Uwaga, uwaga...

Najnowsze książki

Najnowsze e-booki

Dookoła Anglii i z powrotem, czyli Belfast-Wrocław w 13 dni. Część czwarta

Część pierwsza, część druga, część trzecia, część czwarta

Dni 10-11: Sedes na szczycie relikwiarza racjonalizmu

Docieramy do ostatniego przyjaznego domu na wschód od Belfastu, a na zachód od Polski — do rodziny w Cambridge. Możemy chwilę odpocząć od kempingów i podróży, a poza tym — zwiedzić znany uniwersytet w towarzystwie przyjaznego „insidera”, zaopatrzonego w przepustkę do niedostępnych dla zwykłych turystów obszarów. Jakby tego było mało, nasz „insider” okazuje się kopalnią anegdot...

Chodzimy między historycznymi budynkami, i słuchamy o kłótni mnichów z Oxfordu, która zaowocowała secesją uniwersytetu. I o tutejszych obyczajach, które sięgają czasem kilkaset lat wstecz. Potem wsiadamy na płaskodenne łodzie, wożące ludzi tyłami college'u, po rzece Cam, od której miasteczko wzięło nazwę. Przepływamy pod mostem matematyków, mostem westchnień, a przewodnik wykłada nam litanię sławnych naukowców, którzy wywodzą się z Cambridge.

Cambridge to przede wszystkim relikwiarz racjonalizmu. W bibliotece Trinity College trzymają m.in. pierwsze wydania dzieł Newtona oraz Darwina, prace Oppenheimera i Wittgnestiena — a przy okazji rękopis Kubusia Puchatka z odręcznymi ilustracjami Milnego, pierwodruki Szekspira, rękopisy Miltona. Z nieoczekiwanych miejsc patrzą co chwila znajome twarze, bo college, żeby podkreślić swoją tradycję, dumnie umieszcza na ścianach malowane i rzeźbione podobizny znanych absolwentów, marmur przy marmurze, jak myśliwskie trofea. Newton, Bacon, Kelvin, Rayleigh, Maxwell, Darwin, Turing — tu naprawdę można poczuć się w centrum świata, w kolebce współczesnej nauki. Od przyznania pierwszych Nobli w 1901 roku, Cambridge naliczyło 88 laureatów, w tym Ernesta Rutherforda, Nielsa Bohra oraz Bertranda Russella. Polskich Nobli było w tym czasie sześć (nie liczę kilku dla osób bez obywatelstwa, ale związanych z krajem).

Ale to nie koniec, Cambridge to także silne tropy literackie. W zasadzie trudno nawet mówić o tropach, trawa wokół college'u została udeptana przez całe tłumy artystów — aż dziw, że dzikie króliki, które ją zjadają, nie srają potem haiku. Pora na kolejną wyliczankę: do St. John's College należał Douglas Adams (ciekawe czy na wykładach miał ze sobą ręcznik), do konkurującego zaciekle Trinity College — wspomniany już A. A. Milne oraz Lord Byron, do Magdalene — C. S. Lewis, do King's — Salman Rushdie, towarzysko związana z uniwersytetem była Virginia Woolf. Teraz spróbujcie sobie wyobrazić literaturę bez Narnii, Kubusia Puchatka oraz wypraw Artura Denta po galaktyce. Trudno, prawda? No dobra, bez Narnii — z całą jej bigoterią — pewnie by się obeszło, ale Kubuś Puchatek?

I nawet zwykła jabłoń pod oknami Trinity College nie jest taka zwykła — wyrosła, podobno, ze szczepki jabłoni Newtona.

Dowiaduję się również ciekawych rzeczy o tym, jak uniwersytet działa „od kuchni”. Otóż college oprócz oczywistych funkcji naukowych, to przede wszystkim potężne finansowe konsorcja, które działają nieprzerwanie od kilkuset lat. Trudno nawet ocenić ich majątek, mówi się że z Londynu do Cambridge można przejść tylko po ziemi, która należy do Trinity College. Większość tych zysków nie idzie na nic konkretnego, poza reinwestycją, bo na pewno nie na biedne i zimne pokoje studentów. College'e mnożą majątek z fanatyzmem godnym lepszej sprawy, bo skalkulowały sobie całkiem słusznie, że tylko bogactwo pozwoli im przetrwać trudne do przewidzenia zawirowania, które muszą wystąpić w przyszłej historii świata. Wpadł mi aż z tego pomysł na opowiadanie, coś o college'owych AI w czasach Osobliwości, majątku pojmowanym jako funkcja życiowa, roli dla instytucji edukacyjnych w świecie informacji totalnej, gdzie każdy ma dostęp do wszystkiego. Więcej nie piszę, bo prace na następny rok mam zorganizowane tak ściśle, że pomysł będzie dłuuugo leżał w szufladzie.

