You are here„Marketingowy cios poniżej pasa” czyli Runa jakiej dotąd nie znaliście
„Marketingowy cios poniżej pasa” czyli Runa jakiej dotąd nie znaliście

Ludzie, jak wiadomo, listy piszą i nierzadko można się z nich dowiedzieć czegoś ciekawego. Albo nowego. A czasem czegoś ciekawego i nowego o sobie.
Tym razem list napisał „początkujący bloger, który chce stworzyć stronę z recenzjami i zapowiedziami książek (głównie fantastyki)” i w związku z tym poprosił o dodanie na stronie wydawnictwa linka do swojej recenzji drugiego wydania „Ani słowa prawdy” Jacka Piekary.
Po lekturze tej recenzji doszłam do wniosku, że link, owszem, zamieszczę — ale musi go poprzedzić krótki rys historyczny. Jeśli ktoś pamięta, jak to z tą książką było, może ten fragment spokojnie pominąć, natomiast osoby, które nie pamiętają, powinny go przeczytać, aby móc w pełni docenić demoniczną przewrotność naszego skromnego wydawnictwa.
Rys historyczny:
Otóż dawno, dawno temu, Jacek Piekara napisał kilka fajnych opowiadań o Arivaldzie z Wybrzeża. Opowiadania ukazywały się tu i tam w czasopismach, głównie w nieodżałowanej pamięci Feniksie, i bardzo się podobały czytelnikom. W 2000 roku wydawnictwo Prószyński i S-ka opublikowało je w zbiorze zatytułowanym „Arivald z Wybrzeża”. Książka ta stosunkowo szybko zniknęła ze sprzedaży, żadne dodruki ani kolejne wydania nie były planowane, więc kiedy prawa autorskie wróciły do Jacka, zdecydował się on wydać te teksty ponownie, tym razem w Runie. Dopisał dwa długie opowiadania („Kiedy czeka Nowy Świat” i „Klątwa wiedźmiarzy”), które objętościowo stanowią prawie 30% nowej książki i w 2005 roku Runa wydała ją pod tytułem „Ani słowa prawdy”, z podtytułem „Opowieści o Arivaldzie z Wybrzeża”.
W 2007, gdy Runa zmieniła layout okładek i zaczęła stosować większą czcionkę, zamiast kolejnego dodruku pierwszego wydania zostało przygotowane wydanie drugie. Rzecz jasna przy okazji poprawiliśmy kilka literówek i wygładziliśmy stylistycznie kilka zdań. Wszystko to razem kwalifikuje się jako „wydanie poprawione i zmienione” i tak też zostało napisane na stronie redakcyjnej. Naturalnie uprzedziliśmy czytelników, na czym polegają główne zmiany. Innymi słowy, było to najzwyczajniejsze w świecie drugie wydanie dobrze się sprzedającej książki. Żadne nowe opowiadania nie zostały dodane. Osoby, które miały już wydanie pierwsze, nie były kuszone do powtórnego kupna. Cena książki nie uległa zmianie, wydanie drugie kosztuje tyle samo, ile kosztowało pierwsze,
Koniec rysu historycznego
OK, teraz będzie ciekawie. Otóż z poleconej naszemu wydawnictwu recenzji dowiedziałam się, że drugie wydanie „Ani słowa prawdy” to „zbiór opowiadań nazywany przez niektórych Polskim Pratchettem, przez innych zaś marketingowym ciosem poniżej pasa”. Naturalnie żywo mnie to zainteresowało, czytałam więc dalej, w nadziei, że recenzent wyjaśni, na czym ten brzydki cios polegał. I rzeczywiście, po krótkim omówieniu okładki i tematyki książki, wszystko stało się jasne:
„Wynika to jednak z tego, w jaki sposób zbiorek ten powstał. Tego dotyczy również zarzut części czytelników o marketingowe oszustwo.
