MARTWY MĘŻCZYZNA — fragment
Raz-dwa. Kołysanie. Jak wahadło zegara. Raz-dwa.
To przez ten przeciąg. Na strychu ktoś zostawił otwarte okno.
Raz-dwa. Ciało na sznurze. Raz-dwa.
Z nasączonych przeciwgrzybicznym preparatem desek wystają ostre końcówki zardzewiałych gwoździ. Przytrzymują blachę na dachu. Dach jest spadzisty, nachylony pod dość ostrym kątem, wzdłuż przeciwległych ścian domu niemal styka się z podłogą, ale tu, pod zwieńczeniami krokwi, jest wysoko. Wystarczająco wysoko, by w trakcie kołysania nie zahaczało się o nic nogami. Będzie ze trzy metry. Między belkami wisi pajęczyna. Rozłożysta i gęsta. Dwa pająki ślizgają się po przędzy. Jedna sieć, a dwóch gospodarzy. Na strychu jest dużo miejsca, ale one upodobały sobie ten sam kąt. A może to nie kwestia wyboru, lecz praw rządzących życiem owadów?
Znowu podmuch. Do kołysania dochodzi powolne wirowanie. Zmiana pozycji jest pewną atrakcją — widać inną część strychu. Stare kuchenne meble, zlewozmywak, sterta cegieł. Jakieś worki. W środku są... ubrania. Stare zimowe rzeczy. Niesamowite, że pamięta się takie szczegóły. Ale to dobrze. To bardzo dobrze.
Może nie wszystko stracone.
Tymczasowy problem polega na tym, że kobieta, która przychodzi podlewać kwiaty, jest gapowata. Kilkakrotnie przechodziła przez hol, pod otwartą klapą strychu i ani razu nie spojrzała w górę. Żeby choć raz rzuciła okiem, tak mimochodem, ale nie: podlewa te swoje kwiatki, nalewa do konewki świeżej wody do odstania i wychodzi, zamykając starannie oba zamki.
Jest obca. W swoim własnym domu człowiek nigdy nie zamyka drzwi tak starannie jak u obcych. Różańska. Tak brzmi jej nazwisko. Mieszka po drugiej stronie ulicy.
Znów okręciło go tak, że patrzył wprost w pajęczynę. Jej owadzi właściciele gdzieś się schowali. A może pozagryzali się wzajemnie? Szkoda, jeśli przegapił takie widowisko. Mogło to być jedyne ciekawe wydarzenie od trzech dni. Od Skoku ze Skoczni, a także od czasu, kiedy tamten facet tak paskudnie się powiesił — mniejsza o to, że paskudnie, najgorsze, że akurat w kluczowym momencie. Jakby nie mógł poczekać tych kilku sekund, aż jego świat i tak się skończy.
Zięba, przypomniał sobie. Nazywał się Zięba! Właśnie tak. Trzeba rozmyślać, a wspomnienia pojawią się same — takie jak te teraz, kiedy widzi ręce chwytające drabinę. Potem wspinaczka, odchylenie klapy i zakurzony strych, wyłaniający się z półmroku. Sznur już zwisa z belki. Zawieszony dawno temu, służył do wciągania ciężkich przedmiotów. Teraz dostał swój ostatni ładunek.
Nie pamiętał, co myślał Zięba w tych swoich ostatnich chwilach. Widział tylko wykonywane czynności, rejestrowane żywymi jeszcze oczami. Potem na jakiś czas zapadła ciemność.
***
Katarzyna Różańska wyciągnęła z kieszeni fartucha klucze i otworzyła oba zamki. Właściwie mogła dzisiaj nie przychodzić, kwiaty podlała wczoraj. Ale Różańska nudziła się. Odkąd mąż pozostawił ją samotną, z wystarczającym zabezpieczeniem finansowym, by nie musiała pracować, często się nudziła. Zwłaszcza podczas nieobecności najbliższej sąsiadki, z którą można poplotkować. Ale za to ma okazję nieco się porozglądać. Nie żeby grzebała po szufladach, broń Boże. Najwyżej troszeczkę. Tak dla sprawdzenia, czy wszystko jest w porządku.
Pamięta, jak przed pięcioma laty znalazła w schowku z kamerą kasetę wideo i puściła ją sobie na przestarzałym odtwarzaczu. Ziębowie gdzieś wtedy wyjechali, tak jak teraz, więc mogła to zrobić w ich domu. Obejrzała film porno. Nie byłoby w tym nic specjalnie sensacyjnego, gdyby nie pewien szczegół — aktorami okazali się Ziębowie. Po prostu sfilmowali się podczas uprawiania seksu. Różańską aż kolnęło pod brzuchem, kiedy to zobaczyła. Oczywiście nie pisnęła słówkiem, ale kiedy plotkują sobie czasem, a Adelina Zięba siedzi na kanapie i wcina ciasteczka — widzi nagle jej grube ciało zupełnie nagie, ciasteczko natomiast nie jest już wcale ciasteczkiem.
