Marcin Wełnicki: Dossier R — paraopowiadanie
Andrzej W. Sawicki: Niezwykły przypadek Martyny Gewalt — opowiadanie

— Och. Cześć. — Ewa zatrzymała się, skrępowana. — Wszystkiego dobrego w Nowym Roku. Biegasz?
Bez wątpienia Ewie należał się tytuł mistrzyni inteligentnych pytań. Jarek, ubrany w strój do biegania, zataczał wokół niej kółka. Sądziła, że zbierał drewno na opał?
— Codziennie — odpowiedział. — Wracasz już do domu?
Te kółka zaczynały Robina drażnić. Zaobserwował podobne zachowania u psów, którym natura tak poprzestawiała we łbach, że uparcie wypasały członków swojego stada. Jednakże w przypadku Jarka w grę wchodziła nie fiksacja, a świadome działanie. Sukinkot akcentował swoje prawa do Ewy.
Robin przyjrzał się jego łydkom w obcisłych getrach. Właśnie dlatego lubił profesjonalnych biegaczy. Przez dżinsy albo gruby dres niekiedy trudno jest się przegryźć, a taka obciągnięta getrami łydka aż zapraszała, żeby wbić w nią zęby. Oblizał się.
— Tak, dwie godziny spacerowaliśmy — odparła Ewa. — Staram się maksymalnie wybiegać Robina, bo od jutra znowu do pracy. Przyjeżdżam dopiero po zmroku. Nie cierpię zimy.
— To miałaś urlop między świętami? Nie wiem czemu, ale założyłem, że tak jak ja pracujesz w domu.
— Nie, faktycznie miałam urlop — odparła pospiesznie. — Taki przymusowy. Słyszałeś, co się stało wczoraj? O tym psie?
— Nie było nas cały dzień.
— Działkowicze przyjechali tu na spacer i ich synek znalazł rozszarpanego kundelka. Mały wpadł w straszną histerię, a rodzice też zaczęli panikować, że może to znowu jakaś puma... jak minionej wiosny, pamiętasz? Szkoda, że sprawa z tamtym drapieżnikiem dawno przycichła, bo inaczej ktoś by się zainteresował zdarzeniem. To znaczy media, stosowne służby. A tak to nie wiem, przyjechała chyba tylko straż miejska, tak jak przyjeżdża, kiedy ktoś zgłosi, że się w lesie walają worki ze śmieciami — relacjonowała rozgoryczona. — Aż się zastanawiam, czy w poniedziałek nie zadzwonić do jakiejś gazety...
— Ja bym tego nie rozdmuchiwał. — Jarek wzruszył ramionami. — Media podchwycą temat, wykreują nową bestię, zacznie się nagonka i zjadą się tu nawiedzeni myśliwi, żeby w imię społecznego dobra strzelać, do czego popadnie. A okaże się, że to była zwykła psia bójka.
— Pewnie masz rację. — Ewa zmarszczyła brwi. — I tak zawsze noszę przy sobie gaz pieprzowy. Na pumę powinien okazać się tak samo skuteczny, jak na agresywnego psa. — Uśmiechnęła się, ale zaraz rozejrzała się nerwowo. — Och, Robin. Tu jesteś. Na tym śniegu bez przerwy tracę go z oczu — wyjaśniła, zwracając się znowu do Jarka.
— To west? — zainteresował się uprzejmie.
— Nie, szorstkowłosy parson, nawet rodowodowy. One zwykle mają takie większe łatki, rude, brązowe i czarne, ale Robin ma tylko ciapki, jak dalmatyńczyk, a i te widać dopiero, kiedy jest po fryzjerze. Na wiosnę pójdę z nim do trymowania. Właśnie przez ten brak łatek nikt go nie chciał. Uszy też mu trochę za bardzo stoją, dlatego nie nadaje się na wystawy, ani tym bardziej na reproduktora.
Jakkolwiek Robin dosyć lubił Ewę, w tej chwili miał naprawdę wielką ochotę ją ugryźć. Zwłaszcza kiedy Jarek spojrzał na niego z szerokim uśmiechem. Taa, przez moment autentycznie go korciło.
Wybrał jednak inne rozwiązanie. Przewrócił się na grzbiet i zaczął się tarzać w śniegu, popatrując na Ewę łobuzersko.
— Ojej, popatrz, czy on nie jest słodki? — zachwyciła się.
Metoda przeważnie odnosiła pożądany skutek. Ludzki samiec spoglądał na Ewę, coś tam sobie kalkulował, a potem żegnał się i oddalał niezbyt szybkim, ale zarazem nie nadmiernie ospałym krokiem. Tymczasem Jarek nie sprawiał wrażenia zniechęconego.
— Uroczy — powiedział. Zabrzmiało to trochę jak "smakowity".
Robin poderwał się na cztery łapy i otrzepał z werwą. Rzucił Jarkowi wyzywające spojrzenie. Co, przy Ewie typek również będzie mu prezentował uzębienie? W dodatku w tę sylwestrową noc drań oznaczył mu cały ogródek!
— Też już wracasz? — dociekała Ewa. — Wpadniesz na herbatę? To znaczy, jeśli zmarzłeś, bo jeśli nie bardzo...