Otóż wydanie pierwsze było zbiorem różnych opowiadań o Arivaldzie, które na przestrzeni lat pojawiały się w prasie fantastycznej, a zatem sporej części czytelników były już znane. Gdy pojawiła się informacja o nadchodzącym wydaniu drugim, jak mówi samo wydawnictwo, »poprawionym i zmienionym«, ludzie oczekiwali właściwie kontynuacji. Cóż, na oczekiwaniach się skończyło, gdyż nowe wydanie poza dużo lepszą okładką różni się właściwie tylko dodaniem dwóch nowych, nie znanych jeszcze, opowiadań.”
No proszę. Czyli ten miażdżący „cios poniżej pasa”, to podłe „marketingowe oszustwo” polega na ogłoszeniu, że zamierza się opublikować drugie wydanie książki i na opublikowaniu dokładnie tego, co się zapowiedziało. Muszę przyznać, że bycie demonem marketingowych zbrodni jest łatwiejsze, niż przypuszczałam.
Jacy to ludzie „oczekiwali właściwie kontynuacji” wolę już nie roztrząsać; jestem przekonana, że i tak ich nigdy nie spotkam — to muszą być mieszkańcy jakiegoś innego Matrixa. Życzę im wszystkiego najlepszego, w końcu ignorance is bliss.
Informacja, że wydanie drugie zawiera dwa nowe, nieznane jeszcze opowiadania, już mnie właściwie nie zdziwiła — w końcu to książka o czarodzieju, widocznie wyczarował sobie nowe przygody, lepsze od tych, którymi raczył go autor.
A teraz obiecany link: autorem recenzji jest autor bloga „Słowa o słowach”; całość na w/w blogu.
Nina Liedtke
- Zaloguj się lub utwórz konto, by odpowiadać




- Trackback URL
















A jak już przy "Ani słowa prawdy" jesteśmy, to ja mam pytanie. Dlaczego nie ma w książce spisu treści? Mowa o pierwszym wydaniu, drugiego w ręku nie miałem.
"Gdy to koty miały definiować świat, ważne miejsce zajmowałyby w nim pożerane dla zabawy muchy"
— M. John Harrison
Bistro Californium
Cóż, literatura piękna to nie podręczniki ani leksykony. Spisy treści są opcjonalne w powieściach oraz zbiorach opowiadań przedstawiających jedną historię, którą w zamierzeniu autora należy czytać po kolei, a nie na wyrywki :-) Runa nie ma w kwestii spisów treści żadnych „żelaznych zasad”. Kiedy autor sobie tego życzy, spis treści jest — a jego postać może wahać się od prostego wyliczenia tytułów („Wody głębokie jak niebo”) do bardzo szczegółowej listy zajmującej trzy strony („Trzeci Świat”). Kiedy autor nie nalega i sam spisu treści w manuskrypcie nie zamieszcza, wydawnictwo tego nie sugeruje ani nie sporządza we własnym zakresie („Ani słowa prawdy”, „Wykonawcy Bożego Zamysłu”).
Kontrowersje wokół spisów treści są podobne do tych dotyczących poprawności i hiper-poprawności językowej, o których Ania wspominała w komentarzu Spór o granice ingerencji redakcyjnej.
Nina
Oczywiście, że literatura piękna to nie podręczniki. Nie chciałbym być źle zrozumiany ale poruszona przeze mnie kwestia to nie zarzut wobec Runy, a jedynie ciekawość. Taki spis w przypadku zbiorów opowiadań czy antologii wydawał mi się zawsze czymś oczywistym. Pełnił dla mnie funkcję pomocniczą (czasem lubię wrócić do konkretnego opowiadania i gdy mam na końcu spis, łatwiej mi je namierzyć niż kartkować całą książkę w poszukiwaniu tego konkretnego tekstu. A nie zawsze się pamięta czy był on przed tekstem-x czy może po).