Poczuła na twarzy lekki podmuch. Gdzieś jakby wieje. Może...
Może strych...?
Odruchowo zadarła głowę.
Zastygła z otwartą buzią, wpatrzona w męskie półbuty; czarne, sznurowane lakierki, które kołysały się nieznacznie w kwadratowym otworze stropu. Minęła dobra chwila, nim Różańska wreszcie wciągnęła do płuc powietrze. Odchyliła się, co pozwoliło jej dostrzec więcej. Nad lakierkami były spodnie, pasek z posrebrzaną klamrą...
Odchyliła się jeszcze bardziej.
— O Boże!
Na przywiązanym do belki sznurze wisiał Zięba. Zaciśnięta na szyi pętla nienaturalnie wykręcała jego głowę. Ogromny napuchnięty język wystawał z ust, niczym larwa jakiegoś robala. Niespodziewanie noga wisielca poruszyła się. Jakby próbował zrobić krok, lecz nie znajdował pod stopą oparcia.
Nagły impuls odblokował Katarzynę Różańską. Wrzeszcząc, rzuciła się do drzwi, roztrzęsionymi rękami szamotała się z klamką i w końcu udało się jej wydostać na zewnątrz.
***
Starszy posterunkowy Ryszard Korotko w milczeniu przyglądał się, jak pakują ciało Zięby do samochodu. Było z tym wszystkim trochę zachodu. Lekarz, który przyjechał karetką, stwierdził zgon i nie chciał zabrać ciała. Trupów nie bierzemy, to karetka reanimacyjna, stwierdził krótko i trudno było dyskutować z tak oczywistą logiką.
Ale coś należało zrobić. Zięba nie żył od około osiemdziesięciu godzin, przez cały czas wisiał na rozgrzanym strychu i nie było nikogo, kto mógłby się nim zająć. Jego żona spędzała urlop gdzieś nad morzem i nie wiadomo, jak szybko zdoła ustalić się miejsce jej pobytu. Będzie miała przykry powrót do domu. Korotko otarł pot z czoła i przeniósł wzrok na stojącą przy nim Katarzynę Różańską.
To był pierwszy nieboszczyk Korotki. Tak to określał w myślach: mój pierwszy nieboszczyk. Korotko miał dwadzieścia trzy lata i niewielkie doświadczenie. Jego szef był akurat na urlopie, a ponieważ na posterunku było ich tylko dwóch, on i Kowalik, jemu, jako młodszemu, przypadła w udziale niewdzięczna rola.
Podczas stażu Korotko miał już do czynienia z truposzami, lecz teraz to było zupełnie coś innego. Musiał postawić na protokole własny podpis. Samodzielnie ocenić zdarzenie i odpowiednio je zakwalifikować. Dobrze chociaż, że sprawa wyglądała na oczywistą. Lekarz stwierdził samobójstwo, potwierdzały to oględziny miejsca zdarzenia, a przede wszystkim znaleziony w kieszeni wisielca list pożegnalny.
Niemniej i tak musi spisać zeznania tej Różańskiej.
— Chodźmy — skinął kobiecie głową i wszedł na schody.
— Nie. Nie tutaj — zaprotestowała z wystraszoną miną. — Lepiej u mnie.
— Oczywiście — zgodził się. — Ale trzeba zamknąć dom.
Podała mu klucze.
— Niech pan to zrobi! — Szybko cofnęła rękę. — Nigdy więcej nawet nie stanę w progu tego domu. Kwiaty niech zmarnieją, co mi tam!
— Nie sądzę, żeby pani Zięba miała o to pretensję — zauważył Korotko.
Przeszli na drugą stronę ulicy, do domu Różańskiej. Gospodyni przyniosła sok owocowy i usiedli na kanapie. Korotko wyciągnął notes.
— Więc przyszła pani podlać kwiaty? — zaczął.
Skinęła głową.
— Od lat tak robimy. Adela zawsze daje mi klucze, gdy wyjeżdża. A potem ja jej swoje.
— Tak. Może pani powtórzyć, jak go znalazła... to znaczy... pana Ziębę?
— Weszłam do holu i zastanowił mnie przeciąg. Rozejrzałam się i wtedy w górze zobaczyłam buty...
— Czy okno na strychu było otwarte przez cały czas? Od wyjazdu pani Zięby?
— Nie wiem. Wychodzi na tyły domu. Nie zaglądałam z tamtej strony. Ale.. może tak. Już wcześniej czułam przeciąg... O Boże!
— Co się stało?
— On... On tam wisiał przez cały czas, podczas gdy ja... Boże! — Podbródek Różańskiej zadygotał.
Korotko uznał, że lepiej będzie milczeć. Przeczekać.
— Przepraszam. — Różańska otarła palcem kącik oka. — To nerwy. Bo... jest jeszcze coś.
