Marcin Wełnicki: Dossier R — paraopowiadanie
Andrzej W. Sawicki: Niezwykły przypadek Martyny Gewalt — opowiadanie

Romans, zwłaszcza historyczny, charakteryzuje się dość specyficznym językiem. Istnieje przyznawana co roku nagroda za najgorszą scenę erotyczną w literaturze*, jednak nie zauważyłam, żeby autorki romansów były brane pod uwagę w tej rywalizacji. Może dlatego, że wygrywałyby w cuglach.
Barbara Cartland, skądinąd uznawana za twórczynię gatunku romansu historycznego (wg Wikipedii w połowie lat dziewięćdziesiątych sprzedała miliardową książkę, co niewątpliwie daje do myślenia), powiedziała:
„Nigdy nie opisuję szczegółowo stosunku seksualnego, ponieważ koń, jaki jest, każdy widzi. Moje czytelniczki zastanawiają się, czy są normalne, jeśli nie uprawiają seksu głową w dół, zwisając z żyrandola. Umożliwiam im więc ucieczkę w krainę baśni”**.
Pozostaje odpowiedzieć sobie na pytanie, skąd owym czytelniczkom wzięły się takie dylematy... Kiedyś przeczytałam pewien tłumaczony akurat fragment znajomemu; stwierdził, że nie zdarzyło mu się, żeby kobieta tyle drżała. No, ale gdzie dzisiejszym mężczyznom do dziewiętnastowiecznych amantów.
Zadaniem tłumacza pozostaje oddanie języka danej powieści, jaki by on nie był. Nie chodzi przecież o to, żeby z romansu robić przyzwoite dzieło głównonurtowe, zwłaszcza że z pewnością nie tego oczekują czytelniczki. Chociaż, owszem, czasami warto coś wykreślić, choćby wtedy, gdy możemy założyć, że dana metafora czy fragment zdania wywołałyby efekt komiczny tam, gdzie w założeniu autorki ma być namiętnie. Złe brzmienie po polsku także stanowi dobry argument, żeby odrobinę uszczuplić tekst oryginału, na przykład wyrzucając z niego nadmiar przymiotników — bo w końcu ile może być w jednym akapicie tych twardych, rozpalonych i nabrzmiałych?
Jeśli z kolei trafi się nam autorka z tendencją do zdań typu: „Podszedł do okna, zatrzymał się przy nim i je otworzył”, można śmiało założyć, że wykreślając „zatrzymał się”, nie wprowadzimy zamieszania w odbiorze tekstu i niewiele czytelniczek uzna, że bohater wpakował się w rzeczone okno, rozbił szybę, spadł z drugiego piętra na bruk, szybko się pozbierał i wrócił, żeby wykonać czynność otwierania. Choć, naturalnie, nieco dręczy nas kwestia, dlaczego czytelniczkom angielskim owo „zatrzymał się” jest tak niezbędne.
Wypada też chyba skorygować drobne błędy, z rodzaju tych, kiedy ogier niespodzianie staje się powabną klaczą. Albo błędy merytoryczne. Czytamy na przykład: „wojsko cara Petara”. Aż by się chciało przyjąć, że to tylko literówka, ale tak się dziwnie składa, że czas akcji sugerowałby raczej Aleksandra I. Co wtedy? W romansie — zmieniamy, oczywiście, najlepiej na „wojsko carskie”, bo wtedy w ogóle mamy problem z głowy (zawsze bezpieczniej coś wykreślić niż poprawiać autorkę). A w tekście bardziej uznanego autora? Ha, to już trudniejsza sprawa, zwłaszcza gdy w oparciu o taki błąd zbudowany jest cały akapit. Trafiam niekiedy na przypisy: „O, tutaj, tutaj, patrzcie, autor się pomylił, a ja, tłumacz, to wyłapałem!”. Przyznaję, nieco mnie denerwują, chociaż, z drugiej strony, potrafię zrozumieć, że tłumacz obawia się, by ktoś nie oskarżył go o błąd popełniony przez autora.
Jednakże, poza tego rodzaju drobiazgami, poprawianie autora z pewnością nie jest zadaniem tłumacza. Skoro redaktor wydania oryginalnego puścił tekst w takiej postaci, to trudno, tak być musi. Jedno głupie zdanie goni drugie, ale jeśli od strony stylistycznej po polsku całość czyta się przyzwoicie, musi zostać. Choć niekiedy, naprawdę, ciężko, oj ciężko, bo, na przykład, serce się kraje z żalu nad bohaterem.
Wyobraźcie sobie mrocznego, niebezpiecznego, demonicznego mężczyznę, przed którym drżą inni mężczyźni i na widok którego drżą (ze zgoła innego powodu) kobiety. Takim poznajemy go w opisach. Po czym bohaterka w chwili namiętności mówi mu, że jest wspaniały, on wszakże powątpiewa w szczerość jej słów, zdaje sobie bowiem sprawę, że w zaawansowanym wieku trzydziestu pięciu lat jego ciało nie wygląda już tak jak dawniej. I żeby to był tylko jeden raz, kiedy autorka robi z nieszczęśnika zakompleksioną, użalającą się nad sobą miernotę! No, ale cóż, po polsku taki akapit prezentuje się całkiem poprawnie, zostaje zatem, nie da rady.
Gdy jednak w innym miejscu tekstu, nieco wcześniej, przy okazji pierwszego zbliżenia bohaterów, trafiamy na zdanie (podane tu w tłumaczeniu nader złośliwym, przyznaję, co jednak poradzę, że takie od razu mi się nasunęło i już nie chciało odpuścić): „Wszedł w nią, mając nadzieję, że dobrze wycelował”, to już, litościwie dla bohatera, ograniczamy się do „Wszedł w nią”. Zresztą, jak by nie przetwarzać, po polsku owo „...hoping he positioned himself correctly” naprawdę brzmi idiotycznie w tym namiętnym fragmencie, czujemy się zatem usprawiedliwieni.