Jak rozumiem pytanie lepiej skierować do Jacka Piekary. :)
"Gdy to koty miały definiować świat, ważne miejsce zajmowałyby w nim pożerane dla zabawy muchy"
— M. John Harrison
Bistro Californium
Jeśli chodzi o antologie i typowe zbiory opowiadań — pełna zgoda. Ale ja pisałam o: „powieściach oraz zbiorach opowiadań przedstawiających jedną historię, którą w zamierzeniu autora należy czytać po kolei, a nie na wyrywki” :-)
Problemy ze znalezieniem czegoś, co człowiekowi zapadło w pamięć, znam dobrze, ale kilka dodatkowych spisów treści w kilku dodatkowych książkach ich nie rozwiąże. Radą na to są tylko e-booki :-) W wersji papierowej ciężko by mi było znaleźć np. ten fragment:
„— Jej krew była czerwona — powiedział, starając się opanować niespokojne kołatanie serca. — I konała jak człowiek.
Koźlarz powoli skinął głową.
— Być może — odparł po chwili. — Lecz teraz widzę w twarzach innych kobiet jej twarz, a jej głos przyzywa mnie z głębi płomieni.”
Ktoś potrafi podać tytuł książki i stronę? ;->
Nina
„Plewy na wietrze”, rozdział 12. OK, trochę oszukiwałam, numer rozdziału podpowiedział z gugiel ;)
˙pɐǝp ɯıɥ ʞuıɥʇ ǝʍ ʍols os sı ʇɐǝq ǝslnd sıɥ
˙pɐǝɥ sıɥ ʇnoqɐ ʇɐɥ ɐ ǝʞɐɯ sɹǝƃuıɟ sıɥ
˙ǝsnoɥ ƃuıƃɐ uɐ ɟo ɔıʇʇɐ ǝɥʇ sǝʞıl ǝɥ
˙ǝsnoɯ ǝɥʇ oʇ uısnoɔ sı ʇɐq ǝɥʇ ʎɐp ʎq
Strona 272, to są ostatnie akapity rozdziału 12.
PS. Googiel, e-book — my point exactly :-)
Nina
I co ja mogę powiedzieć? Przyznać rację. :)
Spis treści w żaden sposób nie pomoże w wyszukiwaniu takich fragmentów ale w antologiach/zbiorach pomoże odszukać konkretne opowiadanie. I to chyba jedna funkcja jaką może spełnić.
Swoją drogą obecnie dostęp do e-booków (legalnych!) jest dość ograniczony, więc takie proste wyszukiwanie to pewnie dopiero za kilka dobrych lat.
"Gdy to koty miały definiować świat, ważne miejsce zajmowałyby w nim pożerane dla zabawy muchy"
— M. John Harrison
Bistro Californium
„Już w grudniu 2009 Księgarnia eClicto, czyli sklep internetowy ze zbiorem elektronicznych książek beletrystycznych i specjalistycznych”. Info za: http://blog.eclicto.pl/projekt-eclicto/
Co by nie mówić, to jest przyszłość. Może jeszcze nie przez najbliższe 5-10 lat, ale nieuchronna.
Nina
A moim zdaniem za 5 lat większość książek będzie się pojawiała w wersji elektronicznej - obok tradycyjnej, bądź nawet zamiast niej. Tak naprawdę to tylko kwestia pojawienia się tańszych czytników.
Nie tylko tańszych, ale i większych, z kolorowym wyświetlaczem (są już pierwsze prototypy), składanych albo z abonamentem na ulubioną gazetę. A także ładniejszych. Bo obecne czytniki sprawiają wrażenie przestarzałych (np. porównując Kindle'a z iPhonem), co dla nowego gadżetu jest jak pocałunek śmierci.
Za 5 lat większość książek faktycznie może pojawiać się w wersji elektronicznej (czemu nie, skoro nie generuje to żadnego dodatkowego kosztu?). Ale pytanie brzmi: ile osób zechce je w takiej formie czytać? To chyba nawet nie kwestia ceny czytnika, tylko potrzeby. Co lepiej mieć - tysiąc książek w jednym urządzenie, czy tysiąc tomów na półkach biblioteki? Czy mając to drugie, naprawdę potrzebne jest jeszcze to pierwsze?