Było o college'ach, teraz coś o studentach. Studenci brytyjscy to nie chłopaki od bojówek, sweterków i trzydniowego zarostu, jak towar krajowy. Są bardzo rozrywkowi, do tego stopnia, że traktuje się ich często poważniej od ulicznych gangów. W Belfaście studencka dzielnica Holy Lands wygląda jak strefa wojny, a bójki z policją do jakich tam dochodzi są teraz dużo większe, niż rozróby między katolikami a protestantami w sezonie ulicznych parad, w lipcu. To taki powrót do średniowiecznych korzeni, kiedy żak był profesją mieszczącą się na skali respektu gdzieś między kieszonkowcem a złodziejem zwłok. Natomiast żacy z Cambridge, jak na elitę narodu przystało, są na dodatek pomysłowi. W Cambridge działała np. anonimowa Night Climbers Society, której członkowie zajmują się — zgodnie z nazwą — włażeniem tam gdzie nie powinni, głównie pod osłoną nocy. A kiedy już wlezą, to żeby upamiętnić swoją bytność, zostawiają różne zabawne rzeczy. Najsłynniejsza ich akcja polegała na zawieszeniu deski sedesowej na filigranowej, wysokiej wieży kaplicy King's College — robota, której nie powstydziłby się Alain Robert, a która wymagała włażenia w ciemności po gotyckiej fasadzie, pełnej figur z delikatnego piaskowca, na sam szczyt wąziutkiej iglicy. W każdym razie, kiedy profesorowie nad ranem zobaczyli nową ozdobę budynku, byli w szoku. Wkrótce zaczęło się poszukiwanie winnych. I nawet nie po to, żeby przetrzepać im skórę, a po to, żeby łaskawie weszli z powrotem i usunęli kłopotliwy obiekt, widoczny z prawie każdego punktu centrum Cambridge. Oczywiście, nie było chętnych. Studia w Cambridge to drogi interes, widać nikt nie chciał zmarnować miesięcy zainwestowanego czesnego na źle pojętą odpowiedzialność obywatelską. Mijały dni, sedes wciąż bielał na wieży. W końcu zdesperowana starszyzna college'u zaczęła szukać zewnętrznej pomocy, ale żaden wspinacz nie chciał się podjąć wejścia na filigranową fasadę. To znaczy może by i weszli, ale nie gwarantowali jej całości, bo żeby to zrobić w miarę bezpiecznie, trzeba było poryć fasadę zabytku klasy A klamrami. Na wysokość wieżycy nie dosięgał też żaden dostępny dźwig ani wysięgnik. Pozostawało tylko powolne i żmudne rozwiązanie — trzeba było zbudować rusztowanie.

Praca szła dobrych parę dni, aż w końcu drabina sięgała już prawie szczytu wieży. Ale w noc poprzedzającą eksmisję sedesu, deska niespodziewanie zniknęła — a dokładniej, przeniosła się, na drugą wieżę. Całą robotę trzeba było zaczynać od nowa...

I tu chyba dochodzimy do mojego ostatecznego przemyślenia z Cambridge. Tak to z ludźmi jest, że możesz siedzieć w miejscu, w którym pracował Newton, Bacon, Darwin, gdzie kształtowała się nasza myśl naukowa, ale i tak najlepiej przykleją ci się do głowy historie o sedesach i głupich dowcipach.

Dzień 12: Katedra pośrodku niczego

Trudno dzisiaj zrozumieć budowniczych katedr. „Filary ziemi” Foleta to niezła próba, ale wciąż niełatwo sobie odpowiedzieć, dlaczego przez dwieście-trzysta lat budowy poświęcano tyle środków i pracy, aby stworzyć obiekty, które nie przynosiły większej materialnej korzyści. A jeśli katedry uznamy za tajemniczą fanaberię średniowiecza, to jak nazwać katedrę z Ely?