Z powyższego można by wnioskować, że romans historyczny stanowi zaiste wdzięczny temat do żartów — i tak jest bez wątpienia. Tłumacz spędza jednak z książką bardzo dużo czasu i w efekcie bezlitośnie wyłapuje różne nonsensy zarówno w konkretnych zdaniach, jak i w prowadzeniu akcji czy konstrukcji postaci. Także powieści z nieco wyższych półek nie zawsze bronią się w obliczu tak wnikliwej analizy.
Magda Parus
* Bad Sex in Fiction Award, przyznawana przez brytyjskie pismo literackie „Literary Review”; nieco informacji o niej, a także cytaty z nagrodzonych utworów, można znaleźć tutaj.
** Cytat z książki „Sztuka pisania”, wydanie polskie: Galaktyka, 1996.




Theme by Danetsoft and Danang Probo Sayekti inspired by Maksimer
Bad Sex in Fiction Award 2009
GW donosi o tegorocznym zdobywcy Bad Sex in Fiction Award. I rzeczywiście, jak pisała Magda, nie jest to byle trzeciorzędne romansidło, ale powieść, która zdobyła Nagrodę Goncourtów i sprzedała się w ponad milionie egz.
Na stronie Literary Review można przeczytać nagrodzony fragment po angielsku. Nie omieszkałam tego uczynić, nie wiem, po co, bo angielski znam słabo i to chyba niemożliwe, żebym dobrze zrozumiała, w jaki sposób bohater doprowadził się do orgazmu. Z drugiej strony, bohaterka też była zdziwiona, więc może...?
Pozdrawiam ;)
Nina
The Age of E-mail
@ "Jednakże, poza tego rodzaju drobiazgami, poprawianie autora z pewnością nie jest zadaniem tłumacza"
Znam osobiście kilkoro zawodowych tłumaczy literatury, którzy by się z tobą zapewne nie zgodzili. :-> Pewnie, jeśli tłumaczysz autora, który już od dawna nie żyje, to trudno, ale jeśli autor wciąż chodzi po tym łez padole, to co za problem skrobnąć do niego maila z pytaniem, czy aby na pewno miał na myśli to, co napisał? Mamy przecież XXI wiek, n'est-ce pas?
Wielokrotnie słyszałem od znajomych tłumaczy opowieści o tym, że znaleźli w tłumaczonej książce jakąś bzdurę, napisali do autora, a autor przyznał się do pomyłki i poprosił o poprawienie (oraz polecił swemu wydawcy, żeby przy okazji najbliższej reedycji poprawiono też oryginał). Skutkuje to czasem bardzo uroczymi dedykacjami kilka lat później (np. od Orsona Scotta Carda: "For Piotr, who knows my books better than I do"). :-)
- What are letters?
- Kinda like mediaglyphics except they're all black, and they're tiny, they don't move, they're old and boring and really hard to read. But you can use'em to make short words for long words.
zakres poprawek
Jak najbardziej się zgadzam, ale dopiero w przypadku autorów z wyższej półki, gdzie mamy tego rodzaju bzdur co najwyżej kilka. Poza tym jedną rzeczą jest np. pojedyncza chybiona metafora czy błąd merytoryczny, a inną - nieudolna budowa postaci, niekonsekwentna intryga czy całe partie tragicznych dialogów. Podejrzewam zresztą, że im gorszy autor, tym może mieć większe przeświadczenie o własnej nieomylności...
Zdarzyło mi się czytać książkę fantastyczną, bestseller New York Timesa, jak głosiła informacja na okładce, gdzie w jednym rozdziale bohaterka rozbiła samochód, w następnym, parę godzin później, gdzieś nim jechała, a w kolejnym, znów po niedługim czasie, miała problem z transportem, bo przecież rozbiła samochód, przy czym te kwestie transportowe były mocno splecione z akcją. Zmiana tego elementu wymagałaby przebudowania znacznej części książki.
Podobnie przy tych nieszczęsnych romansach - niektóre z nich należałoby napisać od początku. Trudno, żebym pisała do autorki z taką prośbą, zwłaszcza że za trzy miesiące mam oddać przekład:). I nie wiem, czy by się nie obraziła np. o delikatną sugestię, że tunel wydrążony w skale przy użyciu drewnianych łyżek, butów i gołych rąk wydaje się nieco mało wiarygodny.
dola tłumacza
Taa, i teraz wygląda na to, że nic innego nie robię, jak tylko szperam w necie w poszukiwaniu różnych pieprznych kawałków, podczas gdy ja, najzupełniej niewinnie, mam po prostu taką pracę (pracę tłumacza - żeby zawczasu zapobiec niedomówieniom) i powyższe jakże trudne kwestie rozważam z czysto zawodowego punktu widzenia.
Niemniej - dziękuję za linka, z pewnością wykorzystam go w celach, znowu, stricte zawodowych:). A "Panią", jeśli o mnie chodzi, bezwzględnie należy sobie odpuścić.
seks w fanfiction
Może Cię (czy do blogera o znanym nazwisku mogę pisać na Ty czy powinnam na Pani ?) zainteresuje http://community.livejournal.com/writers_orgasm/
Jest tam sporo podobnych kwiatków, a szczególnie polecam dyskusje np. o fizycznej (nie)możliwości uprawiania seksu pod prysznicem. http://community.livejournal.com/writers_orgasm/2499.html
Magdalaena