Marcin Wełnicki: Dossier R — paraopowiadanie
Andrzej W. Sawicki: Niezwykły przypadek Martyny Gewalt — opowiadanie

Zapraszamy do lektury fragmentu trzeciego opowiadania z „Księgi wojny”. Michał Krzywicki wciąż flirtuje z piekłem, tym razem w realiach o wiele bardziej przerażających niż w „Psalmodii”...





Pojawiły się już dwie relacje ze spotkania autorskiego z Michałem Krzywickim, które odbyło się w zeszły piątek w Bookarni w Sopocie: pierwsza z nich, w serwisie Kawerna, zawiera rzetelny opis i zdjęcia autorstwa Macieja Pniewskiego i Krystiana Plewińskiego, natomiast druga ogranicza się do tendencyjnie wybranych zdjęć z tej pierwszej, opatrzonych prześmiewczymi komentarzami, i wisi... no, kto zgadnie?
Tak! Na Diablim blogu Michała Krzywickiego :-)





Mamy już „Psalmodię” — i wygląda OK. Uff :-) Matowa okładka, lakierem błyszczącym pokryte są napisy (imię i nazwisko autora i tytuł) na froncie okładki i na grzbiecie oraz diabełki na froncie i z tyłu.
Jeśli przewoźnicy nie nawalą ani nie wystąpią inne nieprzewidziane okoliczności, książka będzie w księgarniach i Empikach w przyszły wtorek, 13 kwietnia. A u nas w przedsprzedaży już od dziś :-)

Przed świętami wspomniałam, że jeśli będzie zainteresowanie to mogłyby się pojawić na blogu nowe okładki do Kronik. Zainteresowanie wyraziła zaledwie jedna osoba (pozdrowienia dla Magdalaeny), co trudno uznać za jakiś powszechny zryw, więc okładki się nie pojawiły, jednak przy okazji poruszony został (kłopotliwy) temat tapet.

Podobnie jak Hebius, zdecydowanie rzadko zmieniam tapety, a te które mam raczej mają być możliwie mało agresywne wizualnie, więc także najbardziej cieszą mnie zakładki.
Niemniej ciekawi mnie brak rozdzielczości 1024x600 w tej statystyce. Sądzę, iż ostatnio coraz więcej osób może ją mieć (choćby ja), gdyż jest to standardowa rozdzielczość wszystkich netbooków (niski - bo mały ekran, szeroki - aby złapał strony w całości na szerokość)

Też jestem zdziwiony brakiem 1024x600, bo netbooków widuję mnóstwo (ba, nawet moja SO pół życia przed netbookiem ostatnio spędza).
Ja najczęściej siedzę przy moim 19" LCD (5:4, 1280x1024) i raczej nieprędko się przesiądę na coś innego - praktycznie wszystkie duże monitory robią dzisiaj w proporcjach 16:9, co może jest niezłe do oglądania filmów, ale do normalnej pracy średnio się nadaje.
- What are letters?
- Kinda like mediaglyphics except they're all black, and they're tiny, they don't move, they're old and boring and really hard to read. But you can use'em to make short words for long words.

Statystyka to tylko pierwsza dziesiątka — ta rozdzielczość na pewno jest gdzieś na następnych pozycjach.
Sprawdziłam, że 1024×600 to proporcje 16:9, czyli można ściągnąć tapetę 1920×1080 i pomniejszyć ją sobie proporcjonalnie :-)
Nina

W sytuacji, gdy obrazek na monitorze zmieniam raz na kilka lat, okładkowe tapet nie są dla mnie żadną atrakcją. Z książkowych gadżetów lubię tylko zakładki.

Ja w tej większości - 1280x800
Z zaprezentowanych tapet bardziej podoba mi się ta druga, przedstawiająca pełniejszy obraz. Jeśli ktoś chciałby mieć na ekranie sam detal zawsze może przyciąć brzegi w minutę.
W ogóle bardzo lubię dobre ilustracje czy rysunki jako tapety. Teraz mam niebieskie oko z Avatara http://www.wallpaperez.info/wallpaper/movie/Avatar-1940.jpg, ale przedtem przez pewien czas były wilki z cyklu Magdy Parus. Wyjątkowo piękne są okładki książek Dukaja z WL, ale nie zawsze wydawnictwo udostępnia tapety.
Magdalaena

Jako autor jednej książki wydanej, drugiej w drukarni i trzeciej prawie już napisanej, Michał opisuje na swoim blogu ciekawy i rzadko poruszany aspekt życia pisarza, a mianowicie: jakie grzechy „zawodowe” popełnia osoba tej profesji. Okazuje się, że wszystkie siedem głównych — z łatwością. A to prawdopodobnie dopiero wierzchołek góry lodowej...