Podnieść ręce, kto wcześniej słyszał o Ely? Ja nie słyszałem, i nic dziwnego, bo Ely to malutka wioseczka w środkowej Anglii. W średniowieczu była zresztą jeszcze mniejsza — ot, błotnista dziura pośrodku hrabstwa Cambridgeshire. Urodził się tu, co prawda, jeden znany człowiek, Oliver Cromwell, ale i tak książki historyczne najczęściej mówią tylko, że pochodził z głębokiej prowincji. Krótko: Ely to dziura, zarówno teraz, jak i przed wiekami. A jednak właśnie w Ely, pośrodku niczego, gigantycznym nakładem sił powstała katedra zbliżona rozmiarem do słynnej katedry z Canterbury. Budowano ją wśród pastwisk i lasów, bez głównych dróg, z kamienia, który trzeba było sprowadzać z dalekiego Northamptonshire. Praca szła powoli, świątynię zaczęto w stylu romańskim, a gdzieś po drodze minęło parę epok, kilka wypadków, zawalenie części konstrukcji, ale budowniczowie uznali że ciągłość jest ważniejsza niż najnowsze mody. Budynek rósł, powstawały gigantyczne łuki i nawy, tyle że wszystkie nawiązywały stylistycznie do starszych, romańskich elementów. W ten sposób powstała katedra o rozmiarach i planie dojrzałego gotyku, ale wypełniona romańskim detalem, spóźnionym o dobre dwa wieki.

Dzisiaj nawet duchowni z Ely nie wiedzą, dlaczego w zasadzie katedra powstała. Dla mnie, zepsutego materialisty i cywilizacjośmierciowca, to ciekawy przykład tego, co może zrobić człowiek, jeśli jest naprawdę, naprawdę uparty.

A wieczorem, po wizycie w słynnej, urządzonej w sadzie kawiarni Orchard (szkoda że w Polsce nie wypali pomysł knajpy z leżakami i hamakami), przychodzi czas na ogólną refleksję. Zdaliśmy sobie sprawę, że niedługo zacznie już lecieć drugi tydzień podróży, a do kraju wcale się nie zbliżyliśmy. Dlatego podjęliśmy twardą decyzję: dość już częstych postojów, objazdów, zwiedzania i innych przyjemnostek — nasz załadowany po dach samochód może przecież w każdej chwili wyzionąć ducha. Skreśliliśmy kilka rzeczy z planu. Teraz mieliśmy jechać w prostej linii do Dover, i promu, który zarezerwowaliśmy na pojutrze.

Dzień 13: Średniowieczne opowiastki, irlandzki bimber

Rano opuszczamy Cambridge i — pędząc wschodnią stroną wielkiej obwodnicy Londynu — zbliżamy się do hrabstw Kent oraz Sussex, do południowych „ogrodów Anglii”. Czasu nie ma dużo, ale mimo to przejeżdżamy przez Hastings, by potem wstąpić jeszcze do bodaj najbardziej klasycznej średniowiecznej twierdzy w Anglii, zamku Bodiam.

Bodiam stoi sobie na jeziorze, otoczone przez drzewa i zastępy nękających turystów kaczek. Czworokątny plan, wieże w każdym rogu, prostokątny barbakan — wystarczy spojrzeć na zdjęcie, przecież taki właśnie obrazek pierwszy staje w głowie, kiedy myślimy „zamek”. Dla tropicieli szczegółów dodam, że Bodiam można też przez chwilę zobaczyć w Monty Pythonie i Świętym Graalu. W swoim czasie zamek pełnił też ważną rolę dla rodzącego się w Anglii romantyzmu, do malowniczej ruiny na jeziorze przyjeżdżali malarze i poeci, a jej bryła ozdobiła wiele tysięcy tandetnych landszaftów. Potem posiadłość kupił i odbudował Lord Curzon, a teraz — w rękach National Trust — została w całości odnowiona; może nie jest tak malownicza, ale za to nie trzeba już łódki, żeby się dostać do środka.

Nie mamy dużo czasu, spacerujemy chwilę po zamku, kilka zdjęć — i pora wracać. Ciekawostkę zapamiętałem jedną: twórcy fortecy mieli tyle rozumu, że studnia nie czerpie wody z otaczającego ją jeziora, sięga dużo głębiej, do podskórnych warstw, w których nie da się łatwo utopić trupów, albo trucizny.

