VAMPIR — fragment


Uliczka była cicha. Mario Iglesias stał w cieniu drzewa, zasłonięty przez pień przed wzrokiem nadchodzącej kobiety. Rogalik ponurego księżyca wyłonił się zza chmur, zrobiło się jaśniej, jednocześnie na elewacji przylegającego do chodnika budynku pojawiły się dwa wydłużone cienie — mężczyzny oraz drzewa. Zaniepokojony Mario przysunął się do pnia i cienie zlały się w jedno. Kobieta zwolniła kroku. Coś zauważyła?

Nie zamierzał czekać dłużej. Dopadł ofiary kocim ruchem — był na tyle szybki, że nie zdążyła krzyknąć, nim zacisnął obie ręce na jej szyi. Odciągniętym kciukiem wyszukał chrząstkę tarczowatą; pogładził to miejsce, pozostawiając zaczerwieniony ślad. Kobieta rzęziła cicho, podejmując daremne próby wyrwania się z uścisku. Mario zwlekał, obdarowując się tą chwilą, podczas której przerażenie gasiło życie kulącej się przed nim kobiety.

Kilka minut rozkoszy dla niego, kilka minut cierpienia dla niej.

Zresztą, co naprawdę jest cierpieniem?

Dłużej nie mógł wytrzymać łaknienia i wbił zęby w wyprężoną szyję, w miejsce, które wcześniej wyszukał kciukiem. Niegdyś, dawno temu, gdy robił to po raz pierwszy, spodziewał się krztuszącego smaku krwi, agonalnych drgawek ofiary i wszystkich tych innych rzeczy, które zakodowało w umyśle człowieka kulturowe dziedzictwo. Teraz wiedział, że nie tędy wiedzie jego droga. Nie poprzez krew.

Ale pozostała ekstaza.

Kobieta znikała jak dobra wróżka z bajki. Otoczona rojem migających gwiazd, w srebrze i złocie ulotnych serpentyn, delikatnych śniegowych płatków. Mario nadal trzymał ręce na wysokości jej ramion, ale dłonie miał puste. Poniżej wisiała pusta sukienka, wydęta, jakby wciąż jeszcze okrywała właścicielkę. Za moment materiał zmarszczył się i sukienka spłynęła z wiatrem na chodnik. Z wnętrza wypadł śnieżnobiały stanik, wciąż zapięty.

Mario Iglesias odsunął się. Głęboko nabrał do płuc powietrza — aż ukłuło w mostku — ale krótki, ostry ból przywrócił harmonię umysłu. Jeśli na wargach miał krew, to może kroplę czy dwie.

Rozejrzał się. Nikogo. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Tak być powinno. Wyjął z kieszeni plastikowy worek i pozbierał do niego ubranie i biżuterię. Było takie miejsce w parku, gdzie zakopywał takie rzeczy. Nie wiedział, co się z nimi działo potem. Kiedyś z ciekawości rozkopał jeden dołek. Nie znalazł nic.

Odchodząc, nie obejrzał się za siebie, ale nad punktem, gdzie zniknęła kobieta, wciąż wisiała ulotna mgiełka. Miała tam pozostać bardzo długo, być może na zawsze. Niczym potępiona na wieki dusza. Amen.

Dotykając ręką policzka, Mario Iglesias poczuł pod palcami mokry ślad. Łza. Nie po raz pierwszy się wzruszył i pewnie nie ostatni.

***

Mario Iglesias. Trzydzieści siedem lat, przeciętna aparycja, ubiór niewyróżniający z otoczenia. Spacerował ulicami miasta i przyglądał się ludziom. Na tym polegała jego praca.

Między innymi na tym.

Zaglądał ludziom w twarze. Robił to każdego dnia. Chodził i patrzył. Był jak fotograf i fotograficzny aparat razem wzięte.

Ciach!

I jest anfas.

Anfas, wchłaniany przez uważne źrenice Iglesiasa, wędrował przez setki tysięcy matryc, wstępnie wyselekcjonowanych spośród milionów innych. Przeważnie anfas zatrzymywał się, przystając do któregoś wzorca, lecz czasem, niezmiernie rzadko, przelatywał niczym woda przez sito i wtedy zaczynała się ciekawsza część roboty. Zdecydowanie przyjemniejsza.

