
— Panie kapitanie!
Przez resztki snu przebijał się natarczywy głos. Wagner naciągnął koc na głowę, nie bacząc na łaskoczące w twarz źdźbła. Nie pomogło. Do głosu doszło potrząsanie za ramię.
— Panie kapitanie!
Odrzucił koc, powiódł chwilę dokoła nieprzytomnym wzrokiem, usiłując uświadomić sobie, gdzie się znajduje. Kości bolały od niewygodnej pozycji na zbyt miękkim sianie.
Z wysiłkiem skoncentrował się na pochylającej się nad nim zarośniętej twarzy. Zanim ją rozpoznał, znajomy zapach przetrawionej gorzały przypomniał mu wczorajszy wieczór.
— Pan kapitan kazał świtem się budzić — usprawiedliwiał się gospodarz. — To i budzę...
— Aha... — mruknął oficer, rozpaczliwie usiłując nie stoczyć się z powrotem w sen. Wiedział, że jeśli zamknie oczy, to znów zaśnie. Z trudem usiadł.
Przez tę wyżerkę, pomyślał. Pierwszy gorący posiłek od... Mniejsza z tym. Dobrze, że udało się wykręcić od samogonu. Podchorążemu wprawdzie podejrzanie błyszczały oczy, ale w obecności oficera nie śmiał pić bez pozwolenia. A pozwolenia nie dostał.
Już wtedy Wagner wiedział, że wpadł w większe kłopoty, niż przypuszczał. Podchorąży Mazioł nie wyglądał na orła. Smarkacz, z którego wojsko zrobiło automat nieskażony myśleniem. Jeden z tych młodych, ogłupionych propagandą patriotów i nacjonalistów. I jeszcze ten błysk w oczach na widok gorzały.
Cicho zaklął, przypominając sobie o czekającym go zadaniu. Mazioł to młot, kandydat na trepa w najgorszym wydaniu. Pozostałe chłopaki młode i głupie, za to pełne zapału. I mnóstwo broni, z której można postrzelać.
Nie próbował nawet przekonywać, wiedział, że nie odniesie to skutku, a sam straci tylko przysługujący z racji wieku i stopnia autorytet. Przeciwko jego słowom świadczyła tradycja beznadziejnych powstań, cała patriotyczna, narodowa i religijna propaganda, wbijane przez lata hasła o narodzie wybrańców. Zdawał sobie sprawę, że nie przekonają ich argumenty o represjach i losie podobnych grup. Nie byli przecież pierwsi, pewnie nie będą ostatni.
Jedyną szansą był krótki rozkaz złożenia broni, okraszony na pociechę opowieścią o czekaniu na odpowiednią chwilę. Musiał sobie tylko poradzić z podchorążym.
Wciągnął buty, mozoląc się przez chwilę ze sprzączkami. Wstał ociężale, pchnął prześwitujące szparami w deskach wrota stodoły. Stanął na chwilę, oślepiony wysoko już stojącym jesiennym słońcem.
Wysoko stojącym słońcem, zrozumiał, nagle zupełnie rozbudzony. To na pewno nie był świt.
Zarośnięty autochton stał obok, wykrzywiając zarośniętą gębę w uśmiechu, który spełzł nagle, gdy Wagner ze złością szarpnął go za ramię.
— To jest świt?! Miałeś o świcie budzić.
Chłop był wyraźnie urażony. Przecież chciał dobrze.
— A co szkodzi się wyspać? Przecie widziałem, że pan kapitan na ostatnich nogach.
Wagnerowi opadły ręce. Nie zrozumie, pomyślał, widząc zdziwienie i urazę na twarzy chłopa. Powinienem być mądrzejszy. Swoją drogą ciekawe, przemknęło mu przez głowę, jak on to robi, że wciąż ma taki sam siwy zarost, ani dłuższy, ani krótszy. Nieważne.
— Podchorąży w izbie? — spytał, rozglądając się dookoła. Nie dostrzegł żadnego ruchu. Obora pusta, podobnie jak psia buda, nawet kury nie kręciły się po obejściu. Pewnie wyłapali, swoi, obcy, co za różnica.
— A! — potwierdził chłop, zakręcił się w miejscu. — Już idę, meldować kazał, kiedy się pan kapitan obudzą.
