Uwaga, uwaga...

Najnowsze książki

Najnowsze e-booki

Jak nie porozmawiałam z Jerzym Pilchem

Portret użytkownika Sigrid

W Krakowie dobiegły właśnie końca targi książki oraz Festiwal im. Conrada, którego gośćmi byli m.in. twórcy fantastyki — Jacek Dukaj, Łukasz Orbitowski i ja. Po festiwalu wiele nie miałam okazji biegać, ale podobno do sobotniego wieczoru zgromadził ponad dziesięć tysięcy uczestników, co świadczy, że formuła spotkań z twórcami kultury (bo nie wyłącznie przecież literatury) jest ogromnie atrakcyjna. Zapewne nie bez znaczenia była nieformalna atmosfera wielu miejsc, bo inaczej rozmawia się w klubowych wnętrzach, a inaczej w akademickich salach. Właśnie w takiej nieformalnej spotkaliśmy się z Anną Marchewką z Uniwersytetu Jagiellońskiego i było to doświadczenie niezwykle ciekawe.

Mam wrażenie, że okazaliśmy się wszyscy troje osobami opornymi i wrednymi, broniąc się ze wszech sił przed egzegezą własnych tekstów. Niemniej wydaje mi się, że podstawową przeszkodą w rozmowie okazała się właśnie nietypowość sytuacji, przy czym nie mam na myśli, że nie przywykliśmy do ponurego literaturoznawcy, który nakłuwa szpilkami pytań. Mówiąc poważniej, zamiast zabaw wudu w stylu pytań „Skąd bierze Pani pomysły?”, Anna Marchewka podjęła próbę odczytania literatury fantastycznej w kontekście literatury. I koniec. Nie literatury fantastycznej, nie literatury masowej, nie literatury popularnej, tylko po prostu literatury.

Przyznam jednak, że nie do końca rozumiem ideę „nowego realizmu”, o którym mieliśmy debatować, zwłaszcza że realizm w sąsiedztwie fantastyki w ogóle brzmi nieco ryzykownie. Podejrzewałam, że chodzi o próbę odczytania testów fantastycznych w kontekście wielkiego, XIX-wiecznego, zobowiązania literatury wobec świata. Może o metodę wielkich powieści realistycznych. Może wreszcie o długi cień oświecenia, który sprawia, że usiłujemy opisywać nieistniejące światy według znanych pojęć i prawideł i konstruować ich mechanikę, zupełnie jakby zza tej bardzo przecież odległej od codziennego doświadczenia imaginacji przezierało marzenie o świecie doskonale wyjaśnialnym i poddającym się opisowi. I tutaj nadal pozostaję bezbronna, bo umyka mi teza „nowego realizmu”. Owszem, da się odnaleźć w rozlicznych tekstach i ślady dawnego realistycznego opisu świata, i ślady pewnej relacji, w którym twórca nie tworzy bardzo subiektywnych, wewnętrznych krajobrazów, ale stara się wchodzić w dyskurs — często nacechowany politycznie — z rzeczywistością. Ale nie uważam, żeby było to obecnie myślenie dominujące.

Jednakże nawet nie ten kłopot w zdefiniowaniu tezy stanowił największy problem. Sęk w tym, że osadzeni w roli harcowników fantastyki w literaturze, nie bardzo mogliśmy mówić we własnym imieniu. Anna Marchewka zaprosiła do rozmowy twórców na tyle odrębnych, że ciężko mówić o tendencjach wspólnych w ich prozie — może poza jedną, tą mianowicie, że ani na poziomie formalnym (język, sposób konturowania fabuły), ani znaczeniowym nie wpisują się idealnie w panoramę współczesnej fantastyki. Mam nadzieję, że nie dotknę nikogo boleśnie konstatacją, że gros współczesnej fantastyki to literatura masowa (często mówi się „literatura popularna”, ale „literatura masowa” moim zdaniem lepiej podkreśla efekt mediów oraz ekonomiczne uwarunkowania — dawna kultura ludowa była wszak popularna bez przemysłu kulturalnego). Jest również ciężkim banałem, że książki funkcjonują jako produkty z coraz częstszymi wycieczkami w stronę produktu totalnego (przy czym nie jest to z definicji określenie wartościujące czy obelga, bo realizacje mogą być bardzo różne — vide „Wroniec” Dukaja). Stąd i spłaszczenie problematyki, i daleko posunięty schematyzm języka czy rozwiązań fabularnych. Słowem, zależy, co podłożymy pod termin „fantastyka” — czy prozę zaproszonych gości, czy anonimowe dragonlance.

