Uwaga, uwaga...

Najnowsze książki

Najnowsze e-booki

„Awatar”, czyli na piwo i BigMaca do Alfy Centaura

Miałem kilka dni temu przyjemność oglądać najnowszy produkt amerykańskiej kinematografii — tak, miałem przyjemność, i podkreślam słowo „oglądać”, gdyż dla wzroku jest to niezaprzeczalnie uczta, pomimo niewygody siedzenia z dwiema parami okularów na nosie. Nie będę jednak filmu recenzował, zbyt wielu bowiem uczyniło to już przede mną, mniej lub bardziej celnie punktując zarówno plusy, jak i minusy dzieła.

Napiszę o czymś innym. O bardziej ogólnej i zasmucającej refleksji, która naszła mnie po wyjściu z kina. O trendzie, który „Avatar” Jamesa Camerona podkreśla jak chyba żaden obraz ostatnich lat (no, może za wyjątkiem „Transformers”). O zjawisku, które na pierwszy rzut oka wydaje się paradoksalne, a jest w gruncie rzeczy przykrym i, choć poniekąd zrozumiałym, to jednak trudnym przeze mnie do zaakceptowania ubocznym skutkiem rozwoju technik filmowych.

W czasach, gdy połykałem książki szybciej niż Ferrari kilometry, efekty specjalne były domeną cierpliwych retuszerów i jeszcze bardziej cierpliwych speców od zdjęć poklatkowych. Końcowy wynik tej mozolnej pracy był często mniej niż satysfakcjonujący, zwłaszcza dla kogoś, kto na przykład oczyma duszy widział swoją ukochaną „Diunę” przeniesioną na wielki ekran, zanim faktycznie zrobił to Dino De Laurentiis. Kontrast pomiędzy wyobraźnią czytelników i wizualnie wciąż nazbyt szorstkim kinem tamtych lat rodził tęsknotę za dniem, gdy „technolog giętki wyrazi wszystko, co pomyśli głowa”. Proszę bardzo. Doczekaliśmy się. Środki techniczne sięgnęły takiego pułapu, że praktycznie każdy filmowy pomysł można dziś zrealizować z dowolnym rozmachem i niemal stuprocentowym realizmem. Każdą, nawet najbardziej skomplikowaną i scenograficznie wymagającą fabułę można odmalować przy pomocy tego medium. Jakaż niesamowita szansa!

I jak karygodnie, z produkcji na produkcję, marnotrawiona. Moim głównym uczuciem po obejrzeniu końcowych napisów „Awatara” jest żal. Żal, że z dostępnego bogactwa ciekawych i oryginalnych historii wybiera się zazwyczaj to, co najgorsze lub najbardziej opatrzone i wyeksploatowane. Że zamiast prawdziwych filmowych arcydzieł na miarę obecnego technologicznego potencjału dostajemy coraz piękniejsze ruchome fototapety bez treści lub co najwyżej z treścią od dawna nam znaną. Ja rozumiem, że taki „Awatar” to impreza kosztowna i by się zwrócił, należało go uczynić dostatecznie łatwym w odbiorze dla przeciętnego amerykańskiego widza. Komu jak komu jednak, ale Cameronowi mam za złe, że nie wykazał się większą odwagą. Że mając do dyspozycji całą tę obliczeniową moc (oraz budżet) nie wysunął się przed szereg, nie poszedł o krok dalej. Nie jakoś strasznie daleko, ale przynajmniej dalej. Tam, gdzie trafiają filmy, które pragnie się obejrzeć po raz drugi.

A ja „Awatara”, w przeciwieństwie do „Łowcy androidów”, „Odysei kosmicznej”, oryginalnych „Gwiezdnych wojen”, czy choćby „Głębi” tegoż samego reżysera, po raz drugi obejrzeć nie pragnę. Bo żal wróciłby ze zdwojoną siłą. Czy Wielki Zderzacz Hadronów zbudowano, żeby strumieniem wysokoenergetycznych cząstek grawerować w krysztale górskim „Pamiątka ze Szwajcarii”? Czy całą tę fantastyczną silikonową maszynerię dostali reżyserzy do rąk po to tylko, byśmy od czasu do czasu mogli zajrzeć do wirtualnego McDonald's gdzieś na odległym końcu Galaktyki? Chcę więcej. Za 230 milionów chciałbym naprawdę polecieć do gwiazd, a nie na wycieczkę do rezerwatu indian. Tego samego, w którym już tylekroć byłem.

Wawrzyniec Podrzucki

Sposób wyświetlania odpowiedzi

Wybierz preferowany sposób wyświetlania odpowiedzi i kliknij "Zachowaj ustawienia", by wprowadzić zmiany.
Portret użytkownika Michał Krzywicki

dozwolone od lat 12:)

Aj, ten Podrzucki to ma trochę racji. Chciałoby się więcej przeżyć, nie tylko obejrzeć i cmokać w zachwycie nad efektami. Ale z drugiej strony, polatałem i poskakałem po lesie, zapominając, że część z tego to komputer. I chyba to jest sukces tego filmu i zapowiedź czegoś naprawdę nowego.

To jest film a'la Disney.

