ALCHEMIA — fragment
— Miki nie żyje — powiedział Romek.
Twarz miał czerwoną, oczy opuchnięte od płaczu. Stał bezradnie — drobny, anemiczny siedmiolatek — i patrzył na matkę z nadzieją, jakby oczekiwał, że wszystko można jeszcze odwrócić.
— Jak to?! — Zaskoczona Marta zerwała się z fotela. Nie żyje? Przecież rano go uciszała, gdy jak oszalały drapał pazurami w okno, podniecony widokiem siadających na parapecie gołębi. Był zdrowy jak koń, jeśli w ogóle można w ten sposób wyrazić się o kocie.
— Nie oddycha — poskarżył się chłopiec.
Przestał płakać, lecz jego wystający do przodu kościsty podbródek wciąż drżał.
Pobiegła do dziecinnego pokoju boso, wbrew regułom pozostawiając laczki przy fotelu. Podążający za matką Romek również był bez papuci, ale on prawie nigdy ich nie nosił. Niegdyś nieprzerwanie zwracała mu na to uwagę: „Spójrz na skarpetki, znowu dziurawe!”. Teraz już tego nie robiła.
Teraz była lepszą matką.
Kocur leżał na podłodze, na prawym boku, z łapami wycelowanymi w drzwi. Zbliżyła się z kamienną twarzą, przykucnęła i dotknęła szarej sierści. Nie był zimny ani sztywny — nie jak Cywil, pies, którego Marta miała w dzieciństwie i który zdechł w dniu jej maturalnego egzaminu, jakby nie mógł wybrać na odejście jakiegoś innego, mniej ważnego z tych trzystu sześćdziesięciu pięciu w roku.
Ciąg dalszy w książce...
Copyright (C) Agencja Wydawnicza RUNA A. Brzezińska, E. Szulc sp.j. NIP 759-15-71-926. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentu materiałów zawartych na niniejszej stronie możliwe są tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.