Kolejnym problemem, na co zwrócił uwagę Tomek Majkowski z UJ, jest brak wspólnego języka pomiędzy, powiedzmy, branżową krytyką literacką (realizowaną w pismach fantastycznych lub przez twórców związanych z fantastyką) a akademikami ze studiów literaturoznawczych. Kiedy Anna Marchewka przypisała Łukasza Orbitowskiego do „gotów”, sala zawyła z uciechy, zapewne wyobraziwszy go sobie w gromadce „mrocznych”, a twórca nieśmiało oznajmił, że on raczej widzi się wśród inspiracji metalowych. Tyle że literaturoznawczyni, która najpewniej w życiu nie była na konwencie, chodziło raczej o tradycję powieści gotyckiej, której echa faktycznie da się z Łukasza wyłuskać.

Takie nieporozumienia, jakkolwiek na spotkaniu atrakcyjne, bo momentalnie ożywiają publikę i wprowadzają ducha anarchistycznej wesołości, pokazują, jak bardzo potrzebny jest dialog o literaturze. Pomiędzy fantastyką (definiowaną jako pewne środowisko oraz jako twórcy wydający w wydawnictwach fantastycznych, bo rzetelnie nie widzę tu wspólnego programu artystycznego) a tzw. głównym nurtem (do którego wrzuca się często wszystko, co fantastyką nie jest) istnieje niemal nieprzepuszczalny mur. Rzadko bywamy w tych samych miejscach, rzadko czytają nas ci sami krytycy i akademicy, rzadko wreszcie czytamy się nawzajem i rozmawiamy. Co gorsza, rozmywa się nam język dyskusji, przy czym nieporozumienie gockie jest jeszcze najmniejszym z problemów. Znacznie poważniejsze jest moim zdaniem zakonserwowanie w dyskursie — z braku lepszej definicji nazwijmy go — branżowym pojęcia fantastyki na poziomie fantastyki złotego wieku i strukturalizmu, co jest poniekąd tematem na zupełnie inną rozmowę. Dlatego tak potrzebne są rozmowy wychodzące właśnie poza tradycyjny dobór rozmówców i próby poszerzania tej refleksji. Potrzebujemy sojuszników nie „na zewnątrz”, ale takich, którzy nie mieliby świadomości istnienia muru. Każdy mur zaczyna się w głowie, co właśnie tłumaczymy naszym dzieciom na kanwie kapitalnej książeczki „1989”, w której zebrano opowiadania współczesnych pisarzy europejskich, w bardzo różny sposób odbijające się od tematyki właśnie muru, nie tylko berlińskiego.

A teraz czas wytłumaczyć, dlaczego z Jerzym Pilchem nie udało mi się jednak porozmawiać. Mieliśmy po kolei opowiadać o naszym Schulzu, który jest dla mnie twórcą ważnym, ale zupełnie odrębnym od wszelkiego myślenia o fantastyce. Tyle że przed spotkaniem dowiedziałam się z nagła o poważnej chorobie w rodzinie i żeby się przebić nocą na drugi koniec Polski, musiałam w tego panelu wyjść już po godzinie. Uprzedziłam o tym organizatorów, ale mój przedmówca mówił, mówił, mówił, czas uciekał, uciekał, uciekał... Cóż, mogę tylko skonstatować, że proporcje wypowiedzi zachowano bardzo schulzowskie, mniej więcej Herezjarchy i Adeli, bo kiedy przyszła kolej na mnie, wyrzuciwszy ze dwa zdania, musiałam przeprosić i wybiec. Nie utyskuję tutaj zresztą, że biją naszych, po prostu rzeczywistość tworzy czasem bardzo powikłane narracje. Żałuję tylko, że nie było okazji opowiedzieć o fundamentalnej niemożliwości Schulza we współczesności, w potrzaskanej teraz już niemal całkowicie tkance sacrum, które kiedyś przenikało całe myślenie o świecie, w języku, który tak diametralnie się odmienił. A takie okazje powinny się trafiać. Po prostu potrzebujemy ich.

Anna Brzezińska

Sposób wyświetlania odpowiedzi

Wybierz preferowany sposób wyświetlania odpowiedzi i kliknij "Zachowaj ustawienia", by wprowadzić zmiany.

Czysto terminologicznie

Jeżeli chodzi o kulturę masową, to mnie przed tym konceptem powstrzymuje jego frankfurcki rodowód – Adorno czy Horkheimer podkreślali wszak bierność i ujednolicenie odbiorców, nie bez kozery posługiwali się również słowem "masa". Owszem, produkty z drukarń wychodzą te same (choć nie tak mała część wytworów kulturowych zmienia się w zależności od użytkownika), ale jednocześnie mamy przecież niespotykane dotąd możliwości indywidualizacji odbioru, ba! – także tworzenia (przykładem fanfiki). Odbiorca stopniowo przekształca się w fana, choć zakres tych przemian (zwłaszcza w naszym kraju) może być przedmiotem sporów.

Być może więc lepiej mówić jednak albo o kulturze popularnej, albo komercyjnej?