Najpierw należało sprawdzić, czy z pewnością chodzi o Intruza. Iglesiasowi nigdy się jeszcze nie zdarzyło, żeby analiza matryc okazała się błędna, ale taka była procedura. Pewność, że wyselekcjonowany osobnik rzeczywiście jest podrobiony, musiała być stuprocentowa. Przeważnie wystarczała zwykła rozmowa. Intruz z reguły doskonale orientował się w swojej sytuacji, choć dawno temu niejaki Decray poinformował Maria, że może być inaczej.

Dyskretna likwidacja Intruza kończyła temat. A matryce dalej trzaskały w głowie, niczym listwy tkackiej maszyny.

Mężczyzna-ciach! Następny, ciach! Kobieta-ciach.

Czasami, tak jak dzisiaj, Mario siadał w jakiejś kafejce, zawsze przy oknie, i popijając kawę skanował przechodzących chodnikiem ludzi. Nie szkodzi, że szyby czasem były brudne, matryce radziły sobie nie z taką jakością obrazu.

Następny proszę — ciach!

Znów nic. Jak zazwyczaj. Monotonia.

Ciach!

Iglesias zastygł w pół ruchu, kubek z kawą trzymając przy ustach. Gorący, ciemnobrązowy płyn ciekł mu po brodzie, ale on nie zwrócił na to uwagi. Patrzył na przebiegającego przez plac chłopca, spod którego nóg leniwie odfruwały gołębie. Anfas dzieciaka przeniknął przez matryce i legalność osoby została potwierdzona. Nie był Intruzem. Wszystko wydawało się w porządku.

Niezupełnie?

SKIP--. Replay!

Wiek 5.05-5.55. Klasa otwarta, czaszka zero, oczy niebieskie, pigment Q5, włosy 0.09, skóra...

RETURN. Dość!

Pod względem legalności wszystko pasowało. Chłopiec nie był Intruzem, skoro jego anfas w siedem setnych sekundy odnalazł swój wzorzec. Można by przejść nad tym do porządku dziennego, gdyby nie pewien drobiazg: Mario pamiętał szczeniaka. Pamiętał go zwyczajną, ludzką pamięcią. Nie jakimś cholernym matrycowym analizatorem skaningów, ale swoim własnym, człowieczym umysłem. Dziecko łatwo zapamiętać. W całym mieście było ich może z tuzin.

Widział chłopaka nie dalej jak pięć dni temu, na tym samym placu.

Problem w tym, że pamięć stała przechowywała anfasy około dwóch tygodni — czasem dłużej, jeśli nie była przepełniona, ale nigdy krócej. Ta archiwizacja służyła do celów wstępnego filtrowania skaningów. W praktyce oznaczało to, że twarze, które oglądał po raz wtóry, nim minęło czternaście dni, nie były w ogóle analizowane. Ich podobizny nie przechodziły przez matryce. Oszczędzało to czas.

Jakim więc cudem anfas chłopca znalazł się w zasięgu matryc, skoro minęło raptem kilka dni?

Do diabła! Ufał własnej pamięci!

Zdecydowanym ruchem odstawił kubek z kawą i wybiegł z kafejki. Kawa była zapłacona. Zawsze płacił rachunki przed konsumpcją. Na wszelki wypadek. Na taki jak teraz.

Chłopiec wchodził na szerokie schody, prowadzące do gmachu kościoła. Od drzwi dzieliło go kilka stopni i trzymetrowy pas posadzki. Jeśli dzieciak się nie zatrzyma, Mario nie miał szans go dogonić. I nawet specjalnie się nie starał. Kościół to nie stóg siana.

Nagle zahaczył o coś butem, potknął się, uderzył boleśnie w kolano. Wylądował na rozpostartych dłoniach; przez moment tkwił w tej nieoczekiwanej pozycji, nie mogąc zrozumieć, co się stało. Obok leżała młoda dziewczyna. Bardzo ładna. Czarnowłosa niczym Cyganka. Krótka sukienka zadarła się, odsłaniając zgrabne nogi aż po majtki.

Ciąg dalszy w książce...





Copyright (C) Agencja Wydawnicza RUNA A. Brzezińska, E. Szulc sp.j. NIP 759-15-71-926. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentu materiałów zawartych na niniejszej stronie możliwe są tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.