Magdalena Salik
Cześć książek będzie się pojawiała w dwóch wersjach za 5 lat — z tym mogę się zgodzić. Ale do wyeliminowania druku moim zdaniem droga daleka. Trzeba by spojrzeć na jakieś ogólnopolskie statystyki sprzedaży, żeby powiedzieć więcej, jednak nie sądzę, żeby np. książki dla dzieci albo albumy o JPII prędko zostały wyparte przez e-booki. Podobnie podręczniki szkolne, niezależnie od tego, jak wygodne mogłoby być dla uczniów noszenie ze sobą tylko czytnika zamiast kilogramów książek — bo ich drukowanie (co roku w nowych wersjach, żeby przypadkiem młodsze dziecko nie mogło skorzystać z podręczników starszego brata/siostry) i sprzedaż to poważny biznes.
A do specjalistycznych czytników e-booków swoją drogą podchodzę sceptycznie. Nie stanieją, dopóki nie staną się popularne, a nie staną się popularne w kraju, w którym czytelnictwo wygląda tak tragicznie, jak u nas. E-booki mogą się przebić tylko pod warunkiem, że da się je odczytać na jak największej liczbie urządzeń, które ludzie już mają.
Jakieś systemowe rozwiązania, np. wprowadzenie czytników + e-booków do szkół, mogłyby dramatycznie zmienić sytuację, Ale w coś takiego nie wierzę.
Nina
Sądzę, że znaczna część książek (przynajmniej tych bardziej rozrywkowych) będzie się pojawiać zarówno w formie elektronicznej jak i papierowej nawet wcześniej niż za 5 lat.
Będzie to przecież dokładnie taki sam ruch ze strony pisarzy, jak ten ze strony muzyków, którzy zamiast wydawać płyty przeszli na samodzielne sprzedawanie ich w formie elektronicznej.
Trzeba zwrócić jednak uwagę na fakt, iż tak jak muzycy często mogą wybić się na przykład za pomocą dobrego koncertu, i w ten sposób zaistnieć na rynku, tak pisarze tak łatwo nie mogą.
Jakby nie patrzeć, wydawnictwa, oprócz oczywistej funkcji wydawniczej pełnią również rolę gatekeeperów i pilnują poziomu tekstów, jakie wychodzą ich nakłady. Prowadzi to w zasadzie do tego, że możemy coś mówić o książce już po samym fakcie tego, kto jest jej wydawcą.
Ciężkie może być więc wybicie się nowych pisarzy na rynku elektronicznym.
Jednak Ci, którzy mają już za sobą debiut, a może i parę książek, sądzę iż nie mają nic do stracenia. Bądźmy szczerzy, ludzie, którym już nie przeszkadza czytanie z ekranu (ja do nich niestety nie należę) z chęcią zapłacą za książkę elektroniczną Kinga, gdyż po pierwsze będzie tańsza, po drugie bardziej interaktywna (zakładki, notatki, wyszukiwanie treści). Jednak starsze pokolenie (Starsze, czyli mające teraz 20-25 lat i więcej!) w sporej części będzie miało problem z czytaniem elektronicznym, przynajmniej dopóki nie wyjdzie e-book (jako technologia, nie sposób dystrybucji tekstu), który będzie imitował normalny papier (podobna faktura, możliwość zginania).
Do tego dochodzi kwestia ludzi, którzy jak ja po prostu lubią dotyk książki, zapach stron i tą celebrę, która towarzyszy tak przeglądaniu ich w sklepie, jak kupowaniu, czy czytaniu ich z kartek. Ja osobiście nie wyobrażam sobie czytania czegoś dłuższego dla przyjemności w inny sposób.