Popołudniowy przystanek — Canterbury. Słynna katedra, zbudowana na fundamentach katedry Saksońskiej z 609 roku. Wnętrze jest zamknięte, bo właśnie odbywa się tam ceremonia rozdania dyplomów tutejszej uczelni. Ale że bałagan jest ogromny, postanawiamy wejść i tak, mieszając się z rodzinami, które przyszły oglądać swoje pociechy w togach i kwadratowych czapkach. Strój turystyczny średnio pasuje, mimo to udaje nam się zwiedzić sporą część kompleksu. No i miasteczka, które w wielu miejscach wygląda jak plan historycznego filmu. A że wszędzie, gdzie się da, wrzucałem wtręty literackie, dam jeden i tutaj. Będzie oczywiście o Canterbury Tales, czyli angielskim dekameronie, zbiorze opowiastek pielgrzymów zdążających do katedry w Canterbury, napisanym pod koniec 14 wieku. Dzieło po pierwsze przełomowe, bo wcześniej literaturę pisano raczej po łacinie albo francusku, po drugie — stanowiące kopalnię wiedzy dla historyków. Tyle że dzisiaj czytanie go w oryginale jest karkołomne; poniżej krótki fragment dla tych, którzy są ciekawi jaką drogę przeszedł język angielski w ciągu siedmiuset lat:

'Wepyng and waylyng, care and oother sorwe
I knowe ynogh, on even and a-morwe,'
Quod the Marchant, 'and so doon oother mo
That wedded been'

Potem trafiamy na kemping, tak usłany małymi, czarnymi bobkami, że ciężko sobie znaleźć względnie czyste miejsce. To króliki, których apokaliptyczne ilości widzieliśmy już na obrzeżach Cambridge. Anglicy tak skutecznie wyłapują dzikie psy, i tak skutecznie wytrzebili populację wilków oraz innych drapieżców, że obecnie w wielu częściach Anglii króliki — choć rodzime — dokonują takich zniszczeń jak kiedyś w Australii. A opinia publiczna dziwnie nie żąda masowej eksterminacji uroczych, puszystych stworzeń. Działa tu ciekawy mechanizm ewolucyjny, wedle którego za parę tysięcy lat najgorsze szkodniki będą miały oczy z mangi, różowe futerka i tryskające z uszu tęcze.

Ponieważ to ostatni dzień na brytyjskiej ziemi, wyruszam na poszukiwanie czegoś, czym można by wznieść stosowny toast. Ale jesteśmy na polach, niedaleko od morza, kompletnie nic tu nie ma. Wracam z pustymi rękoma, dlatego królową żegnamy irlandzkim bimbrem (Poitín), który wiozłem do domu jako ciekawostkę. Bimbrem który, swoją drogą, był przez Brytyjczyków surowo zakazany; w siedemnastym i osiemnastym wieku jego produkcję karano śmiercią.

Dzień 14: Daleki marsz

Rano, w oczekiwaniu na prom, jeździmy sobie po przybrzeżnych miasteczkach hrabstwa Kent, szukając z mapą w ręku jakichś dobrych do sfotografowania klifów. Bo objazd Anglii bez białych klifów się przecież nie liczy. W końcu znajdujemy, a ja patrząc na krajobrazy układam sobie w głowie główne wątki Celnika z Dover (patrz grudniowy numer „Nowej Fantasyki”). A gdy znajdujemy klify, organoleptycznie badam, dlaczego są białe. Wikipedia co prawda usłużnie podpowiada, ale dopiero jak się odłupie kawałek i rozetrze w palcach, można się samemu przekonać, że to kreda. I to taka pierwsza klasa, mięciutka. U nas by pewnie od razu rozkradli.

W południe z Dover odpływa prom — Anglia żegna nas najbardziej sztampowym widokiem — białe klify, zielone wzgórza. To już koniec, bo przecież jak wylądujemy na drugim brzegu, będzie można wrócić do domu choćby piechotą.

