilka linijek do „Jadu”. Byłoby to coś o przylepianiu się bokserek do dupy.

Ale w całym habitacie najciekawsze jest nie sama dżungla, ale kopuła i technologia, które trzymają ją przy życiu w chłodnym, brytyjskim klimacie. Chyba każdy fan SF, który wchodzi do bio-kopuły, ogląda najpierw nie rośliny, a białe dźwigary, ułożoną z sześciokątnych oczek powłokę, skomplikowany system nawadniania i wentylacji, a potem myśli sobie — a jednak się da, jeśli tylko są pieniądze. Gdybym zupełnym przypadkiem stał się kiedyś nieprzyzwoicie bogaty, jedno jest pewne — zamawiam taką dżunglę. Z dostawą na Marsa.

Na marginesie — w samym środku habitatu pracownicy Eden Project sprzedają na małe szklaneczki dziwny, biały koktajl. Przy tej temperaturze, każdy kupuje choćby dla dwóch smętnych kostek lodu, które unoszą się na powierzchni. Jestem przyjemnie zaskoczony tym, że miksturę naprawdę da się wypić. Dziewczyna przy kasie tłumaczy, że to mieszanka kokosa, mango i jakiejś dziwnej rośliny — recepturę sprytni biali podpatrzyli u Indian z amazonki. Ciekawostka jest taka, że napój smakuje dokładnie jak jogurt. Nie mogę uwierzyć, że w środku nie ma mleka, bo przecież mleko kokosowe ma tyle do nabiału, co kotlet sojowy do wieprzowiny. Mam nadzieję, że nie dowie się o tym szef jakiegoś żywieniowego koncernu z USA, bo zamówi ekspertyzę, z której wyjdzie, że nabiał z roślin jest tańszy niż z parzystokopytnych. I zamiast krów będziemy doić amazońskie drzewa.

Po biohabitatach projektu Eden, jedziemy nad morze, do Fowey. To niesamowite miasteczko, stromo opadające do zatoki, bez chodników, z ulicami o szerokości nieco ponad dwóch metrów. Schodząc w stronę portu, co chwila trzeba przytulać się do ścian, żeby przepuścić auto. Na samym dole jest mikroskopijna marina, ratusz wielkości niedużego domku i rynek, który ma ze czterdzieści metrów kwadratowych. A że wszystkie drogi prowadzą właśnie tutaj, w godzinach szczytu placyk wypełnia się turystami, robi się ciasno, bardzo ciasno, tak ciasno, że wypchnięci przez tłum jemy lunch siedząc na murze nad zatoką. Pod nami błyszczy czysta, przejrzysta woda. Nieco dalej, na końcu zatoki, widać ruiny dwóch wież, jedna po naszej stronie, druga w bliźniaczej mieścince Polruan. Kiedyś między wieżami rozpięty był długi na kilkaset metrów łańcuch, który mieszkańcy podnosili nad wodę, kiedy spodziewali się nieproszonych gości. Mieli ku temu powód — dawno temu Kornwalia słynęła z korsarzy. Miało tu porty wielu słynnych kapitanów, którzy pływali na południe, na Hiszpanów, albo przez morze — na Karaiby. Kiedy sezon na łupienie był zły, ratowali czasem budżet przy pomocy rodzimych miasteczek. Armatki przy marinie w Fowey nie były na wiwat.

Na koniec dnia odrabiam zaległości pisarskie, a potem idziemy na plażę. Musimy jednak zawrócić — cała jest pokryta gnijącymi wodorostami, smród trudny do zniesienia.

Dzień 8: Na końcu świata

Pisałem coś ostatnio o brytyjskiej kreatywności? Wcale nie chciałem dalej z niej kpić, słowo honoru — ale słowa po prostu same cisnęły się na język, kiedy o poranku zobaczyłem architektoniczny dziw, stojący u brzegów Kornwalii.

Na pewno wszyscy wytrawni turyści znają francuskie Mount St. Michelle, malowniczy klasztor-fortecę na północnym wybrzeżu Francji, który w trakcie przypływu staje się wyspą. Otóż mnisi z Kornwalii widocznie pozazdrościli braciom w wierze z drugiego końca kanału, bo wybudowali taki sam, tylko mniejszy, na miarę ich możliwości. Nazwali go, jakże inaczej, Saint Michael's Mount.

Ale kpiny na bok: budowla wciąż jest bardzo okazała, szczególnie gdy wynurza się z mgły w dżdżyste przedpołudnie. Idziemy do środka, przez wąski nasyp, który podczas przypływu całkowicie zakrywa woda. Ale tylko na parę zdjęć — wkrótce musimy wracać, bo właśnie idzie przypływ, który w ciągu godziny potrafi całkowicie zakryć drogę i odciąć wysepkę od świata. Turyści mogą co prawda wrócić na ląd promem, ale my wolimy własne stopy — bo taniej, i fajniej. Idąc po śliskich kamieniach ścigamy się z wodą, która z obu stron pożera coraz więcej drogi. W ostatniej chwili z klasztoru wyjeżdża jeszcze spóźniona furgonetka, która miejscami jedzie już prawie po cienkiej tafli wody — zastanawiam się czy kierowca jedzie na pamięć, czy widzi jeszcze kamienie pod powierzchnią...