Serdecznie pozdrawiam
Staszek Krawczyk

Portret użytkownika Sigrid

Frankfurt i inni

Tak, u Adorna masy są całkowicie bezradne, wręcz regresywne wobec bodźców przemysłu kulturowego, zresztą u Marcuse’a również, a ta teoria doczekała się gigantycznej krytyki.
Nie ukrywajmy, nie znam się na tym dobrze, moje wykształcenie jest ukierunkowane na historię. Ale przez jakiś czas pracowałam pod kierunkiem Petera Burke’a, który upatrywał elementów kultury masowej w XVI wieku i ciekawie pokazywał linię demarkacyjną pomiędzy kulturą masową a kulturą ludową w epoce wczesnonowożytnej, przy czym obie mieściłyby się w określeniu kultury popularnej, więc w moim rozumieniu te pola semantyczne nie pokrywają się tutaj należycie. Wiadomo, że nowy historycyzm przeorał trochę myślenie o historii i czytamy teraz źródła w kontekście dyskursów władzy. Zatem fakt, że kultura ludowa (popularna) jest spontaniczna i obliczona raczej na ekspresję niż na zysk, a kultura masowa (również popularna) jest zazwyczaj produkowana i modelowana w nadziei zysku, nie pozostaje bez konsekwencji. I mam wrażenie, że echa kultury ludowej (spontanicznej, niesterowalnej etc.) odradzają się teraz w internecie, podczas gdy działalność koncernów tworzących np. postdisneyowskie produkty totalne dla dzieci (bo nie chodzi wyłącznie o literaturę, ale o wszelkie didaskalia, zeszyty z filmowymi okładkami, kubeczki z ulubionym bohaterem i całą tę wysoce skomercjalizowana konstelację na kanwie oryginalnego tworu, filmu czy książki) należy do zupełnie innej kategorii. Nie mam dobrego pomysłu, jak te kategorie odróżnić, pominąwszy już wszystkie rozmywania popularne vs wysokie, bo o tej porze chyba nie mam siły na dyskusję o postmoderniźmie i kryzysie metanarracji.

W takim razie tylko krótka myśl

Czy współczesna "Kultura 2.0" (nazwijmy ją tak przez nawiązanie do "Web 2.0", zresztą nie jest to mój własny termin: http://www.dwutygodnik.com/artykul/1-alfabet-nowej-kulturyabck20.html) jest rzeczywiście odrodzeniem dawniejszej kultury ludowej?

Wydaje mi się, że chociaż niektóre cechy są wspólne, to źródła historyczne (pomimo wszelkich długich trwań) – jednak inne: irracjonalna twarz nowoczesności, eksplozja pragnień, hedonizm, indywidualizm, przekształcenia społeczne, przemiany technologiczne. I pewnie jeszcze wiele innych, których jako amator nie podejmuję się szczegółowo wyliczać (a powyżej i tak zresztą zapożyczam się na potęgę u Marka Krajewskiego). W każdym razie skłaniam się do myślenia o internetowej spontaniczności raczej jako owocu ostatnich dwu stuleci, niż odrodzeniu kultury ludowej.

Ale czy to jest słuszne? Ja nie wiem. :-)

Serdecznie pozdrawiam
Staszek Krawczyk

Jako osoba, która w jakimś

Jako osoba, która w jakimś tam sposób siedzi okrakiem na opisywanym tu murze - akademicki literaturoznawca z jednej, a uczestniczka rozmaitych blogowych i branżowych (z tym że nie zawsze i niekoniecznie polskich) debat, powiedzmy, teoretycznych i gatunkowych, o fantastyce, zgadzam się absolutnie z opisaną diagnozą - zarówno Autorki tekstu (uwagi o pojęciu fantastyki), jak i Tomasza Majkowskiego (brak wspólnego języka tych dwóch form krytyki); wydaje mi się zresztą, że w tym momencie ta krytyka, powiedzmy, "nieprofesjonalna", blogowa czy z list dyskusyjnych, jest, w skali zarówno polskiej, jak i - jeszcze bardziej - światowej, zjawiskiem co najmniej równie ważnym dla np. kreowania mód, promowania pewnych zjawisk, pojawiania się nowych pojęć etc., co krytyka profesjonalna - jesli nie ważniejszym.

Z lenistwa nie polazłam na Festiwal i targi, a teraz żałuję.

RUNA UDOMOWIONA — konkurs fotograficzny

NAGRODZONE W EDYCJI PAŹDZIERNIK-GRUDZIEŃ:

RUNA W PRZESTRZENI — konkurs fotograficzny

NAGRODZONE W EDYCJI PAŹDZIERNIK-GRUDZIEŃ:

Runiczne gry

Sen o DolinieMoherowa gra
Fioletowa gra

Theme by Danetsoft and Danang Probo Sayekti inspired by Maksimer