Tak:)

Czy ta trzecia też ukaże się w Runie?

Od razu uprzedzam, że nie będę Was w poniższym artykule zadręczał definicjami, nie mam żadnych ciągot, by jakąkolwiek definicję fantastyki historycznej stworzyć. To, co poniżej, to raczej luźne uwagi, wynikające z mojej pracy, ale także i obserwacji. Kto wie, może zachęci to Was do dyskusji.
Nie jest łatwo pisać „fantastycznie” i trzymać się realiów historycznych. I nie ma znaczenia, czy bierzemy okres mało zbadany, czy taki, o którym pieją nawet w TV przy każdej okazji. W pierwszym przypadku autor, który zamienia się na wiele miesięcy w badacza, wypełnia luki choćby przez analogie w badanym obszarze i czasie, w drugim przypadku ma trochę łatwiej — może przejrzeć wszystko, co jest dostępne i wybrać same perełki. W obu przypadkach jednak nie ma mowy o tym, żeby wyobraźnia hulała do woli.
Podam natomiast kilka przykładów, kiedy może i warto pohulać.

No takie podejście (tzw. "hulanki"), jakie Pan opisał w artykule, ma ręce i nogi i szczerze mówiąc, to gdyby podręczniki były pisane w takiej konwencji, to bym bardziej lubił historię... :D
No chyba że słucham na lekcji o wstrętnych Angolach, nadętych Francuzikach, nazistach i komunistach - wtedy nie potrzebuję podręcznika :D
A co do uzupełniania tzw. luk historycznych - skojarzyły mi się dość fajnie napisane książki z uniwersum Gwiezdnych Wojen - autorzy bazują przecież na sześciu filmowych epizodach, zarówno jeśli chodzi o "dzieje" przed filmowymi epizodami, jak i o te, które działy się już "po filmach".
Także sądzę, że to dość dobry trop, takie uzupełnianie historii - nawet w formie fantastyki historycznej z przymrużeniem oka. :)
Pozdrawiam
Visca el Barca!

Ale to wciąż tylko historia alternatywna, więc żeby zrobić z tego fantastykę historyczną, to trzeba jeszcze dodać, że Dąbrówka była śliczniutka:) A tak trochę na poważniej, to... na poważniej to mi się chyba nie chce.

Wydaje mi się, ze historię polskiego średniowiecza można gwałcić do woli. Wystarczy tylko Mieszka nie wysyłać pod Grunwald, a Jagiełły nie żenić z Dąbrówką. Resztę przeciętny czytelnik pewnie łyknie nie wiedząc, gdzie prawda, a gdzie inwencja autora.

Na blogu Michała Pan D. zaczął przyglądać się tzw. grzechom głównym. A w komentarzach od razu pojawiła się wątpliwość, gdzie jest pycha w przedstawionym przez niego przykładzie. Blog porusza ciekawe problemy, nie da się ukryć... na przykład pod poprzednim wpisem rozgorzała dyskusja dotycząca tak żywotnej kwestii, jak pisownia słowa „bóg”. Oraz „Bóg”. No właśnie — kiedy jaką literą? :-)
Pozwoliłam sobie dorzucić tam swoje trzy grosze, powołując się na „Plagi tej ziemi”.

W tej wypowiedzi, którą opisujecie, Panu D. nie chodziło o zasady ortografii. Zresztą to widać, tak myślę. Ale i tak jest ok:)

A skąd to można wiedzieć, o co mu tak naprawdę chodziło? Jest takie cudowne powiedzonko „diabeł ukryty jest w szczegółach” — a jakiż może być milszy sercu szczegół, niż literka nieco większa albo nieco mniejsza? ;-)
Nina
Ja wiem, ale zawszeć to miło pogadać o duperelach :)
He is a zombie detective having a moustache. She is an ex-policewoman vampire huntress mad with revenge. Together, they fight crime!

