You are hereMagda Parus — Rywal, odc. 1
Magda Parus — Rywal, odc. 1

Robin nie urządzał scen, kiedy przyszli na kawę. Usiadł niedaleko Ewy, tak by mieć ich czworo na oku, a zarazem nie pozostawić wątpliwości w kwestii tego, do kogo należy Ewa. Nie odzywał się, jedynie ich obserwował, na tyle uważnie, by odczuli, że znaleźli się na jego terytorium. Zresztą, i tak nie wiadomo, czy by go zrozumieli. Nie sprawiali wrażenia przesadnie rozgarniętych.
— Co jeszcze powinniśmy wiedzieć? — zapytał Jarek.
On najmniej przypadł Robinowi do gustu. Patrzył na Ewę w szalenie irytujący sposób, a przy tym najwyraźniej uważał się za przywódcę grupki. Robin przewidywał, że będą z nim kłopoty.
— Nie należy jeździć za szybko, zwłaszcza latem — odparła Ewa. — Ludzie są na tym punkcie drażliwi, od razu piszą skargi, którymi zarząd musi się zająć. Sprawa trafia do komisji rozjemczej...
— Znasz te rzeczy z autopsji? — Gosia uśmiechnęła się znad kubka.
Robin przeniósł na nią wzrok. W uprzejmości, z jaką odnosiła się do Ewy, czaiła się niechęć. Chyba była zazdrosna o te wszystkie spojrzenia Jarka, a Robin rozważył, czy tyle wystarczy, żeby uznać ją za sojuszniczkę.
— Ja... nie, ja staram się przestrzegać zasad — wyjaśniła Ewa. — Wolę się dostosować i mieć święty spokój. Ale w zeszłym roku jednej babce odebrali działkę, bo jej syn urządził sobie rajd po alejkach. Chociaż ludzie są wredni, więc pewnie i tak coś na was napiszą. Na poprzedniego właściciela waszej działki wpłynęła skarga, że przez jego tuje sąsiad czuje się jak na cmentarzu i dlatego żąda ich wycięcia.
Roześmiali się uprzejmie. Kiedy Ewa poznawała nowe osoby, zawsze gadała dużo i głupio, dziś jednak przechodziła samą siebie, ponieważ ten Jarek ewidentnie się jej podobał. Robin przyjrzał się typowi spode łba. Niech Ewa dalej robi z siebie idiotkę, może w ten sposób zniechęci faceta.
Nie pojmował, po co zapraszała tutaj tę hałastrę. Co z tego, że od niedawna zostali sąsiadami? Cholerni odmieńcy. Powinna trzymać się od tej bandy z daleka, ograniczając się do zdawkowego "Cześć", a i to tylko dlatego, żeby nie wyglądało, że coś do nich ma.
— Co robisz jutro? — zapytał Jarek.
— Och, koleżanka urządza imprezę. — Ewa powiedziała to niemal z żalem. — A wy? Witacie Nowy Rok w nowym domu?
— Właśnie dlatego tak się spieszyliśmy z przeprowadzką — wyjaśniła Ania. — To piękna okolica. Taka spokojna...
— Jak tu zwykle wygląda Sylwester? — zainteresowała się Gosia. — Dużo osób świętuje na działkach?
— Zależy, co roku jest inaczej. — Ewa wzruszyła ramionami. — Wasz domek będzie teraz piątym zamieszkiwanym całorocznie. W dwóch mieszkają emeryci, a w trzecim rodzina z małymi dziećmi, więc oni nie imprezują, ale przeważnie na jedną czy dwie działki zjeżdża się bardziej hałaśliwe towarzystwo. Nie każdy ma całoroczną wodę, więc siłą rzeczy...
Robin cieszył się, kiedy wreszcie zaczęli się zbierać do wyjścia. Nie ukrywał tej radości, ba, postarał się, żeby ją zauważyli. Jarek spojrzał na niego przeciągle, kiedy Ewa patrzyła akurat w inną stronę. Ach, zatem wojna?
— Musisz do mnie wpaść! Pójdziemy na spacer, a nuż uda nam się go spotkać — ekscytowała się Ewa, rozmawiając przez telefon z Martą.
Kompletnie tego nie rozumiał: jutro one dwie się zobaczą, przegadają razem ileś godzin, więc po jaką cholerę omawiać temat Jarka przez telefon?
— Mieszka z siostrą i zaprzyjaźnioną parą — ciągnęła Ewa. — Też często chodzą na spacery. Kiedy zobaczyłam ich po raz pierwszy, byłam pewna, że Gosia to jego dziewczyna. Ale okazało się, że siostra...
— Jakby pokrewieństwo w czymkolwiek przeszkadzało! — szczeknął Robin.
