DZIECIAKI — fragment
Wiktor przeprowadził się do domku letniskowego nad jeziorem, żywiąc cichą nadzieję, że dzieciaki tu nie dotrą. Nie był jedynym, który wpadł na taki pomysł. W okolicy stało ze trzydzieści posesji i niemal we wszystkich krzątali się właściciele, chociaż niektóre domy nie nadawały się do całorocznego zamieszkania. Ale tej zimy nikt się tym nie przejmował. Ci, którzy nie mieli kominków, powstawiali kozy i dało się wytrzymać. Woleli trochę zmarznąć niż ryzykować nocleg w mieście.
Każdy by wolał, ale nie wszyscy mieli taką możliwość. Niektórym musiały wystarczyć stalowe nerwy.
Domek Wiktora znajdował się na małej wyspie, którą do niedawna ze stałym lądem łączył drewniany pomost, ale Wiktor spalił go tego samego dnia, w którym podjął decyzję o przeprowadzce.
— Palisz za sobą wszystkie mosty — ironizowała Magda Bielecka, sąsiadka z szeregu działek pod Laskiem Północnym.
Czasami Wiktor żałował, że spalił ten most. Postąpił chyba zbyt impulsywnie. Dzieciaki dzieciakami, ale człowiek musi przecież jakoś funkcjonować — chodzić do pracy, na zakupy, i tak dalej. Latem i jesienią nie stanowiło to problemu, na brzeg przedostawał się rowerem wodnym, lecz gdy nastały mrozy i powierzchnia jeziora pokryła się lodem, rower stał się bezużyteczny. Początkowo radził sobie za pomocą kajaka, wypożyczonego z wędkarskiej przystani. Kajak łamał cienką taflę niczym miniaturowy lodołamacz, to znów ślizgał się jak bojer na grubszym lodzie. W mroźne poranki trzeba się było sporo napocić, a nierzadko i zmoczyć, nim człowiek dotarł do brzegu.
Teraz był styczeń, wyjątkowo mroźny w tym roku, i kłopot się skończył. Wiktor maszerował po lodzie do przystani, gdzie parkował swój samochód, lub w stronę przeciwną, gdy po południu wracał do domu. Ale tylko czekać aż przyjdzie wiosna i kołomyja zacznie się od początku...
Jeszcze wpadnie pod lód i utopi się, psiamać!
Nie trzeba było palić tego pomostu!
A jednak odgrodzony wodą czuł się bezpieczniej. Przynajmniej potrafił spokojnie spać do rana.
***
Stał na werandzie w zapiętej po szyję kurtce i palił papierosa. Termometr pokazywał minus jedenaście stopni, ale świeciło słońce i za ażurem oszronionej pergoli było całkiem przytulnie.
Wiktor rzucił palenie ładnych parę lat temu, lecz przed kilkoma miesiącami wrócił do nałogu. Nie był osamotniony w tym comebacku. Pewnego dnia poszła fama, że dzieciaki nie cierpią papierosowego dymu i się zaczęło. Lata pięćdziesiąte zeszłego wieku, kiedy odnotowywano największe zużycie tytoniu na statystycznego mieszkańca, można było uznać za czas nikotynowej abstynencji w porównaniu do tego, co się działo teraz. Na dobrą sprawę palił każdy albo przynajmniej popalał wieczorami. Nikt nie czepiał się nieletnich. Tu i ówdzie, głównie w telewizji, dawało się słyszeć trzeźwe głosy, że cała koniunktura to sprytne zagranie pijarowców Philipa Morrisa, niemające nic wspólnego z rzeczywistością, ale niewiele to zmieniło.
Zawsze lepiej próbować coś zrobić niż siedzieć bezczynnie i czekać, czy przyjdzie twoja kolej.
— Znacznie lepiej. — Wiktor kaszlnął i wierzchem dłoni dwukrotnie otarł nos. Jak zawsze zimą, miał lekki katar. — Człowiek nie jest owcą na rzeź i nie powinien się jak owca zachowywać.
Splunął za balustradę.
Czytał kiedyś, że ludzie samotni często gadają do siebie. Zaczynało się to sprawdzać.
Psiamać!
Usłyszał warkot silnika i odwrócił głowę w tamtym kierunku. Zobaczył samochód. Najpierw tylko się zdziwił, zaciekawił, ale chwilę później otworzył szeroko usta i tak zastygł, z papierosem tkwiącym między dwoma palcami uniesionej ręki.
Co, u diabła?!
Zamrugał oczami załzawionymi od mrozu i słonecznego blasku.
Zielony opel astra nie zwalniał, choć droga, którą jechał, właśnie się kończyła. Była to prywatna droga Wiktora, właściwie prowizorycznie utwardzony żużlowy dojazd do pomostu, po którym pozostało jedynie kilka sterczących z lodu osmalonych kikutów. Dawniej dało się wjechać na wyspę z ciężarem nie większym od półtorej tony — taki udźwig gwarantował dostawca legarów — ale każdy, nawet ktoś, kto byłby tu tak stałym bywalcem, żeby jechać na pamięć, widział przecież, że teraz pomostu po prostu nie ma!
Że poszedł z dymem, psia jego mać!
Trrrach!
Strzeliło coś, może opona, a może pękł resor, gdy rozpędzony samochód wpadł na lód, po krótkim acz malowniczym locie z metrowej skarpy. Prysnęły na boki lodowe odłamki, przemieszane ze strugami wody i plastikowymi kawałkami rozbitego zderzaka.
Ciąg dalszy w książce...
Copyright (C) Agencja Wydawnicza RUNA A. Brzezińska, E. Szulc sp.j. NIP 759-15-71-926. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentu materiałów zawartych na niniejszej stronie możliwe są tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.