No, też tak myślę:)! Przypomniała mi się lekcja, którą kiedyś zacząłem słowami: A teraz porozmawiamy o duperelach:)
A czy przypadkiem wydawca nie powinien się cieszyć, jeżeli autor jest z gatunku tych ortograficznie hiperpoprawnych?
:>
He is a zombie detective having a moustache. She is an ex-policewoman vampire huntress mad with revenge. Together, they fight crime!

Od dyskusji na temat pisania wyrazów z małej/dużej litery jest Rada Języka Polskiego. Jeszcze tego by brakowało, żeby wydawcy ustalali sobie własne zasady ortografii! :P

Rada Języka Polskiego jest od patrzenia, jak się rozwija język, rozdzierania szat przez jakiś czas, a potem uznawania różnych nowinek za poprawne :-p
Nina

Prawda jest taka, że oprawca w domu, szczególnie gdy czasu mało, to skarb. Jasne, zawsze jest magiczna metoda szuflady - po napisaniu wkładamy arcydzieło na pół roku, a następnie wyciągamy marną książkę i próbujemy z niej znów zrobić arcydzieło. Prywatny oprawca jest właśnie taką szufladą w wersji instant co pozwala nie dość, że znacznie przyspieszyć proces krzepnięcia zachwytu, to jeszcze dojść do głębszych wniosków na przyszłosć dzięki rozmowie z ożywioną szufladą. :)
Z tym zachwytem to u różnych autorów różnie bardzo bywa. ;) U jednych wcale nie musi krzepnąć, bo się z przekonaniem o swoim geniuszu rodzą i w takimż błogim przekonaniu umierają, lustro w łazience wiadomo, jaką ma spełniać funkcję i żaden kat oswojony, krytyk obiektywny, tutor mądry ani też muza umęczona nieczego nie zmienią. Innym z kolei nie podoba się z tego, co piszą absolutnie nic i nigdy. Ja po tych kilku latach plasuję się zdecydowanie bliżej tego drugiego typu i tak szczerze mówiąc to, co napisała moja żona o gehennie współuczestnictwa w procesie twórczym męża jest zaledwie wierzchołkiem góry lodowej. Jeszcze jedno lub dwa moje "dzieła" i wystąpimy do wydawnictwa o przyznanie małżonce renty za wieloletnią pracę w warunkach szkodliwych ;)
Wawrzyniec Podrzucki

Ha! Po napisaniu dwóch książek z mężem obiecałam sobie, że nigdy więcej nie będę robić za domowego oprawcę. No way. Bo dlaczego w czasie, który inne, rozsądniejsze pary, spędzają, pijąc wino, czytając, rozmawiając bądź oddając się rozlicznym zdrożnym przyjemnościom - ja mam trawić na kłótniach o przecinek przesunięty? Niechże się potem redaktor realizuje.
Bardzo Was podziwiam :)

Można tylko pozazdrościć tak bezwzględnego redaktora i to na wyciągnięcie ręki:)
A szuflada nie zawsze wystarczy.
I chyba trzeba starać się znaleźć złoty środek między "nienawidzę", a "kocham" - mówię o uczuciu do tego, co właśnie stworzyłem.

O! To jak już autor na dobre okrzepnie w sławie, wydawnictwo będzie mogło pomyśleć o wypuszczeniu na rynek tomu "Uśpione archiwum. Wersja autorska" :P
Raczej "Yggdrasill - brudnopis". Wystarczyłoby na parę nowych tomów. :)
Wawrzyniec Podrzucki






Ładna, chwytająca kolorystyka, przestrzeń, symbolika, i powtarzając po przedmówcach: urocze stworki :)
Podsumowując: dobra okładka
Ale przy okazji mam pytanie, Runa dalej będzie unikała umieszczania swego loga na grzbiecie?
Dziwnie trochę wygląda to, gdyż praktycznie wszystkie inne wydawnictwa wrzucają swój znaczek na górę, bądź dół grzbietu. Stare pozycje runiczne zresztą też go miały, a w nowych już go nie widzę :)