— To Robuś? — spytała Marta. — Myślałam, że on nie szczeka.
— Bo normalnie nie szczeka, ale teraz chyba jest zazdrosny, że rozmawiam przez telefon — zaszczebiotała Ewa. — Słuchaj, a może byś wpadła do mnie w sobotę?
Robin uniósł brwi. Zazdrosny! Przecież nie o Martę. Zresztą, w ogóle nie chodziło o zazdrość, tylko o egzekwowanie własnych praw. Żaden odmieniec nie będzie mu właził na terytorium i uderzał do jego suki.
Jednakże spojrzenie, jakim na odchodnym obdarzył go Jarek, niespodziewanie mocno wbiło się Robinowi w pamięć. Na tyle mocno, że poczuł się nieswojo, kiedy późnym popołudniem kolejnego dnia Ewa zbierała się do wyjścia na sylwestrową imprezę. Podjął nawet próbę przekonania jej, żeby go ze sobą zabrała.
— Oj, Robuś, przecież ty się nie boisz petard — powiedziała Ewa, przyglądając mu się krytycznie.
Duma nie pozwoliła Robinowi dalej odgrywać paniki. Miałby się zniżać do poziomu innych psów? Niedoczekanie!
Nie miał najlepszego zdania o swoich pobratymcach. Banda kretynów. Ponad tę pożałowania godną zgraję wybijały się jedynie teriery, spośród terierów zdecydowanie wyróżniały się intelektem parsony, a w gronie parsonów — co Robin, gardzący fałszywą skromnością, przyznawał bez oporów — to właśnie on stanowił niedościgniony ideał. Okoliczność ta miała jedną wadę: czuł się trochę wyalienowany.
Minęła szósta, na dworze było jednak jasno, gdyż od warstewki śniegu odbijał się blask księżyca w pełni, zaledwie minimalnie przytłumiony przez niezbyt gęste chmury. Niemniej za kilka godzin ani chybi zacznie prószyć. Robin stał przy oknie, nasłuchując wycia okolicznych psów, zdenerwowanych wystrzałami petard. W rzeczywistości wyły nie tylko psy, ale ludziom, oczywiście, żadne inne wyjaśnienie nie przyjdzie na myśl. Mieli strasznie tępy słuch.
Po siódmej te obce wycia ucichły, podczas gdy psy panikowały coraz bardziej. Robin leżał przy oknie tarasowym, na pół śpiąc. Bok owiewało mu ciepło z kominka. Od czasu do czasu otwierał oko, żeby zerknąć na dwór, gdzie z nieba zaczęły wolno spływać płatki śniegu.
Z trudem powstrzymał nerwowe drgnienie, kiedy po drugiej stronie okna znienacka pojawił się Jarek. Robin w ogóle skórkownika nie słyszał. Wstał bez pośpiechu, wyprężając ogon.
Jarek opadł na czworaka, zbliżając twarz do szyby. Chwilę patrzył Robinowi w oczy, a potem jego ludzka twarz zaczęła wydłużać się w pysk. No właśnie, Robin od razu się zorientował, że to odmieniec. Przyglądał się temu pokazowi zdegustowany. Albo jest się człowiekiem, albo psem, a nie jak ten tutaj, takie nie wiadomo co.
Niemniej trzeba było draniowi przyznać, że pysk ma całkiem spory. Prawdę mówiąc, Robin nie przypominał sobie, żeby spotkał psa z równie pokaźnymi zębiskami. Przekrzywił łeb, przyglądając się intruzowi przez szybę. Oceniając na oko, przy swoich sześciu kilogramach żywej wagi zmieściłby się w tej paszczy cały.
Jarek zaczął warczeć. Robin obserwował go z uwagą. Generalnie nie bał się dużych psów. W starciu okazywały się dość niezdarne, tak że zawsze udawało mu się umknąć przed ich kłapiącymi zębami, żeby natychmiast wgryźć się w stosownie wrażliwe miejsce w tylnych rejonach klocowatych cielsk. Jednakże ta paszcza wzbudzała respekt.
No, ale przecież Jarek nie wskoczy tu przez okno. Takie zagranie wydawało się nierozsądne nawet jak na nierozgarniętego odmieńca. Mimo woli Robin przełknął ślinę. Rozbicie szyby byłoby bardzo głupie, prawda? Cały ten spektakl — przemiana głowy w łeb, warczenie, nawet ta obrazowo skapująca z pyska ślina — miał na celu wyłącznie nastraszenie Robina. Jak nie, jak tak?
- Zaloguj się lub utwórz konto, by odpowiadać




- Trackback URL