Godzinę potem wyjeżdżamy z terminalu w Calais (ronda w drugą stronę — horror!), a potem mkniemy już francuskimi autostradami. Chcemy zatrzymać się na nocleg w Brugii, ale tuż za francuską granicą zaczyna się potężna letnia burza, połamane gałęzie lecą na drogę, tu i ówdzie na poboczu stoją ratownicy oraz policja. Kurtyna wody na szybie przysłania skutecznie widok. W takiej sytuacji postanawiamy dalej jechać na wschód, szukać noclegu gdzieś w Niemczech — i chyba dobrze, bo potem, już w kraju, dowiadujemy się, że kilka osób tego wieczora zginęło w przygniecionych namiotach. Robi się późno, na liczniku kilometry lecą jak szalone — czując że to ostatni etap podróży, wpadamy w dziwny trans. Mijamy kilka moteli, ale za każdym razem mówimy sobie, że można jeszcze trochę przejechać, przecież nie jesteśmy jeszcze tak zmęczeni. Późnym wieczorem docieramy do Kolonii, deszcz już przechodzi, nad ich katedrą (najwyższym kościołem o dwóch wieżach na świecie), wisi podwójna tęcza. Krótka przerwa, przeprogramowuję GPS-a, bo uznajemy, że jak tu jesteśmy, musimy przecież zobaczyć Kolonię z bliska. Wykończeni jazdą chodzimy po centrum nocą, czarny moloch góruje nad nami, wyrastając z morza ulicznych świateł. O północy prawdziwy kebab u Turka — dawno nie jadłem tak dobrego. Kiedy opuszczamy miasto, mieszkańcy już dawno śpią, ulice są puste. Przez chwilę zastanawiamy się, czy nie jechać jeszcze przez noc, ale kilka kilometrów dalej okazuje się, że żadne z nas nie jest już w stanie.

W końcu zasypiamy na kilka godzin w samochodzie, na jakimś zjeździe, obok przyczep kempingowych i tirów.

Dzień 15: Ostatni skok

O świcie zaczynamy ostatni odcinek trasy — jazdę przez Niemcy w parnym upale, zmęczeni i obolali. Na dodatek każde dziesięć kilometrów bliżej kraju to kolejny stopień wyżej na skali Celsjusza.

Na samej granicy kilku smętnych panów obserwuje nas przez lornetkę. Ciekawe czemu tak ich interesuje rozklekotany Peugeot na brytyjskich numerach, z wyrwanymi kanapami, załadowany po dach, przechylony na jedną stronę? Widok sprawia, że czuję się jak w domu, choć niekoniecznie w pozytywnym sensie.

Za Zgorzelcem czujemy się, jakbyśmy jechali do wnętrza wielkiego pieca, a potem już tylko gorzej, temperatura ciągle rośnie — 30 w cieniu, 40 przy drodze, 32 w cieniu, 45 przy drodze, 34 w cieniu, 48 przy drodze. Zabawnie byłoby, gdyby auto, które przecierpiało jakoś 4.000 kilometrów podróży, wyzionęło ducha tuż przed Wrocławiem.

Rozgrzane powietrze faluje nad asfaltem, to już ostatnie mile — przepraszam, kilometry — do domu.

Epilog

Dojechaliśmy. Kiedy piszę pierwszą wersję tego tekstu jest połowa lipca. Dziwnie mi — i jakby pusto. Przeraża sterta rzeczy, których nie mamy nawet gdzie rozpakować, przytłacza upał i duchota usmażonego lipcowym skwarem Wrocławia. No i myśl o tym, że choć oboje jesteśmy solidnie zmęczeni, trzeba się rzucić do pracy nad remontem mieszkania. Nie mówię już o dwóch powieściach które mam rozgrzebane na warsztacie i o pracach redakcyjnych nad „Krawędzią czasu”.

Na szczęście jest coś, co pozwala nam zapomnieć o trudnościach. Na radarze mamy cel dużo większy, niż skromne 4.000 kilometrów repatriacyjnej podróży i sześć tysięcy znaków, które wstukałem przy okazji. Robimy ostatnie telefony, zwiad internetowy, rezerwacje, czytamy poradniki. Póki jeszcze jesteśmy wolni i mamy trochę pieniędzy, trzeba korzystać — nie będzie lepszego czasu na kolejną podróż. Mija lipiec i sierpień. Remont w toku, brytyjskie auto, którym zjeździliśmy Irlandię od Portrush po Gallway, poszło na żyletki. W kalendarzu tymczasem jest już zakreślona data.

Niedługo wracamy na szlak — i to jaki.

Krzysztof Piskorski

Część pierwsza, część druga, część trzecia, część czwarta

RUNA UDOMOWIONA — konkurs fotograficzny

NAGRODZONE W EDYCJI PAŹDZIERNIK-GRUDZIEŃ:

RUNA W PRZESTRZENI — konkurs fotograficzny

NAGRODZONE W EDYCJI PAŹDZIERNIK-GRUDZIEŃ:

Runiczne gry

Sen o DolinieMoherowa gra
Fioletowa gra

Theme by Danetsoft and Danang Probo Sayekti inspired by Maksimer