Pożyjemy, zobaczymy :-) Wiesz, jak to jest z logotypami, seriami, nazwami, itp. — jak tylko się człowiek do czegoś przyzwyczai i znajdzie w tym dobre strony — bang! — następuje zmiana. Jest to jakaś przemożna prawidłowość marketingowa, zazwyczaj nie do pojęcia dla zwykłych ludzi.
Ale jakiś związek na pewno ma z tym fakt, że kiedy klientom się coś podoba, to siedzą cicho i nic na ten temat nie mówią. Dopiero kiedy to, co im się podobało, zostaje zmienione (por. „bang!”) pojawiają się tłumy zawiedzonych.
Tak było choćby z okładkami Runy „z paskiem”. Póki był pasek, słyszało się tylko narzekania, że okładki brzydkie, bez precyzowania, czy chodzi o obrazki (i czyje), czy o layout. Pojawił się nowy layout i nagle okazało się, że okładki z paskiem były the best, że miały swój klimat, że te nowe to już nie to, itp. I znowu, ja się pytam — czy ten klimat to był tylko pasek, czy ilustracje (podobno brzydkie?).
Szczegółów nie mogę na razie podać, ale zaprawdę powiadam Wam: jak uważacie, że coś jest OK i chcecie, żeby zostało, to lepiej mówcie o tym, póki czas ;->
Nina

Subiektywnie: Pasek (czarny bądź kremowy) zalogowany zarówno na okładce jak grzbiecie, nowe grafiki (większość starych mi nie pasowała), dalej forma cienkich pozycji (nowe wydanie "Opowieści z Wilżyńskiej Doliny" zawiera to samo co poprzednie a jest dwa razy grubsze) to jest to, co mi osobiście się najbardziej podoba ;)
A, i proste tytuły i nazwiska autorów (jak w starych pozycjach, albo w "Ofensywie Szulerów"), ładniej wyglądają na okładkach, wbrew pozorom - mocniej się wybijają i są bardziej czytelne.
Amen ;)

Cienkie „Opowieści” są złożone małą czcionką o charakterystycznym kroju (Legacy Serif 10 pt.), te nowe, grubsze — QausiTimesem 11,8 pt (jeśli dobrze pamiętam).
Wbrew teorii bang! powiększenie czcionki spotkało się z (nielicznymi, co prawda) głosami uznania na innych forach, natomiast o kroju nikt się nie wypowiada („za czasów” używania Legacy były głosy krytyczne, że jest to dziwna inna czcionka, która utrudnia czytania przez sam fakt, że jest inna niż timesopodobne, których największą zaletą jest to, że nie zwraca się na nie uwagi).
Autopoprawka: nie, „Opowieści” były chyba jeszcze przed Legacy, ale na pewno małą czcionką.
Nina

Sprawdziłem, tak, "Opowieści" są małą czcionką, ale zwykłą szeryfówką, "Ględźby Ropucha" już Legacy.
Mi osobiście nie przeszkadzała ta czcionka, choć ta z "Opowieści" również jest dobra i w zasadzie mi nie robi różnicy, którą jest pisane (choć mogę przypuszczać, że przy tej "Opowieściowej" łatwiej jest zaznaczyć kursywę, bolda, czy odmienne czcionki, co jest obecnie wykorzystywane czasem w ksiażkach)
Bardziej podoba mi się właśnie mała czcionka, choć tutaj pojawia się kwestia tego, że mam (jeszcze) dobry wzrok. Być może jest ona mniej czytelna dla osób z wadą wzroku.
Niemniej, z tego co zaobserwowałem, jest również różnica w papierze (kiedyś był cieńszy) przez co książka jest bardziej poręczna i zgrabna.

Oceniał okładki nie będę, bo nie jestem obiektywny:) Ale mogę zdradzić, że moja córka (prawie 5 lat) powiedziała, że ten na okładce - to ja!:)

To i tak dobrze, że nie skończyłeś jako jeden z tych latających potworków ;->
Nina

W Firefoxie ta okładka wyświetla się tak, jak trzeba, ale w Operze widzę tylko puste pole.
Chyba musiałaś coś gdzieś zmienić w ustawieniach bloga, bo obrazek przy Postępy na wydawniczym froncie, cd. też mi uciekł, a wcześniej widziałem go w Operze normalnie.

Pod Google Chrome też się okładka zbuntowała. Zwraca komunikat o braku dostępu. Ale pod Operą jest dobrze.
Fajna ta okładka, te latające stworki są świetne. :D
"Gdyby to koty miały definiować świat, ważne miejsce zajmowałyby w nim pożerane dla zabawy muchy"
— M. John Harrison

Odpuściłam sobie chwilowo blogowe subtelności i podlinkowałam obrazki starą dobrą metodą, która nie jest może elegancka, ale za to powinna DZIAŁAĆ. A jak nie, to już nie wiem...
Zgadzam sie, że latające stworki są super :-)
Nina

Stara metoda działa.