Nawet Robin, chociaż nie uważał się za znawcę międzyludzkich zachowań, miał chęć przewrócić oczami. Ale Jarek, spojrzawszy na niego raz jeszcze, ochoczo przyjął zaproszenie. Przestał zataczać kółka wokół Ewy i truchtał u jej boku, uznawszy zapewne, że dostatecznie podkreślił swoje prawa do niej. O, nie, futrzak tak łatwo Robina nie wygryzie.
W domu Ewa zakrzątnęła się w kuchni, a Jarek usiadł na sofie, skąd mógł obserwować jej poczynania. Robin zajął miejsce na wprost niego, wymownie mierząc intruza wzrokiem. Niech się typowi nie wydaje, że w czwartkową noc udało mu się Robina nastraszyć. Każdy potrafi zaszpanować zębami. Liczy się to, co się ma pod czaszką.
Jarek nachylił się ku Robinowi, przewiercając go spojrzeniem. Psiakość, potrafił patrzeć, liniejący obszczymurek. Robin zerknął na stolik po lewej: stał na nim wazonik, pomarańczowe szkaradztwo, nad którym Ewa rozpływała się w zachwytach.
Wykonał raptowny skok, uderzając w stolik tak sprytnie, że wazonik spadł, rozpryskując się na deskach podłogi. Robin zaskowyczał żałośnie.
— Co mu zrobiłeś?! — Ewa wypadła z kuchni. — Robuś... Kochanie, nic ci nie jest?
Porwała Robina w ramiona. Chwilę obracała nim na wszystkie strony, a potem mocno przytuliła. Całe szczęście, że nie miał połamanych żeber.
— Co mu zrobiłeś? — powtórzyła, spoglądając z wyrzutem na Jarka.
Robin także odwrócił łeb, żeby zobaczyć minę parchatego sierściucha. Ha!
— Ja... nic. Słowo. Chciałem go pogłaskać i chyba wykonałem zbyt gwałtowny ruch...
— On nie jest strachliwy — oznajmiła Ewa. — Nie lubisz psów, prawda?
— Lubię, oczywiście...
— Nie macie swojego, mimo że dużo spacerujecie.
— Dopiero się wprowadziliśmy, a wcześniej nie było okazji...
Ewa przyglądała mu się podejrzliwie, nadal nieprzekonana. Robin pozwolił sobie na delikatnie triumfalne uniesienie fafli. Zamerdał ogonem.
— Czemu tak na niego patrzysz? — znów zaatakowała Jarka Ewa.
— Ewa, ja naprawdę lubię psy. Bardzo. Jeśli chcesz, mogę go zabierać na spacer, kiedy będziesz w pracy. Tak czy owak codziennie biegam.
Lubił psy, jasne. Nie sprecyzował tylko, czy gustuje w surowych, pieczonych czy z grilla. Ale Robin chętnie przejdzie się z nim na spacer. Zwłaszcza jeśli typek będzie miał na sobie getry. Jak ten durny pchlarz śmiał sugerować, że Robin wystraszył się jego gestu?!
— Za mało cię jeszcze zna — odparła po chwili milczenia Ewa. Niestety, złagodziła ton. — Bez smyczy mógłby ci uciec, a teraz, kiedy po okolicy być może kręci się agresywny pies... Z kolei na smyczy tylko się męczy. Szarpie się i dusi... Ale dziękuję. Och, woda się zagotowała.
Ewa postawiła Robina na podłogę i dopiero wtedy spostrzegła rozbity wazonik. Dało się zauważyć, że się zmartwiła, szybko jednak pokryła ten wyraz twarzy uśmiechem i kucnęła, żeby pozbierać większe skorupy.
Ponad jej głową Jarek wzrokiem przekazał Robinowi niezbyt przyjemne przesłanie. Cholerny odmieniec. Każdy normalny ludzki samiec po takiej scenie odkryłby znienacka, że szalenie mu się spieszy. Ten natomiast zamierzał żłopać herbatkę.
— Koleś, z nas dwóch to i tak ja sypiam z nią w łóżku — warknął Robin.




Theme by Danetsoft and Danang Probo Sayekti inspired by Maksimer
interaktywane opowiadanie
Magdo, c.d.n.? A ja myślałem, że reszta w rękach czytelników:)
Opus Diaboli
Re: interaktywne opowiadanie
Eee, nie, nikt nie mówił, że zwalę na czytelników całą robotę:). Pojawiło się tylko zaproszenie do zgłaszania sugestii, które mogą zostać uwzględnione.
Ta historia istnieje już we wstępnej wersji, co nie oznacza, że nie jest podatna na zmiany. Choćby kwestia pogody: niech za parę dni przyjdzie odwilż, Ewie znikną problemy z odpaleniem samochodu, a Robin przestanie zlewać się z tłem - i już będę musiała pokombinować. Podobnie może na tę opowieść wpłynąć czyjaś sugestia lub pytanie, które uzmysłowi mi, że zapomniałam o ważnym szczególe. Albo, na przykład, gdyby komuś ogromnie zależało na tym, żeby wścibska działkowa emerytka, o której za jakiś czas wspomną bohaterowie, nosiła imię jej/jego teściowej - to czemu nie.