Marcin Wełnicki: Dossier R — paraopowiadanie
Andrzej W. Sawicki: Niezwykły przypadek Martyny Gewalt — opowiadanie

odcinek 1, odcinek 2, odcinek 3, odcinek 4
Mimo że wszędzie zalegał śnieg, Robin natychmiast zwietrzył woń krwi. Zaciekawiło go to, oczywiście. Jaki szanujący się pies przeszedłby obojętnie?
— Robin! Robuś, co tam znalazłeś? — Ewa brnęła w jego stronę, potykając się na niewidocznych teraz nierównościach terenu.
Odgarnąwszy łapą warstwę bieli, Robin obwąchiwał pokrwawioną suczkę. Nie czuł się szczególnie poruszony. Każdą walkę da się wygrać, trzeba się tylko wykazać dostateczną odwagą. Chociaż trochę szkoda dziewczyny, mimo że była stanowczo za mała, żeby Robin kiedykolwiek poważnie się nią zainteresował.
— O Boże — zatchnęła się Ewa. — Robin, odejdź! Zostaw! Fe! — wykrzykiwała odrobinę histerycznie.
Spojrzał na nią zdegustowany. Ludzie, w tym zwłaszcza samice, reagowali przesadnie emocjonalnie na zupełnie nieskomplikowane sytuacje.
Tymczasem Ewa nachyliła się nad suczką.
— Ojej, on jeszcze żyje.
No tak, „on”, jasne. Większość ludzi musiała po chamsku zajrzeć między łapy, żeby rozpoznać płeć, choć przecież zapach powinien stanowić w tym względzie dostateczną wskazówkę.
— Bierzemy go do weterynarza — zarządziła Ewa.
Stęknęła, dźwigając ranną, a potem z sapaniem poniosła ją leśną drogą. Robin pozostał na moment z tyłu, węsząc, zanim popędził za Ewą i wyprzedził ją, żeby objąć przewodnictwo.
Kiedy już Ewa pomyślnie ulokowała znalezisko na tylnym siedzeniu cieńkusia, a Robin wskoczył na swoje miejsce obok kierowcy, ruszyli z kopyta — i zaryli się w zaspie. Robin westchnął cicho. Natomiast Ewa się popłakała.
Szczeknął poirytowany.
— Masz rację, Robuś — powiedziała, ocierając łzy. Przez chwilę zbierała myśli. — Zadzwonię po taksówkę… Albo nie, czekaj, może Jarek będzie w domu.
Nie, żeby Robin czuł się zachwycony proponowanym rozwiązaniem, niemniej wolał już odwiedzić tego skołtunionego odmieńca niż tkwić w samochodzie obok skamlącej baby. Szkopuł w tym, że auta Jarka nie zastali pod domkiem. Robin nie czekał, aż Ewa znowu zacznie ryczeć, tylko przecisnął się między prętami furtki, zachęcając, żeby szła za nim.
— Spróbujemy cię wyciągnąć — zadeklarował Tomek. Przywołał gestem wyglądającą z pokoju Anię.
— Dacie radę? — zamartwiała się Ewa, kiedy w trójkę szli do samochodu. — Nie mam pojęcia, jak ja to zrobiłam…
Tym razem Robin dreptał z tyłu, żeby mieć oko na kudłaczy, choć akurat ci wydawali się zbyt podporządkowani Jarkowi, żeby postąpić wbrew jego woli. U labradorowatego Tomka dało się wręcz wyczuć zdenerwowanie, jakby obawiał się, czy pomagając Ewie, nie pakuje się aby na teren przywódcy. Ha, może Robinowi uda się podpatrzeć, jak tych dwóch się gryzie? Obawiał się jednak, że załatwiają kwestie sporne po ludzku, czyli raczej z użyciem pięści niż zębów. Zauroczył ich niewłaściwy gatunek. No, ale kto wie, a nuż psie chrupki coś zmienią?
Przyglądał się, jak Tomek i Ania z łatwością wyciągają cieńkusia z zaspy. W drodze od domku Ewy do głównej alejki, gdzie śnieg był już nieco rozjeżdżony, zrobili to jeszcze cztery razy. Szpanerzy! Robin warknął cicho, kiedy wskakiwał z powrotem na swoje miejsce pasażera.