— Co takiego?
— Wtedy, gdy go zobaczyłam, wydawało mi się, że on... się poruszył. Pomyślałam... to znaczy... wtedy nic nie myślałam, wybiegłam z domu i dopiero jak zobaczyłam na ulicy pana radiowóz, przyszło mi do głowy, że on jeszcze żyje, że dopiero co...
— Rozumiem — mruknął Korotko, notując. Wracał akurat z przedszkola, do którego odwiózł dzieciaki siostry (służbowym wozem, a czemu niby nie, skoro przez ten cholerny urlop szefa człowiek nie ma czasu na własne sprawy), i zobaczył zasuszoną kobietę po pięćdziesiątce, pokonującą jednym skokiem pięć stopni schodów. Oczywiście zatrzymał się. Każdy by się zatrzymał, widząc coś takiego, nawet gdyby nie był policjantem. Różańska krzyczała, że facet jeszcze żyje, że trzeba go odciąć i wezwać pogotowie, więc zrobił to bez namysłu: przeciął sznur — cud, że razem z nieboszczykiem nie spadł do holu — i natychmiast zadzwonił po pogotowie.
— Wszystko rozumiem, proszę pani — kontynuował — lecz Zięba nie mógł się poruszać. Z całą pewnością nie żyje już od dłuższego czasu.
— Tak, wiem, ale...
Katarzyna Różańska znów zaczęła się trząść, co nieco zaniepokoiło Korotkę. Jeszcze tego by brakowało, żeby baba mu tu zemdlała.
— Może dokończymy rozmowę wieczorem? — zaproponował. — Na posterunku?
— Nie, nie. Wszystko w porządku.
— I tak musi pani przyjść, żeby podpisać zeznanie.
— Wolę to mieć za sobą. Proszę pytać.
— Kiedy wyjechała Adela Zięba?
— W sobotę. Cztery dni temu.
— A pan Zięba?
— On nie wyjechał. Pracował w Dębnicy.
Korotko wyprostował się.
— Czegoś tu nie rozumiem — rzekł ostrożnie. — Do Dębnicy jest dwadzieścia kilometrów. Czy trzeba opiekować się mieszkaniem, jeżeli...
— Nie znał pan Zięby, to straszny gamoń... Och! — Różańska przykryła usta dłonią. — Chciałam powiedzieć, że w sprawie kwiatów Adela nie mogła mu ufać. Kiedyś wyjechała na dłużej i przykleiła mu do szyby w dziennym pokoju wielką kartkę z napisem „Podlewać kwiaty!”, a i tak zanim wróciła, większość zdążyła zmarnieć. Zięba nie miał do tego głowy. Poza tym często nocował w Dębnicy, ma tam służbówkę, myślałam, byłam przekonana, że teraz również...
— Rozumiem — uciął Korotko. Jedno było pewne: kiedy Różańska się rozrusza, nie w głowie jej omdlenia. — Czy podlewała pani kwiaty codziennie?
— Właściwie tak.
Twarz kobiety lekko się zarumieniła.
— I nie zauważyła pani żadnych zmian w położeniu przedmiotów, niczego nie brakowało?
— Nie. Nie mam pojęcia, kiedy Boguś wrócił. Musiał chyba przyjechać w nocy.
— Dobrze. — Korotko złożył notes i wstał. — To na razie wszystko. Przypominam, że wieczorem...
Nagle przerwał. Nie zawiesił głosu, nie zawahał się, lecz po prostu urwał w połowie zdania, jak odcięta magnetofonowa taśma. Zachwiał się sztywno, niczym manekin, i upadł na twarz, przewracając ramieniem stolik.
— Proszę pana! Co panu...? Proszę pana! — Różańska klęczała przy policjancie i drżącą ręką klepała go po policzku. Kiedy wreszcie się poruszył, pobiegła do kuchni po szklankę wody, bo sok, który wcześniej nalała do szklanek, wylał się wraz z upadającym stolikiem.
Korotko powoli dochodził do siebie. Pociągnął tęgi łyk wody i zakrztusił się. Z trudem usiadł.
— Coś takiego! — powiedział, wciąż pokasłując.
— Ależ mnie pan przestraszył. — Różańska przyłożyła dłoń do biustu.
— Przepraszam. Nie mam pojęcia, co się stało. — Czuł się jak ostatni kretyn.
— Zemdlał pan. Tyle wrażeń. Od niedawna jesteś w policji, prawda, młody człowieku?
— Nie! — żachnął się Korotko. — To nie dlatego. Co też pani przychodzi do głowy!
Pozbierał się z podłogi.
Ciąg dalszy w książce...
Copyright (C) Agencja Wydawnicza RUNA A. Brzezińska, E. Szulc sp.j. NIP 759-15-71-926. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentu materiałów zawartych na niniejszej stronie możliwe są tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.