Wkrótce ruszamy dalej, by przez mniejsze i większe nadmorskie mieściny dotrzeć na koniec świata, czyli do Land's End, najdalej wysuniętego na zachód punktu Anglii, nad którym powiewa sobie Union Jack. Poza Union Jackiem i paroma sklepami nic tam nie ma, więc z braku rzeczy do relacjonowania mogę w zamian napisać o — niejasnej dla wielu Polaków — genezie brytyjskiej flagi. Otóż powstała ona ze złożenia sztandarów trzech krajów, które połączyła w unii korona brytyjska. Pierwszy jest krzyż Św. Jerzego, czyli flaga Anglii — czerwony krzyżyk na białym tle. Na to nakładamy flagę Szkocji, czyli dwie ukośne białe linie na tle niebieskim. Już wygląda znajomo? Brakuje tylko czerwonych przekątnych, które pochodzą z Krzyża Św. Patryka, symbolu Irlandii Północnej.

Na koniec do „zaliczenia” zostaje nam główny kapitał turystyczny Kornwalii — plaże, a raczej najbliższy odpowiednik, jaki jest w stanie zaoferować Brytania. Jedziemy do St. Ives, które wygląda jak kurort na lazurowym wybrzeżu. Jedyny problem jest taki, że woda jest zimna — wykręca aż na drugą stronę, da się chodzić w niej tylko parę chwil, zanim stopy zaczną drętwieć. O pływaniu, chociaż to środek lipca, raczej nie ma mowy. Z braku innych możliwości, musimy pocieszyć się lokalnymi specjałami.

Dzień 9: Miejsca, których nie ma

Cały dzień w drodze, więc będzie krótko. Z samego końca Kornwalii cofamy się aż pod Londyn. Długa, monotonna trasa. Po drodze mamy zaplanowaną tylko jedną atrakcję, ale za to jaką — najbardziej znany obiekt architektury megalitycznej na świecie, Stonehenge. Od razu wyjaśnijmy sobie jedną rzecz: tak wygląda Stonehenge według tego, co chciałaby nam wmówić popkultura (zdjęcie własne, trochę „poprawione”). Tak wygląda naprawdę. Wszyscy uwiecznieni turyści przyjeżdżają zrobić zdjęcie nr 1, w błogiej nieświadomości, że oprócz długich kolejek i tłoku otrzymają tylko zdjęcie nr 2, a dużo łatwiej byłoby im ściągnąć jakąkolwiek fotkę z sieci i przerobić ją w Photoshopie. Tym samym, zainspirowany książką Orlińskiego „Ameryka nie istnieje”, dodaję Stonehenge do długiej listy rzeczy, które egzystują głównie w wirtualnej przestrzeni kulturowej gatunku homo sapiens.

Chociaż może... Są rzeczy, które trudno wypatrzyć na pierwszy rzut oka. Można godzinami patrzyć na zdjęcia i mapki, ale dopiero na miejscu kontekst mówi nam coś nowego, coś czego się nie spodziewaliśmy. Już chcę odchodzić od kamiennego kręgu, gdy rozglądam się jeszcze raz wokół. Zaczynam się zastanawiać nad jego położeniem — jesteśmy na polu, ponad drogą, na szczycie bardzo łagodnego pagórka. Horyzont jest nisko, niebo jest wielkie, rozległe, czuję się jak we wnętrzu niebieskiej bańki, obracam się podziwiając panoramę. Kiedy patrzę wyżej, tylko kamienie wystają ponad horyzont, są ostatnią kotwicą łączącą z ziemią. Wyobrażam sobie to niebo nocą, całkiem czyste, rozgwieżdżone. W kręgu płoną pochodnie, starsi druidzi pokazują młodym adeptom gwiazdozbiory i komety...

Ale wszystko trwa chwilę, potrąca mnie chiński turysta, a potem muszę gonić żonę, która już jest w połowie drogi do podziemnego przejścia pod ruchliwą drogą. Dalej jest parking z morzem turystycznych autokarów, których ogromne, białe cielska otaczają malutki, stary krąg, jakby w oczekiwaniu na tajemny rytuał.

Krzysztof Piskorski

Część pierwsza, część druga, część trzecia, część czwarta

RUNA UDOMOWIONA — konkurs fotograficzny

NAGRODZONE W EDYCJI PAŹDZIERNIK-GRUDZIEŃ:

RUNA W PRZESTRZENI — konkurs fotograficzny

NAGRODZONE W EDYCJI PAŹDZIERNIK-GRUDZIEŃ:

Runiczne gry

Sen o DolinieMoherowa gra
Fioletowa gra

Theme by Danetsoft and Danang Probo Sayekti inspired by Maksimer