Podążył do chałupy, zniknął w ciemnej sieni. Wzrok Wagnera przyciągnął jakiś ruch. W małym bajorku, otoczonym wierzbami, pływało stado kaczek. Tafelka wody lśniła pośrodku podmokłej łąki, nieopodal zabudowań. Dziwne, pomyślał, kur nie ma, a kaczki ocalały.
Przeniósł spojrzenie dalej, aż zatrzymał je na lśniącym w słońcu, wyraźnie widocznym maszcie radiostacji, niedaleko, ze trzy, cztery kilometry. Zesztywniał na chwilę, po czym wsunął się w cień stodoły, pod samą ścianę z poczerniałych, rozeschniętych desek.
Trzeba uważać, skarcił się w myśli, a nie łazić po otwartym terenie. Przewiesił karabinek przez ramię, sprawdził magazynek. Miał niejasne przeczucie, że lepiej być przygotowanym. Na co, nie wiedział i wolał się nad tym nie zastanawiać.
Na podwórku pojawił się podchorąży Mazioł. W odprasowanym wyjściowym mundurze, w lśniących oficerkach wyglądał zupełnie nie na miejscu. Wrażenie psuł tylko blaszany hełm starego wzoru, jego wypolerowana zielona farba chwytała odblaski słońca. Jeśli Wagner miał jeszcze wątpliwości, pozbył się ich zupełnie.
Głupi pozer, pomyślał, w sam raz, by imponować gówniarzom. Typowy produkt armii, dla której sztandary i kapelani byli ważniejsi od uzbrojenia.
Maziołowi należało jednak oddać sprawiedliwość. Oprócz dyndającego na piersi ryngrafu miał broń. W kaburze na biodrze zwisał wielki pistolet, podtrzymywany pasem z koalicyjką, co w przypadku podchorążego było jawnym pogwałceniem przepisów mundurowych.
Trzeba ostro, pomyślał po raz któryś z rzędu Wagner, gdy podchorąży stanął przed nim na baczność. Przez chwilę mierzył go wzrokiem.
Tę sztuczkę podejrzał u starego pułkownika, swojego pierwszego polowego dowódcy. Pułkownik też był rezerwistą, musiał przejść w stan spoczynku, gdy armia pozbywała się takich jak on, niesłusznych politycznie i światopoglądowo. Dopiero gdy trzeba było sięgnąć do wszystkich rezerw, przypomniano sobie o nim.
Pułkownik zawsze przed wydaniem rozkazu patrzył chwilę w milczeniu, aż podwładny zaczynał się zastanawiać i tracić rezon. Zdradził swój sekret Wagnerowi, jakby przeczuwając, że wkrótce właśnie Wagner przejmie po nim dowodzenie. Kolejka do dowództwa skróciła się bowiem nadspodziewanie, brakowało już zawodowców. Zanim jeszcze następnego dnia sztabowy łazik nadział się na dwa transportery rozpoznawcze, pułkownik zdążył pouczyć Wagnera, że im marniejszy podwładny, tym lepiej to skutkuje.
— Zbierzcie oddział, podchorąży — wydał rozkaz. Mazioł nie ruszył się z miejsca.
— No co, nie słyszeliście, podchorąży? — świadomie użył formy „wy”.
— Sły... — Mazioł był wyraźnie zaskoczony. — To jest... Tak jest, panie kapitanie. Melduję, oddział jest na patrolu.
Wagner był raczej wściekły na siebie niż zaskoczony. Mógł to przecież przewidzieć. Zbliżył się do podchorążego. Słaby, choć wyczuwalny zapach samogonu zirytował go jeszcze bardziej.
— Rozkazałem wczoraj przygotować oddział do przeglądu! — syknął podchorążemu prosto w twarz. Podchorąży się cofnął.
Na dodatek nie jest zbyt odważny, spostrzegł Wagner, taki typ drobnego krętacza. Domyślał się tego już wczoraj. Mazioł dziwnie mętnie opowiadał o sobie i o dotychczasowej służbie. Na rękawie miał naszywki czwartego rocznika, których najwyraźniej zapomniał odpruć. Czwarty rocznik i wciąż szeregowy?
Mazioł zebrał się w sobie, otrząsnął.
— Panie kapitanie! — szczeknął służbiście, jego poczerwieniała twarz świadczyła o niedawnym zmieszaniu. — Panie kapitanie, melduję, że sam pan kazał stanąć do przeglądu, jak tylko pan wstanie. Nie wstawał pan, to wysłałem ludzi...
