Marcin Wełnicki: Dossier R — paraopowiadanie
Andrzej W. Sawicki: Niezwykły przypadek Martyny Gewalt — opowiadanie

Wspomniałam pewnej osobie przy okazji rozmowy o „Wilczym dziedzictwie”, że również tłumaczę. Zareagowała: „O, to tak jak wielu innych zaczynałaś od przekładów, zanim wzięłaś się za pisanie”. Musiałam przyznać, że nie, akurat w moim przypadku ta kolejność została zaburzona — i z perspektywy czasu tego żałuję, bo przekłady pozwalają świetnie ćwiczyć styl.
Zainteresowałam się najpierw nieco mniej ambitną literaturą, nie chcąc zaszkodzić jakiemuś uznanemu autorowi swoim brakiem umiejętności. I muszę przyznać, że autorki romansów historycznych zadają tłumaczowi sporo stylistycznych ćwiczeń.
Mamy na przykład akapit — niezbyt długi, bo to nie ten typ literatury — w którym osiem razy pojawia się słówko „feel”*. Ponieważ, jak można się domyślić, nie chodzi tutaj o wyrafinowany poetycki zabieg, nadanie tekstowi pewnego rytmu czy inny tego rodzaju chwyt, naszym zadaniem jest napisać ów akapit tak, żeby „czuć” lub „uczucie” wystąpiło w nim tylko raz. Następnie wkraczamy na bardziej zaawansowany poziom. W akapicie powyżej „feel” występuje cztery razy, w akapicie poniżej — trzy (bohaterowie przeżywają właśnie długie chwile uniesienia), a my chcemy w całym tym fragmencie mieć tylko jedno „czucie”. Naturalnie, „feel” nie jest jedynym powtarzającym się nagminnie słowem, zatem nasze ćwiczenie stylistyczne coraz mocniej się rozbudowuje.
Tłumaczenie romansu historycznego polega zatem często na wyrażaniu myśli zawartej w danym zdaniu, lecz niekoniecznie przy użyciu zastosowanych przez autorkę słów. Inaczej po polsku nie dałoby się tego czytać; w angielskim powtórzenia aż tak bardzo nie rażą, może z racji tego, że ten język sam w sobie jest ich pełen.
Nie tak dawno czytałam esej Coetzee'ego na temat przekładów prozy Franza Kafki. Był tam podany przykład niezbyt szczęśliwego (w opinii autora eseju) zdania Kafki wraz z komentarzem, że gdyby chodziło o bardziej pośledniego autora, tłumacz miałby prawo, a wręcz obowiązek takie zdanie poprawić, w przypadku klasyka jednak każde zdanie, choćby wydawało się tłumaczowi najbardziej nieudane, powinno zostać przełożone w sposób jak najbliższy zamysłowi autora.
No cóż, autorki romansów do miana klasyków raczej nie aspirują, tak więc, tłumacze, macie tu pole do popisu.
Magda Parus
* Wzięłam tu na warsztat słówko „feel”, a nie, na przykład, równie częste w takim namiętnym fragmencie „cock”**, ze względu na delikatną naturę części czytelników fantastyki, dla których dwa chędożenia w grubej książce czynią z niej dzieło niemalże pornograficzne.
** Dla osób o słabszej znajomości angielskiego — chodzi o tę część męskiego ciała, która w innych romansach pewnej autorki, akurat nie w moim przekładzie, bywa „twarda jak skały pod zamkiem” lub też „rozpalona jak cegły na kominku” (choć głowy nie dam, że dobrze zapamiętałam te frapujące cytaty).




Theme by Danetsoft and Danang Probo Sayekti inspired by Maksimer
Bardzo bym jednak prosił o
Bardzo bym jednak prosił o rozwinięcie w wolnym czasie artykułu o delematach ze słowem "cock". Odrzućmy wszelką pruderię:) Proponuję nawet tytuł: cocktajle:)
Opus Diaboli