Jednak młodsze pokolenie (jak choćby moje siostry) nie będą już miały raczej specjalnych oporów przed taką formą czytania. Kiedy więc tylko rynek książek elektronicznie zapisanych w Polsce się zwiększy (gdyż na razie na nim są właściwie tylko pozycje poradnikowe) jest spora szansa na wielki boom takiej formy czytania, jaką będą oferowały elektroniczne czytniki.
Tak samo trzeba wziąć pod uwag pewny już w zasadzie upadek prasy, szczególnie zaś dzienników (tematyczna przetrwa dłużej) i ich przenoszenie się do internetu. Taki czytnik przecież będzie z pewnością dawał możliwość (i chyba już daje w USA) czytania właśnie prasy wydawanej nie-papierowo.
Już teraz daje się zauważyć testowanie z formą książek - audiobooki, słuchowiska (trylogia Husycka Sapkowskiego), można się więc spodziewać postępu na tym polu. A oczywistą kontynuacją (zanim nie dojdziemy do "wstrzykiwania" książek od razu do świadomości, jak to sporo filmów s-f przedstawia) jest właśnie forma elektroniczna czytana na specjalnie do tego przeznaczonych technologiach (Które wcale nie są tak odległe, jakby się mogło to wydawać. Spójrzmy chociaż na najnowszy projekt Nokii: http://www.youtube.com/watch?v=IX-gTobCJHs Od tego przecież tylko krok do nanopapieru. A może nawet krok wstecz.)
Słowa o słowach - moje spojrzenie na fantastykę
O, to jest doskonały pomysł. Tu faktycznie istnieje realna potrzeba - uczniowie nie dźwigałyby kilogramów na plecach. Tylko znów, taki czytnik musiałby oferować znacznie więcej niż dotychczas: kolorowy ekran, połączenie z internetem, dodatkowy pakiet edukacyjny na stronie wydawcy np. z większym zestawem ćwiczeń czy infografik do ściągnięcia. Wtedy taki czytnik miałby sens i jeszcze mógłby zrewolucjonizować metody uczenia :).
Magdalena Salik
Nie pozostaje mi nic innego, jak przeprosić wydawnictwo Runa, za mój błąd. Post został tymczasowo skasowany (tymczasowo, czyli do czasu poprawienia wszystkich pomyłek, które powstały z mojej winy).
Spróbuję wyjaśnić sytuację, która do tego doprowadziła.
Otóż kiedyś, dawno, trafiłem na Opowieści o Arvialdzie, ale właśnie ten pierwszy tom, czyli wydany przez Pruszyńskiego.
Po latach kupiłem właśnie wydanie Runy, to o którym napisałem.
Nie pamiętając już, kto wydał tamtą książkę, widząc zaś informację o drugim wydaniu "rozszerzonym i poprawionym", pomyślałem, iż tamta pozycja również była pozycją Runy. Stąd mój błąd, dotyczący zarówno tej "zagrywki marketingowej" jak i "dwóch nowych opowiadań".
Przeprosiny zamieściłem również na swoim blogu.
Słowa o słowach - moje spojrzenie na fantastykę
Mateuszu, przyjmuję przeprosiny w imieniu Runy, ponieważ świadczą moim zdaniem zarówno o odwadze cywilnej jak i dobrej woli.
Życzę Ci powodzenia w prowadzeniu bloga o literaturze i fantastyce. Proszę tylko, żebyś pamiętał, że "wydawnictwo" to nie jest wielki, betonowy budynek z którego wylewają się książki — to ludzie, którzy kochają swoją pracę. A słowa takie jak "oszustwo" to ciężki zarzut.
Pozdrawiam,
Nina
Hmmm. A tak na marginesie: zazwyczaj jak wydawnictwo publikuje książkę wydaną wcześniej przez innego wydawcę, oznacza je jako wyd. I (w domyśle zapewne: wyd. I tego wydawnictwa), a dopiero kolejne własne Wyd.II etc. Ciekawi mnie, czy są jakieś ogólnie przyjęte zasady regulujące kwestie wydań, czy też każde wydawnictwo robi tak, jak uważa za słuszne?