— Sam pan podchoronży budzić zakazali! — obruszył się zarośnięty gospodarz.
Nie zauważyli, kiedy podszedł i zaczął się przysłuchiwać, płonąc świętym oburzeniem.
— Sam pan podchoronży! — powtórzył. — Pan podchoronży mówili, że pan kapitan strudzony, budzić nie trza, bo i zły będzie...
— Zamknij się, chamie! — Mazioł nie wytrzymał. — Zamknij się, bo...
— Bo co? Tera pan kapitan komenderuje...
— Gospodarzu! — rzucił ostro Wagner. Nadal nie odrywał wzroku od poczerwieniałej twarzy podchorążego.
Chłop nie odszedł, tylko już się nie odzywał, jedynie popatrywał z ukosa. Mrużył przekrwione oczy, a na zarośniętej gębie widniał wyraz szyderstwa. Widać odsłużył kiedyś swoje, miał wpojony odruchowy szacunek dla szarży.
Cisza się przedłużała, wypełniało ją tylko dobiegające z dala pokwakiwanie taplających się w bajorku kaczek. Mazioł tracił pewność siebie.
Wagner pomyślał, że nawet dobrze się składa. Podchorąży sam się podłożył. Nie trzeba będzie szukać pretekstu. I dobrze, że nie ma przy tym młodziaków. Potem wyda im rozkaz, ostatni rozkaz w tej ich wojnie. Okraszony wielkimi słowami o powinności, o cierpliwym oczekiwaniu. Powinno poskutkować, jeśli... Właśnie, jeżeli Mazioł nie będzie stawał okoniem. To on trzymał cały oddział. Bez niego będą gromadą przestraszonych, zdezorientowanych smarkaczy.
Tylko to mogę zrobić, doszedł do wniosku Wagner, obserwując, jak twarz podchorążego coraz bardziej czerwienieje. Tylko to.
Nieprawda. Mogłem odejść z samego rana albo jeszcze wczoraj, pozostawiając smarkaczy własnemu losowi, niewątpliwie marnemu.
Jeszcze wczoraj Mazioł sprawiał wrażenie kandydata na żywą torpedę. Dziś Wagner nie był już tego pewien. Podchorąży raczej wyglądał na tchórzliwego i leniwego watażkę, kryjącego się za plecami chłopaków, odważnych młodzieńczą odwagą, która opierała się na niewiedzy i przekonaniu o własnej nieśmiertelności.
Nie mógł odejść, wykraść się jak złodziej, pozostawiając smarkaczy pod rozkazami Mazioła. Zbyt wiele widział po drodze, podczas krótkiej wojny i zaraz po klęsce.
Przypomniał sobie smarkaczy w harcerskich mundurkach, z przedpotopowymi, pięciostrzałowymi mosinami, wyciągniętymi z arsenału szkolnego kółka strzeleckiego, i starszego człowieka, który im towarzyszył, księdza o płonących fanatyzmem oczach.
Nie skończyło się najgorzej. Kapelan nie zdążył poprowadzić wyrostków do ataku na niemieckie linie. Nie okrył się nieśmiertelną chwałą jak jego poprzednik, który przed laty wygubił podobnych gówniarzy w bezsensownej szarży na bolszewickie maximy.
Dowódca batalionu, którego stan osobowy wynosił trochę ponad pluton, nawet nie wysłuchał natarczywych żądań, by skierować ochotniczy oddział do boju, w imię Boga, Honoru i Ojczyzny. Popukał się w głowę, uznając propozycję za ponury żart. Nie zwrócił też uwagi na wykrzykiwane obelgi o zdrajcach, zapijaczonych Żydach i tchórzach, kiedy żołnierze odbierali karabiny nieletniemu wojsku. Przyglądał się spokojnie miotającemu się fanatykowi, pociągając jednocześnie z manierki, co dawało podstawy do niektórych wyzwisk. Dopiero gdy harcerzy odprowadzono pod eskortą na tyły, a niedoszły bohater narodowy siedział w chlewiku, służącym za tymczasowy areszt, pozwolił sobie na skwitowanie całej sytuacji. Zwięźle, krótko i niecenzuralnie.
Wagner przyglądał się temu z boku, zadowolony, że nie musi podejmować decyzji. Sam zastrzeliłby takiego sukinkota na miejscu. Jak ktoś chce popełnić samobójstwo, wbrew własnej religii, to niech sam idzie na czołgi nawet z kropidłem. Ale niech nie ciągnie nikogo za sobą.