Zmarzł, czekając w samochodzie na Ewę. Przez moment nawet pożałował, że nie został w ciepłym domu, lecz przecież chciał trzymać łapę na pulsie zdarzeń.
— Ojej, Robuś, zupełnie o tobie zapomniałam — powiedziała Ewa, kiedy wreszcie opuściła klinikę.
Żadnemu facetowi nie jest miło, gdy słyszy takie słowa, ale na szczęście Ewa szybko naprawiła swój błąd, cmokając Robina w nos. Zadygotał sugestywnie, żeby dostać kolejnego całusa. Jarek mógł mu nagwizdać.
Rzeczony osobnik, a żeby go kot olał wonnym strumieniem, pojawił się, kiedy wysiadali z samochodu. Zaniepokojony i życzliwie zainteresowany, jakżeby inaczej. Ewa zaprosiła go do środka.
— Nie wiem, czy dobrze zrobiłam — wyznała, z westchnieniem siadając na sofie. — W niedzielę na dyżurze są zwykle młodzi, niezbyt doświadczeni lekarze, ale nalegałam i przyjechał jeden z właścicieli. Powiedział to samo, co tamci, to znaczy, że najlepiej byłoby ją uśpić. Tylko że wyrwało mu się, że mała ma w sumie spore szanse, no ale wygląda na bezpańskiego psa… Aż wreszcie nie wiedziałam, czy powinnam o nią walczyć, czy pozwolić jej spokojnie umrzeć.
— Uśpili ją?
— Nie! — obruszyła się Ewa. — Nie, wzięli na stół. I potrzymają w klinice kilka dni, bo ja nawet nie mogłabym na ten tydzień wziąć urlopu. Zapłaciłam za jej pobyt i częściowo za leczenie, a jutro uruchomię kredyt w koncie…
— Czekaj, słuchaj. Ile to będzie kosztować? Chętnie się dołożę.
Robin niemal prychnął, kiedy Ewa spojrzała na Jarka uradowana. Doprawdy, skurczybyk sprytnie sobie pogrywał. Najpierw nasłał siostrę, żeby poszarpała suczkę, a teraz pozował na wielkodusznego.
Poczuł na sobie wzrok futrzaka. I co, okres ochronny się skończył, przyszła pora sprawdzić, kto dotkliwiej gryzie? Robin wyprężył ogon. Kłów na razie nie obnażał, bo na tym polu raczej nie wpędzi gościa w kompleksy.
— Uważasz, że my to zrobiliśmy? — zapytał cicho Jarek, kiedy Ewa podeszła do okna, żeby odebrać komórkę: dzwoniono z kliniki.
Robin nie zniżył się do odpowiedzi. Przekrzywił jedynie głowę, spoglądając na przeciwnika z kpiną.
— Może przydałoby się trochę pracy węchowej? — warknął Jarek.
— Może jednak nie panujesz nad stadem tak dobrze, jak ci się wydaje? — odparował Robin.
— Znowu na niego warczysz? — zdziwiła się Ewa, ale zaraz oznajmiła radośnie: — Mała jest po operacji, powinna z tego wyjść.
Robin z uwagą przyglądał się Jarkowi. No więc jak, typek nasłał siostrę na tę suczkę, czy też Gosia samowolnie wybrała się do lasu? Mała skądś przywędrowała — nie została pogryziona tam, gdzie Robin ją znalazł. Gosia mogła jedynie przypadkiem kręcić się koło tego miejsca, nie dało się jednak wykluczyć, że przyszła za swoją ofiarą, czerpiąc chorą przyjemność z obserwacji jej zmagań. Śnieg przysypał ślady, Robinowi zaś nie starczyło czasu na ustalenie faktów.
Zerknął na Ewę. Czy zdoła ją nakłonić, żeby wieczorem wypuściła go na godzinkę?




Theme by Danetsoft and Danang Probo Sayekti inspired by Maksimer