Fiolet to książka szczególna. Mój prywatny cud.
Pierwsza wersja powstała w 2004 roku, w wyniku mojej ogromnej miłości do powietrza oraz wszelakich militariów — i została odrzucona przez prawie wszystkie możliwe wydawnictwa.
Teraz się nie dziwię: byłam wtedy literackim szczylem, bez żadnej publikacji na koncie, miałam jedynie ogromną wewnętrzną potrzebą tworzenia. Podobnych do mnie są miliony albo i więcej. Owszem, udało mi się już wtedy przekonać decydentów z internetowych magazynów (Fahrenheit, Esensja) do zamieszczenia kilku moich opowiadań, ale czasopisma drukowane uparcie ignorowały moją obecność w świecie literatury. Wiecie może, jak to jest: nie masz nazwiska, to cię nie drukują, skoro cię nie drukują, to nie masz nazwiska... To błędne koło może toczyć się w nieskończoność.
Z pomocą przyszedł mi śp. Tomasz Pacyński, ówczesny naczelny Fahrenheita. Spotkany na Falkonie uśmiechnął się, przyjął z moich drżących rąk płytę z wypalonym tekstem, mruknął „się zobaczy”... i zaszył się w swojej brockiej samotni. Po kilku dniach zastukał na Gadu-Gadu.
— Noooo niezłe... Naprawdę niezłe!
Umarłam natychmiast. Resztkami sił przeszłam w awaryjny tryb zombie i zaczęłam stukać:
— Tttaa...aak...?
— Masz talent, dziewczyno. Nie poddawaj się, ruszaj z tym do wydawców!
— Rozkaz, szefie!
Ruszyłam. Do jednego, drugiego... Nie chcieli. Nie i już. Hehe, podśmiewali się niektórzy, to jest książka o tym, jak się układa spadochron?
Zgnębiona wracałam do Packa, wypłakiwałam mu się w rękaw. Guru przeczytał inkryminowane dzieło drugi raz, potem trzeci. I dalej twierdził, że dobre. Zagrzewał mnie do boju:
— Wiesz, czym się różni wydebiutowany autor od niewydebiutowanego?
— ?
— Uporem! Nie poddajesz się, żołnierzu! Rzygasz i idziesz dalej! Tak?
— Tak!
— No to naprzód!
Ika Repeczko, która wtedy była agentem Packa, wzięła i mnie pod swe opiekuńcze skrzydła. Ale i ona nie miała lekko. Co to za nazwisko: Kozak, co ona takiego napisała, kręcili głowami wydawcy. Proszę nie dzwonić, my zadzwonimy. Może za miesiąc albo za dwa. Za miesiąc powtarzali to samo. Na tym kończyła się bajka.
Ale ja musiałam pisać dalej. Po prostu musiałam.
Zaczęłam snuć opowieści o Nocarzach.
Robert Szmidt, który pełnił wtedy funkcję redaktora naczelnego miesięcznika Science Fiction, Fantasy i Horror, zlitował się i przyjął do druku Operację Faust. Trochę pomarudził, trochę popoprawiał, ale — Boże wielki w niebiesiech — poszło! Miałam nazwisko wydebiutowane na papierze!
I wtedy wkroczyli Moi Kochani Czytelnicy.
Bach! Zaczęli głosować i Operacja Faust została Hitem Numeru. Ooo, może to i dobre, pomyśleli decydenci, ale wciąż siedzieli cicho. Po paru miesiącach Szmidt wziął kolejne opko: Nielegalną Krew. No i proszę, znowu Hit Numeru (Kocham Moich Kochanych Czytelników, dozgonnie i z całego serca, wspominałam już?)
Wydawcy zaczęli nieco cieplej na mnie patrzeć. Zgłosiła się Fabryka Słów. Dalej nie chcieli Fioletu... ale jakbyś ty, dziecko, napisała jeszcze o tych wampirach, noo, to może bylibyśmy skłonni zainwestować.
Napisałam o wampirach, a co. Trzy tomy machnęłam, jeden po drugim, rok w rok.
Zanim jednak ukazał się Nocarz, umarł Pacek. Zostawił nas, Fahrenheitowców, samych na tym pokręconym świecie. Nie będę tu opowiadać o rozpaczy, bo to nie ten temat. Ale była ogromna.
Jak już wspominałam, powstał Nocarz, potem Renegat, wreszcie Nikt. Po kilku latach pracy zamknęłam wampirzą trylogię, miałam mnóstwo pomysłów na nowe książki; ale nic z tego — nie dało się zostawić Fioletu w szufladzie na wieki wieków amen, jak sugerowali niektórzy. Nowe opowieści blakły i ginęły w oddali, bohaterowie nie chcieli gadać, przekrzykiwani przez oburzony tłum z Fioletu. Sami widzicie: po prostu się nie dało.
— Nie poddawaj się, żołnierzu! — kiwał Pacek surowo zza grobu paluchem.
Siadłam więc do książki. Załamałam się na dzień dobry: o rany, jakie to straszne, kulawe i nieporadne. Tego się nie da poprawić, to trzeba będzie napisać od nowa!
— Rzygasz i idziesz dalej! — napominał mój Mistrz.
— Tak jest!
Zapierniczałam przez rok, aż wreszcie napisałam. Taka jestem zawzięta i uparta.
Wreszcie skończyłam. A potem pokazałam wydawcom. Wyobraźcie sobie: byli zainteresowani!
(I to niejeden, że sobie tak dopieszczę straumatyzowane ego :) )
Wygrała Bellona, z powodów osłoniętych tajemnicą handlową ;) — ku mojej dzikiej frajdzie z pisania dla Prawdziwego Żołnierskiego Wydawnictwa.
Poszło do druku!
A teraz z pewną taką nieśmiałością czekam co powiedzą Moi Kochani Czytelnicy. Warto było tak się zawziąć czy nie bardzo?
Tak czy inaczej, Fiolet jest. Leży tu przed Wami.
Niniejszym stał się mój prywatny cud. Drakkar, Milka, Ari, Żuczek, Neon, Filozof, Kajman i Artysta; Osy, Drwale i Stróże — poszli w świat i zaczęli swoją rozpierduchę.
Może będzie ciekawie.
A czyż nie o to przede wszystkim chodziło?
Magdalena Kozak
Copyright (C) Agencja Wydawnicza RUNA A. Brzezińska, E. Szulc sp.j. NIP 759-15-71-926. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentu materiałów zawartych na niniejszej stronie możliwe są tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.