Marcin Wełnicki: Dossier R — paraopowiadanie
Andrzej W. Sawicki: Niezwykły przypadek Martyny Gewalt — opowiadanie

Nie tak dawno wpadł mi w ręce zeszyt, w którym zapisywałam sobie różne zabawne historyjki z życia wzięte, przeważnie zasłyszane od znajomych. Niestety, zapału do tego zapisywania wystarczyło mi jedynie na dwie strony. Zawsze to jednak coś. Choćby taka historyjka o narciarzu nie odpłynęła dzięki temu w zapomnienie... Czy faktycznie jest prawdziwa, nie wiem, ale zasadniczo nie widzę przeciwwskazań.
Z Boguszka był zapalony narciarz, z takich, co to każdą zaoszczędzoną złotówkę wydają na sprzęt. Wiadomo, głupio pojawić się na stoku w zeszłorocznym modelu bielizny termoaktywnej — a nuż się człowiek schyli, coś tam przesunie się do góry, co innego w dół i jakiś znawca zobaczy!
Tenże Boguszek zaprosił do siebie kumpli na imprezkę. Popili już nieźle, a że przy takim gospodarzu temat nart musiał prędzej czy później wypłynąć, to i wypłynął. Od słowa do słowa, Boguszek wydobył z szaf i różnych zakamarków sprzęt i poszczególne elementy stroju narciarskiego, a że całemu towarzystwu humor dopisywał, niedługo trwało, zanim dał się nakłonić, żeby zaprezentować się kolegom w owym zestawie. Czy przy kumplach zmieniał także bieliznę, pozostanie tajemnicą, z pewnością jednak ubrał się w spodnie i kurtkę, założył gogle, kask, rękawice, buty narciarskie i, oczywiście, narty. A skoro już stał w pełnym rynsztunku, czemu nie miałby spróbować, jak się do szusowania nadaje klatka schodowa?
Pomknął zatem w dół schodów, zachwycony ślizgiem. Na nieszczęście sąsiadka akurat wracała do domu, Boguszek nie zdołał wyhamować. Poturbował kobiecinę, samemu kończąc na ścianie. Koledzy pozbierali go szparko i przetransportowali z powrotem do mieszkania.
Rankiem, kiedy na uczestników libacji spłynęła cząstkowa trzeźwość, kumple opowiedzieli Boguszkowi o wieczornych ekscesach. Nie wierzył, że mógłby dopuścić się takiej profanacji, dopóki nie pokazali mu połamanych nart — wtedy zaś biedak wpadł w rozpacz, bo to przecież tyle kasy, a tu sezon w pełni i w ogóle. Dobrzy koledzy poklepali go po plecach, żeby się aż tak tym sprzętem nie przejmował, ponieważ, prawdę mówiąc, większy problem może mieć z sąsiadką.
Na Boguszka padł blady strach, no bo — ostatnie piętro, na nim tylko dwa mieszkania, wiadomo więc, kto odpowiada za zdarzenie. Odświeżył się nieco, żeby sąsiadki dodatkowo nie przestraszyć, i pognał do kwiaciarni. Z wiechciem w garści zapukał do mieszkania obok.
Otworzył mu sąsiad, Boguszek wyjaśnił zatem pokornie, że on do małżonki, przeprosić, na co mężczyzna zaczął się krygować, ależ nie trzeba, wszystko w porządku, naprawdę, szkoda zachodu, Boguszek jednak nalegał, że jeśli tylko małżonka w domu, to on by bardzo chciał porozmawiać, na co sąsiad, że, no, niestety, małżonka w szpitalu. Boguszek odrobinkę zzieleniał, wydobył od faceta nazwę szpitala i numer pokoju i, wiechcia z rąk nie wypuszczając, popędził szukać poszkodowanej.
Do szpitala trafił, rzeczony pokój odnalazł, zapukał grzecznie, wszedł. W środku cztery łóżka, trzy z nich zajęte, ale żadna z kobiet sąsiadki nie przypomina, natomiast czwarte łóżko gładko zasłane, tak że widać, że wolne. Boguszek przepytał panie, czy taka a taka tu aby nie leżała. Okazało się, że owszem, leżała, ale gdzieś kobiecinę zabrali.
Całkiem już spanikowany, że się sąsiadce pomarło, Boguszek popędził do lekarza dyżurnego i wypytuje o panią Małyńską, czy obrażenia poważne, jakie są rokowania. Lekarz na to:
— Eee, nie, ma tylko drobne stłuczenia, stan ogólny niezły, ale posłaliśmy ją na obserwację psychiatryczną, bo się upiera, że ją na klatce schodowej narciarz potrącił.
Magda Parus




Theme by Danetsoft and Danang Probo Sayekti inspired by Maksimer
W takim razie jest też dość
W takim razie jest też dość stara, bo te moje zapiski pochodzą mniej więcej sprzed 12-13 lat.
Wielce to być i może...
Niemniej tak czy owak jakąś biedną kobiecinę mógł spotkać taki los:)
Sądzę, że ktoś się w końcu zainspirował tą legendą.
A tak swoją drogą, dlatego właśnie jestem ostrożna, kiedy mam do książki włączyć coś, co słyszałam od znajomego, który słyszał od znajomego, który słyszał od... Nawet jeśli ktoś zarzeka się, że był świadkiem danego zajścia, zawsze dobrze wziąć poprawkę na skłonność tej osoby do ubarwiania opowieści czy stawiania siebie w centrum zdarzeń.
To kolejny z wyznaczników porządnej legendy miejskiej - to się zdarzyło znajomemu znajomego znajomego... tylko że tak naprawdę nie da się dojść, kim była ta pierwsza osoba, której się to wydarzyło.
Michał Studniarek
To jedna z szerzej znanych
To jedna z szerzej znanych studenckich legend miejskich, jedna z tych, które w zależności od opowiadającego, miały się dziać w każdym większym mieście uniwersyteckim. Sam słyszałem ją kilka razy (http://atrapa.net/legendy/narty.htm). Co nie zmienia faktu, że jest fajnym materiałem na anegdotę.
Michał Studniarek
W takim razie jest też dość
W takim razie jest też dość stara, bo te moje zapiski pochodzą mniej więcej sprzed 12-13 lat. Niemniej tak czy owak jakąś biedną kobiecinę mógł spotkać taki los:).
A tak swoją drogą, dlatego właśnie jestem ostrożna, kiedy mam do książki włączyć coś, co słyszałam od znajomego, który słyszał od znajomego, który słyszał od... Nawet jeśli ktoś zarzeka się, że był świadkiem danego zajścia, zawsze dobrze wziąć poprawkę na skłonność tej osoby do ubarwiania opowieści czy stawiania siebie w centrum zdarzeń.
Straszne! Mam nadzieję, że to
Straszne! Mam nadzieję, że to wszystko wymyślone od początku do końca. Znając polską praktykę pani Małyńska mogłaby przebywać na tej obserwacji psychiatrycznej do tej pory :P