STO DZIEWIĘĆDZIESIĄT ZAPAŁEK — fragment
1.
Strach potrafi człowiekiem zawładnąć. Wtedy rodzi zło.
Leżąca w łóżku dziewczynka przerwała lekturę i zerknęła w okno. Z nocnej ciemności, ledwie rozpraszanej światłem odległej latarni, atakowały miliony śniegowych płatków. Rzucały się na szybę niczym wściekłe roje białych os. Lutowa śnieżyca. Łóżko stało przy oknie i pod parapetem przeciskał się wiatr. Monika miała wrażenie, że wraz z nim do pokoju dostaje się śnieg, niemal czuła topniejące na policzkach fraktalowe łzy, lecz kiedy dotykała twarzy palcami, te pozostawały suche. Budynek, w którym mieścił się dom dziecka, od dawna domagał się remontu, na szczęście nie zdziczał aż tak, żeby przez ściany przedostawał się śnieg.
Co innego Krook.
Krook przechodził przez ściany z łatwością, choć Monika nigdy tego nie widziała. Co prawda nie widziała również samego Krooka, ale Rafał wyjaśnił jej wszystko w najdrobniejszych szczegółach. A nawet narysował.
Narysowany Krook nie wyglądał strasznie. Raczej zabawnie. Monika stwierdziła nawet, że jest przystojny.
— Coś ty! Przerażający typ, mówię ci — przysięgał Rafał. — Wolałbym umrzeć, niż zobaczyć go po raz drugi.
To dlatego Monika odłożyła książkę, kiedy przeczytała słowa mówiące o rodzącym zło strachu. Była prawie pewna, że Rafał zmyśla, w domu dziecka nie było żadnego Krooka ani innego wyłażącego ze ściany potwora, ale na wszelki wypadek wolała tej książki nie czytać. Zwłaszcza że sięgnęła po nią, żeby poczuć senność, a nie coś, co — jak wiedziała — jest nazywane zastrzykiem adrenaliny.
Po kilkunastu minutach ponownie zapaliła lampkę. Nos miała zimny, pod parapetem nadal wiało, a oczy same się otwierały, pomimo na siłę zaciskanych powiek. Koszmar. Dobrze, że jutro jest sobota. W sobotę nie trzeba iść do szkoły.
Spojrzała na sąsiednie łóżko. Agata spała w najlepsze. Nawet się uśmiechała. Ciekawe, czy gdyby przyszedł Kroo...
Ach, nie! Dziewczynka ze złością uderzyła piąstkami w kołdrę.
Tylko nie...
Nie myśleć o nim, nie!
Potrzebna jest nudna książka! Jej spojrzenie ześlizgnęło się z twarzy śpiącej współlokatorki na stojącą przy łóżku szafkę. Agata była znana z tego, że czytuje wyjątkowo nudne książki. Właśnie takie, przy których człowiek zasypia nie wiadomo kiedy.
Wyślizgnęła się spod kołdry. Kilkoma susami dopadła do szafki i chwyciła leżącą na serwecie książkę. Równie szybko wróciła do ciepłej pościeli.
Baśnie Andersena.
Która może być najnudniejsza?
Opowieść o dziewczynce z zapałkami wcale nie okazała się nudna, ale pozwoliła Monice usnąć z bardzo zadowoloną miną. Uśmiechała się jeszcze wtedy, gdy nad ranem przestał padać śnieg.
***
2.
Ten Andersen znał się na rzeczy!
Dziś zapałki mało komu są potrzebne; nikt nie roznieca ognia w piecu, a palacze papierosów (fajek) trafiają się coraz rzadziej i na ogół używają zapalniczek. Dla Moniki nie miało to znaczenia, bo w rzeczy samej nie chodziło o zapałki, lecz o siłę oddziaływania. O sumienie. Współczucie. O obraz biednej, zmarzniętej dziewczynki, która musi coś sprzedać. Cokolwiek. Choćby zebrane latem na plaży muszelki...
Muszelki?
Po namyśle Monika postanowiła iść jednak przetartym szlakiem, stwierdziwszy, że zapałki są jednak o wiele bardziej przekonujące.
Poza tym szkoda jej było muszelek.
Przeliczyła oszczędności i okazało się, że ma dwa złote czterdzieści groszy. W sam raz na sześć pudełek zapałek; jeśli sprzeda je po złotówce (a może ktoś da więcej, tak ze szczerego serca?) zrobi się z tego sześć złotych, czyli trzy sześćdziesiąt na czysto. A jeżeli następnego dnia powtórzy numer, znów kupi zapałki, za wszystko, całe dwadzieścia pudełek...?