Mateusz ciągle troszkę mieszasz. Prószyński wydał "Opowieści..." raz, Runa dwukrotnie (więc to wyd. II zmienione i poprawione odnosiło się do wydań runy, a nie do wydań w ogóle). Mam wrażenie, że ciągle mylisz wydanie z tomem, Prószyński wydał książkę, potem wydaną przez Runę, nie żaden 1 tom.
Z przyjemnością mogę powiedzieć, że wiem dokładnie, jak wygląda sprawa numerowania wydań, ponieważ w trakcie przygotowywania do druku drugiego wydania „Ani słowa prawdy” dzwoniłam do Biblioteki Narodowej i o wszystko wypytałam.
Przede wszystkim: każde wydawnictwo robi tak, jak uważa za słuszne. Nie ma obowiązujących przepisów, które by regulowały detale w rodzaju sposobu numeracji i opisywania wydań czy, szerzej, podawania jakichkolwiek informacji przynależących do „stopki redakcyjnej” czy „strony redakcyjnej”. Być może jakieś wskazówki na ten temat zawarte są w normach branżowych, jednak większość norm z branży wydawniczej pochodzi jeszcze z czasów „słusznie minionych”, kiedy polski rynek wydawniczy wyglądał zupełnie inaczej. No i te normy tak naprawdę są tylko zbiorem dobrych rad w tym sensie, że nie mają żadnej mocy prawnej — za niestosowanie się do nich nie grożą żadne kary.
Praktyka jest taka, że każde wydawnictwo numeruje tylko swoje wydania, przy czym przy wydaniu pierwszym (często jedynym) zwyczajowo nie podaje się numeru. Podobnie zresztą w opisach bibliograficznych brak numeru wydania oznacza, że jest to wydanie pierwsze.
Numerowanie tylko własnych wydań wynika stąd, że nie można oczekiwać od żadnego wydawnictwa, że będzie prowadziło kompletną bibliografię wszystkich wydań danej książki. Wydawnictwa nie tym się zajmują. Oznaczałoby to, że taką globalną ewidencję musiałyby prowadzić biblioteki, jednak w praktyce jest to niewykonalne. Aby ogarnąć skalę problemu pomyślmy o książkach takich jak „Biblia”, „Iliada”, „Hamlet”, „Władca pierścieni” czy „Ania z Zielonego Wzgórza”. Nawet gdyby BN miała się ograniczyć tylko do wydań polskich, to w przypadku książek (oraz tłumaczeń), do których majątkowe prawa autorskie wygasły lub nigdy nie istniały panuje totalna wolność — wydać je może każdy, kto chce. Z ISBN-em lub bez, w Polsce lub w Australii, w nakładzie 100 tys. lub 25 egz. Jeśli poinformuje o tym BN, to dobrze, ale jeśli nie, to setki wydań mogą przejść niezauważone. Z góry wiadomo więc, że takie numerowanie byłoby niekompletne, a zatem bezsensowne.
Także w przypadku książek, na które majątkowe prawa autorskie wciąż obowiązują, BN nie ma żadnych metod ani uprawnień do kontrolowania, kto zakupił prawa do jakiegoś tekstu od właściciela praw i co z nimi zrobił (odsprzedał, wydał książkę, nie wydał książki a zakupione prawa wygasły). Jeśli książka jest wydawana w Polsce i ma ISBN (nieobowiązkowy!), informacje o niej w końcu trafią do BN, ale jeśli nie, może przejść niezauważona. Owo „w końcu” również jest istotne przy rozważaniu numerowania wydań — wystarczy pomyśleć o niemal równoczesnym wydawaniu danej książki przez kilka wydawnictw. Informacje o wydaniu wcześniejszym mogłyby trafić do BN później i bałagan w numeracji by się powiększał.