Niedoszły bohater miotał się, grożąc na przemian sądem Bożym i polowym, zapewniając o gotowości do wszelkich poświęceń, ze śmiercią w obronie prawdziwej wiary na czele. Dobry Bóg wysłuchał jego próśb dość szybko, następna salwa z ciężkich haubic trafiła w polskie pozycje, a jeden z pocisków rozbił chlewik. Stwórca jak zwykle walił nieco na oślep, pozostałe pociski trafiły w punkt opatrunkowy, rozwiązując przy okazji problem rannych, dla których nie można było znaleźć transportu. Niezbadane są wyroki boskie.
Wspomnienia przelatywały przez umysł Wagnera, chłodno rejestrujący narastającą niepewność podchorążego Mazioła.
Za chwilę nie wytrzyma, ocenił.
Skrzypnęły drzwi chałupy, do odległego kwakania dołączył płacz niemowlęcia. Na podwórko wyszła dziewczyna o pozbawionych wyrazu oczach. Stanęła w słońcu, kołysząc zawiniątkiem. Poruszała ustami, ale nie słychać było śpiewu. Ani modlitwy.
— Panie kapitanie... — Mazioł miał dosyć. Oblizał spierzchnięte wargi.
Wagner mimo ulgi nie pozwolił sobie na uśmiech. Miał wątpliwości, czy oficer rezerwy w poplamionym mundurze i koślawych kamaszach piechoty, o siwych, wymykających się spod czapki włosach będzie dla podchorążego wystarczającym autorytetem. Nie wiedział, ile znaczą jeszcze kapitańskie gwiazdki widniejące na naramiennikach przekradającego się lasami uciekiniera. Mazioł jeszcze wczoraj pozwolił sobie na kilka niby-przypadkowych, uszczypliwych uwag. Wyraźnie chciał sprawdzić, na ile może sobie pozwolić, gdy zagrożone nagle zostało jego niekwestionowane przywództwo nad grupką wyrostków. Najwidoczniej denerwował go podziw, jaki „jego chłopcy” okazywali oficerowi frontowemu, choćby rezerwiście. Smarkaczom imponowało, że Wagner nie porzucił broni jak inni, których zdążyli spotkać wcześniej po drodze. Od razu uznali go za jednego z nich, niezłomnych, którzy przysięgli wobec Boga i Ojczyzny kontynuować walkę. Wobec Boga i Ojczyzny, w tej właśnie kolejności. Należał do tych, którzy, jak przez wieki bywało, skrzykną drużynę i pójdą w las.
Wagner osadził podchorążego. Tresura z podchorążówki działała, Mazioł szybko zrozumiał, że nie tędy droga. Zaczął kombinować, nadszedł czas, by go ustawić.
— Panie kapitanie... — spróbował znowu.
— Zamknijcie pysk, podchorąży. — Wagner się dziwił, jak łatwo zupacki ton przychodzi cywilowi, którym był do niedawna. To przez te filmy wojenne, przemknęło mu przez myśl.
— Zamknijcie pysk — powtórzył. — Nie wykonaliście rozkazu!
To wystarczyło. Lata koszarowego drylu przeważyły. Bóg wojny w błyszczącym hełmie i wyprasowanym mundurku załamał się.
— P... panie kapitanie! — zająknął się. — Ja myślałem... To rutynowe...
Gówno tam myślałeś, uznał Wagner. Chciałeś pokazać, kto tu rządzi.
Udowodniłeś smarkaczom, że mimo wszystko mają cię słuchać. Uśmiechnął się zimno, potęgując zdenerwowanie podchorążego.
— To... rutynowe... działanie... — Mazioł wyrzucał z siebie słowa, pryskając kropelkami śliny. — Patrol rozpoznawczy, zabezpieczenie em pe...
— Milczeć! — Z twarzy Wagnera znikł uśmiech. — Co ty mi tu pierdolisz? Jakie zabezpieczenie? Jakie miejsce postoju?
— Według... regulaminu...
— Zamknij ten głupi ryj!
No proszę, coraz lepiej mi idzie. Powinienem jeszcze dodać „kurwa”. Natychmiast się poprawił.
— Co wy mi tu, kurwa, pierdolicie! Jaki regulamin! Wysłałeś gówniarzy, a sam dupę w chałupie grzałeś!