Od rachunków Monice zakręciło się w głowie.
Nie wątpiła, że zamysł się powiedzie. Dzisiaj nikt nie umiera z głodu, niegłodująca sierota z domu dziecka jest szczytem nieszczęścia i właśnie dlatego szanse współczesnej dziewczynki z zapałkami są niepomiernie większe niż bidulki z czasów Andersena. Sumienie przechodnia z XXI wieku nie jest zobojętniałe, rozumowała Monika, bo nie ma tylu codziennych okazji, by się znieczulić. W dodatku współczucie wobec dziecka jest wręcz obowiązkiem. W swoim dziesięcioletnim życiu nie raz miała okazję się o tym przekonać. Poza przypadkami, gdy chciała, żeby ktoś ją adoptował. Zwłaszcza Bukowscy, którzy rokrocznie zapraszali ją do siebie na święta i dwa tygodnie podczas wakacji. Niestety, ich współczucie nie sięgało tak daleko, a sumienie prawdopodobnie w ogóle nie zabierało na ten temat głosu.
***
3.
Nastała niespodziewana odwilż i Monika musiała wyczekiwać cztery dni, zanim powrócił mróz, i jeszcze dzień, nim zaczął padać śnieg. Uznała jednak, że na sprzyjające warunki pogodowe warto poczekać. Postanowiła zaufać mądrości autora bajki o dziewczynce z zapałkami, który wiedział jak grać na ludzkich uczuciach. Miała na myśli uczucia czytelników, a nie fikcyjnych, wymyślonych przechodniów z książkowych kartek, którzy nie mieli wyboru i musieli zachowywać się tak, jak kazał im pisarz.
Wymknęła się wieczorem, po kolacji, przykazując Agacie, by w razie czego ją kryła.
— Co mam mówić?
— Ach, wymyśl coś. Najlepiej powiedz, że jestem w toalecie.
Nie przewidywała komplikacji. W domu dziecka mieszkało dwadzieścioro dzieci i w nocy dyżurowała tylko jedna opiekunka. Poza tym nie sądziła, żeby sprawa zajęła więcej niż godzinę.
Niewiele się pomyliła.
Mogła uwinąć się nawet o wiele szybciej, gdyby od razu trafiła na tamtego faceta.
W pierwszej chwili zaniemówiła, gdy zagadnął, mile się uśmiechając. Wydawało się jej, że jakimś niepojętym sposobem oto nagle stanął przed nią sam Andersen. Może dlatego, że nieznajomy miał na sobie długi płaszcz, z przodu skrojony w patki, z podniesionym kołnierzem, przez co przypominał chudego mężczyznę z ilustracji w książce Agaty.
— Co tutaj robisz, dziewczynko?
Na głowie nie miał cylindra. To ją otrzeźwiło.
— Sprzedaję zapałki, proszę pana. Może kupi pan pudełko?
Akurat nasilił się wiatr, powiało w oczy śniegiem, dokładnie tak, jak to sobie wyobrażała. Skuliła się, przyciskając ręce do siebie, chociaż wcale nie było jej zimno, bo pod swetrem miała drugi, a pod nim jeszcze dwie podkoszulki.
— Albo dwa... — Pociągnęła nosem.
Miała nadzieję, że jest czerwony.
Nieznajomy rozejrzał się po pustej zaśnieżonej ulicy i powrócił spojrzeniem do jej twarzy.
— Dużo sprzedałaś?
— Nic — odparła.
To nie była prawda. Jedno pudełko udało się jej sprzedać. Na samym początku kupiła je jakaś kobieta. Dała dwa złote i nie chciała reszty, tak jak Monika sprytnie przewidziała wcześniej, ale na tym przemyślny scenariusz się skończył. Przez następne pół godziny nic się nie działo, nieliczni przechodnie mijali ją obojętnie, zupełnie jak w tamtej starej baśni, mimo że czasy przecież się zmieniły. Jakiś podpity brudas nawet na nią nakrzyczał, ale już sobie poszedł.
— Nic nie sprzedałam.
„Nic” brzmiało zdecydowanie lepiej niż „jedno pudełko”.
Ciąg dalszy w książce...
Copyright (C) Agencja Wydawnicza RUNA A. Brzezińska, E. Szulc sp.j. NIP 759-15-71-926. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentu materiałów zawartych na niniejszej stronie możliwe są tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.