Dzięki za info. Dołożę starań, żeby to naprawić.
Nina

To jak? Wolisz ją w Firefoxie, czy w Operze:)?

Okładka (obejrzałem w Operze na głównej stronie Runy :P) jest przyjemna dla oka.
Theme by Danetsoft and Danang Probo Sayekti inspired by Maksimer
Ja już zaczynam wyglądać
Ja już zaczynam wyglądać listonosza :)
Dziś wyślemy
Dziś wyślemy paczkę, więc jest szansa, że dostaniesz ją w dniu premiery, choć znając Pocztę Polską, równie dobrze może to być w następny piątek. Ale bądźmy dobrej myśli :-)
Nina
Wiem, że może być różnie, ale
Wiem, że może być różnie, ale Poczta Polska czasem potrafi wręcz zadziwić swoją szybkością. Wczoraj kupiłem w Krakowie via Allegro płyty, a dziś już ich słucham.
Nie mogę zrozumieć, jak ta jedna dodatkowa złotówka wydana na przesyłkę priorytetową może uczynić takie cuda.
PS (całkowita prywata)
:D
Właśnie trzymam paczkę na kolanach. Już za chwilę zajrzę do środka i będę się napawać zawartością :)
Wow, poczta mnie zadziwia
I to bez priorytetu, coś niewiarygodnego :-)))
Nina
Zazdroszczę, ja na
Zazdroszczę, ja na priorytetowego Upiora Południa czekam już tydzień...
I kolejny przewidziany
I kolejny przewidziany wydatek...
No nic, przypuszczam, że warto ^^
Edit: Właśnie, Runa jest Warszawskim wydawnictwem. Jest możliwość przepremierowego kupienia książki na miejscu? (bez czekania na dowóz pocztą, płacenia za pocztę i robienia przelwu)
Kupno na miejscu
„Przedpremierowe kupno na miejscu” — to jest trudne pytanie... Może spróbuję po kawałku :-)
1. Kupno na miejscu — tak, jak najbardziej, co prawda nie w biurze Runy, ale w tym samym budynku, w księgarni Bellony (ul. Grzybowska 77, parter, wejście od Towarowej) można zawsze kupić wszystkie nasze książki (tzn. te, które są aktualnie w sprzedaży).
2. Przedpremierowo — nie da rady. Bo skoro można by w księgarni Bellony, to czemu nie w Xandzie na Dworcu Centralnym? To tylko kilka przystanków tramwajem od nas, w pół godziny mogliby przejechać, wziąć książki i zacząć je sprzedawać. Albo czemu nie w innych księgarniach warszawskich, które wyraziłyby zainteresowanie?
Odpowiedź jest prosta: bo to byłoby nie fair w stosunku do innych księgarń. Po to jest ustalona oficjalna data premiery, żeby książki miały szansę poprzez hurtownie dotrzeć do wszystkich zainteresowanych księgarń w kraju i żeby mogły trafić do sprzedaży tego samego dnia. Czasem zdarzają się opóźnienia (np. centralnie sterowane sieci, jak Empik, opóźniają coś w swoich procedurach, albo jakaś księgarnia nie zamówiła tytułu na czas w „swojej” hurtowni, która, powiedzmy, dostarcza im książki tylko dwa razy w tygodniu), ale to już nie nasza wina. My robimy, co się da, żeby wszyscy mogli zacząć sprzedawać książkę w dniu premiery — i nie faworyzujemy nikogo.
3. Sprzedaż przedpremierowa w księgarni internetowej nie jest postrzegana przez dystrybutorów (hurtownie i księgarnie) jako zagrożenie ich interesów właśnie z powodu nieuniknionego opóźnienia w dostarczeniu książki do czytelnika.
Nina
Dlatego się spytałem właśnie
Dlatego się spytałem właśnie o sprzedaż na miejscu - jako bezpocztowy odpowiednik sprzedaży przedpremierowej internetowej (zamówienie dostawy do biura, a nie do domu, aby nie musieć czekać na pocztowca)
Niemniej dziękuje za wyczerpującą odpowiedź i czekam w takim razie na premierę :)