To jest film a'la Disney. Mnie się podobał bardzo, z pewnością zapełnia też lukę po tradycyjnych Disnejach. Może też jestem dzieckiem od lat 6 do 12, ale 2/3 filmu jest poświęcone eksploracji pieczołowicie wykreowanego świata i mnie to bierze :) Też bym pacnęła ręką takie zwijające się listki :)

He is a zombie detective having a moustache. She is an ex-policewoman vampire huntress mad with revenge. Together, they fight crime!

Portret użytkownika sekr.red

Każdy by pacnął :)

No pewnie, każdy by pacnął :-) Latające jaszczurki też były śliczne, i w ogóle cały ten las i świat, w którym zakochał się bohater. Naprawdę miał chłopak powody! :-) Wawrzkowi też się zresztą warstwa wizualna podobała; narzeka, bo oczekiwał czegoś więcej, epifanii na poziomie intelektualnym, a nie tylko estetycznym. Prawdopodobne były po temu powody — przesadzone obietnice marketingowe? (choć czy to nie pleonazm?)

Ale to „coś więcej” też przyjdzie, nie mam co do tego wątpliwości — kiedy ta technologia przestanie być tak przełomowa i tak droga, że przesłania producentom wszystko inne.

Nina

Coś więcej

To prawda. Jak się konsumenci z nią oswoją, trzeba im będzie zaproponowac coś więcej. Ale to niekoniecznie musi być bardziej zaawansowany wkład myślowy, tylko nowa technologia :).

Magdalena Salik

McŚwiat się kłania

Tajemnica zawodu, jaki można przeżyć, spodziewając czegoś więcej niż prostej rozrywki po produkcji z Hollywood, kryje się jednak w podanej liczbie. Producenci, dając Cameronowi 230 mln dol. na film, nie oczekiwali od niego dzieła artystycznego i ambitnego. W ogóle nie oczekiwali od niego skończonego filmu - ale półproduktu, który wyświetlą następnie na pokazach zamkniętych i upewnią się:
- czy akcja jest zrozumiała dla większości?
- czy nie ma zbyt skomplikowanych słów i problemów, tak by większość się nie znużyła?
- czy wszyscy aktorzy i bohaterowie podobają się większosci?
itp.
I dopiero odpowiedziawszy trzy raz "tak" na powyższe pytania dzieło uznali za gotowe.

Film hollywoodzki jest przedsięwzięciem biznesowym. Osoby, które podejmują na jego temat decyzję, myślą o nim wyłącznie w kategoriach produktu, ktory trzeba sprzedać (a więc odpowiednio opakować, dodać markę i dotrzeć z przekazem marketingowym do grupy docelowej). Cameron najprawdopodobniej nie był jedną z tych osób, ale wynajętym przez nie rzemieślnikiem, którego dokonania stanowiły dodatkowe zabezpieczenie inwestycji.

Nie sądzę, by Cameronowi brakowało odwagi. Myślę, że on - jak twórcy w systemach totalitarnych - podświadomie wie, "co przejdzie, a co nie". Kompromis jest wliczony nie tylko w jego pracę, ale i realizację marzeń. A jak mu się nie podoba, fora ze dwora. Może usiąść do komputera i wydłubać film jak Bagiński "Katedrę" czyli siłą ducha.

Czy jest jakaś nadzieja dla osób znużonych infantylizacją życia oraz kultury? Według Benjamina Barbera paradoksalnie tkwi ona w nastolatkach, tych, którzy wyrośli w McŚwiecie. Bo chociaż są oni najgorliwszymi konsumentami, idealnymi widzami przedpremierowych senasów zamkniętych, to również dysponują wiedzą i umiejętnościami, pozwalającymi stawić najskuteczniejszy opór korporacjom - tym, które ujednalicają gusta, upraszają potrzeby i sprzedają uśrednione produkty, usługi oraz rozrywkę.

Magdalena Salik

Portret użytkownika sekr.red

Śliczny film dla dzieci

Ja w ogóle uważam, że to jest prześliczny film dla dzieci od lat 6 do 12. Czy był promowany jako skierowany do dorosłej widowni? (Nie śledzę zbyt uważnie kampanii promocyjnych filmów, więc nie wiem...)

Nina

Portret użytkownika Mateusz

Avatar - Pokahontas

Znalezione w internecie, a w sumie idealnie odnosi się do Twojej opinii, iż jest to film dla dzieci od lat 6 do 12.
http://imgur.com/JmRmb ;)

Yes!

Bomba. Nic dodać, nic ująć. Nie ma to jak nośny schemat do powtórnego wykorzystania :)

Magdalena Salik

Portret użytkownika sekr.red

Podczytnik Avatar - Pokahontas

Rewelacja — no i ta forma! Gdybym wydrukowała i położyła na biurku w firmie, z daleka wyglądałoby toczka w toczkę jak podczytnik jakiejś nowej powieści :-)

Nina

RUNA UDOMOWIONA — konkurs fotograficzny

NAGRODZONE W EDYCJI PAŹDZIERNIK-GRUDZIEŃ:

RUNA W PRZESTRZENI — konkurs fotograficzny

NAGRODZONE W EDYCJI PAŹDZIERNIK-GRUDZIEŃ:

Runiczne gry

Sen o DolinieMoherowa gra
Fioletowa gra

Theme by Danetsoft and Danang Probo Sayekti inspired by Maksimer