A zatem, globalne numerowanie wydań byłoby utopią. Każde wydawnictwo numeruje tylko swoje wydania, a i to tylko dlatego, że może to zrobić w miarę łatwo. Ale jeśli się pomyli i napisze np. „wydanie XXIII” zamiast „wydanie XXII”, konsekwencje tego są takie same, jak każdej innej literówki w książce. No, może z tą różnicą, że staranny bibliograf odnotuje taki błąd w sporządzanym dla tej książki opisie bibliograficznym. Jednak mniej staranny — przegapi, a może i doda do bibliografii kilka swoich błędów. Bibliografowie też są tylko ludźmi.
Podobnie oznaczanie wydań jako „zmienione” lub „poprawione” jest w dużej mierze uznaniowe. Jeśli poprawimy choćby jedną literówkę czy przecinek, wydanie jest poprawione. Ale czy jest sens zamieszczania takiej informacji, jeśli była to literówka w reklamie poprzedniego tomu, znajdującej się (w obu wydaniach) na końcu książki? To bez wątpienia frapujące pytanie i myślę, że wywołałoby żywą dyskusję na konferencji fachowej... ale może niekoniecznie na Fantazmatach :-)
„Wydanie zmienione” to bez wątpienia książka złożona inną czcionką. To jest intuicyjnie oczywiste: jeśli ktoś podaje cytat z książki, jego częścią jest numer strony, na której zacytowane słowa się znajdują. W książce złożonej inną (zwłaszcza większą lub mniejszą) czcionką strony nie będą się zgadzać. Aby więc cytat był użyteczny, musi być wiadomo, z którego wydania pochodzi i czy było ono zmienione czy nie w stosunku do poprzedniego/poprzednich (bo jeśli kolejne wydanie różni się np. tylko okładką, to cytaty opisywane numerami stron wydania wcześniejszego wciąż można w nim sprawdzać).
Temat jest naprawdę bardzo szeroki, więc może lepiej skończę zanim na dobre się rozkręcę :-)
Pozdrawiam,
Nina
Dziękuje za wyczerpującą odpowiedź :).
Zamieściłem pod tym samym linkiem wersję poprawioną, która, mam nadzieję, w przeciwieństwie do poprzedniej nie będzie miała Ani słowa nieprawdy.
Przepraszam za błąd i dziękuję za życzenia powodzenia.
Słowa o słowach - moje spojrzenie na fantastykę
Cóż, jeśli chodzi o ścisłość... Wydanie jest „zmienione i poprawione”, a nie „rozszerzone i poprawione”. No i pisownię nazwisk zawsze dobrze jest sprawdzać, żeby nie popełnić błędu. Akurat ten Prószyński, o którego chodzi, pisze się przez „ó”. Dowód tutaj.
Co do treści, subiektywne oceny nie podlegają krytyce :-) Z podsumowania wnioskuję jednak, że sięgnąłeś po nieodpowiednią książkę. Jeśli serio szukasz „czegoś więcej”, polecam „Rycerza Kielichów” Jacka Piekary.
Nina
Będę musiał zobaczyć, jak to z tym rycerzem jest. Jak na razie na szczególnym miejscu są dla mnie wszystkie książki Wita Szostaka, szczególnie zaś "Ględźby Ropucha" oraz Obrońcy Królestwa Kossakowskiej.
Słyszałem też wiele dobrego o książkach Brzezińskiej, więc im też będę musiał poświęcić odrobinę uwagi w najbliższej przyszłości :)
Słowa o słowach - moje spojrzenie na fantastykę
Ja bym sobie darował lekturę recenzji już po pierwszym wytłuszczonym zdaniu (naprawdę ktoś nazywa zbiór opowiadań "polskim Pratchettem"?) ale rozumiem, że sekr.red czyta takie teksty z musu. Współczuję ciężkiego chleba :P
La dolce fiamma.
Philippe Jaroussky i okolice
Dzięki za dobre słowo :-)
Nina
Aż trudno w to uwierzyć, iż ktoś może mylić kolejny tom z kolejnym wydaniem. I to czytelnik! Oj nieładnie, nieładnie, trzeba załatać dziury w wiedzy, a nie dopatrywać się "marketingowych oszustw".