Mazioł był teraz blady jak ściana, zaciskał szczęki, aż mu zadrgały mięśnie na policzkach.
— Mazioł, ty kutasie — Wagner kontynuował ze zjadliwym spokojem. — Jesteście tu od przedwczoraj, więc nie pierdolcie mi o rutynie. Nosa z chałupy nie wyściubiłeś, tylko żarłeś i wódę chlałeś...
Swoją drogą po raz pierwszy zdarzyło mu się trafić na takiego sukinsyna. Na wojnie nie spotkał nikogo podobnego, dopiero teraz wyłazili w wymuskanych mundurkach, wietrząc okazję. Nie miał złudzeń i wątpliwości. Mazioł doprowadziłby wkrótce podwładnych do zguby. A sam niechybnie skończyłby jako rabuś i bandyta.
— Dokąd ich, kurwa, posłałeś?
Nieokreślony ruch ręką.
— Tam...
— Gdzie, kurwa, tam?
— No, tam...
Podchorąży trzęsącą się ręką pokazywał w stronę Nagoszewa, gdzie ponad zabudowaniami sterczała cienka igła masztu. Wagner poczuł, jak krew uderza mu do głowy. Dźgnął Mazioła palcem w pierś, powstrzymując się w ostatniej chwili przed zrobieniem tego samego lufą karabinka.
— Tam... — zakrztusił się z bezsilnej złości. — A możesz powiedzieć po chuj?!
Mazioł zaczął się cofać.
— No... — wydusił wreszcie. — Tam posterunek... Tego... rozpoznać...
— Mazioł, ty idioto! Mówiłem wczoraj, że w lesie...
Wagner urwał, poczuł chłód na plecach. Zmełł pod nosem przekleństwo pod własnym adresem. Ty też jesteś kutas, nie dowódca, pomyślał mętnie. Potrząsnął głową.
— Ściągnij ich zaraz — powiedział cicho i spokojnie. Zaskoczony zmianą tonu podchorąży zamarł bez ruchu.
— J... jak? — jęknął bezradnie.
— Nie masz łączności? — zapytał rezerwista, znając odpowiedź. Mazioł nie mógł mieć łączności. Nie wyglądał na takiego, co o tym pomyśli. Wagner chwycił go za kołnierz munduru i przyciągnął do siebie.
— To zapierdalaj po nich! — syknął mu prosto w twarz. — Zapierdalaj, i to zaraz, tylko zdejmij ze łba ten świecący garnek, bo cię, kurwa, za szybko zabiją... I lepiej, żebyś ich przyprowadził, bo ja cię sam, osobiście, kurwa, tu na miejscu zastrzelę...
Urwał, w ciszy słychać było ich świszczące oddechy. Kwakanie kaczek i płacz dziecka.
Do Wagnera zaczęły znów docierać szczegóły otoczenia. Zarośnięty chłop, nucąca coś bezgłośnie dziewczyna w pobliżu studziennego żurawia, kołysząca w ramionach dziecko. Dobiegające przez otwarte drzwi chałupy pochrząkiwanie wieprzków. Spojrzał na podchorążego, który drżącymi rękoma odpinał sprzączkę błyszczącego hełmu.
— Idź po nich, Mazioł — powiedział Wagner już spokojniej. — Pewnie zdążysz, smarkacze bawią się w wojnę, nie idą szybko i pewnie się kryją. Zresztą, pójdziemy razem...
Podchorąży kiwał głową w przekrzywionym hełmie, oporna sprzączka nie ustępowała.
— Przyprowadź ich — ciągnął rezerwista. — To wszystko na nic, muszą wrócić do domów, wojna się skończyła. A dla nich nie powinna się nawet zacząć.
Popełnił błąd. Podchorąży przestał mocować się ze sprzączką. Opuścił ręce, rozszerzyły mu się oczy...
— Ty... — syknął. — Ty... tchórzu...
Wagner zesztywniał, zdając sobie sprawę, że wszystko spieprzył. Znów pomylił się w ocenie. Mazioł nie był cwaniakiem, tylko zakutym łbem.
— Ty zdrajco... To przez takich jak ty... Spieprzaj do domu, stara pierdoło...
Ręka podchorążego gmerała przy zapięciu kabury. Wagner poczuł zalewającą go wściekłość.
Pchnął Mazioła otwartą ręką w pierś. Podchorąży usiadł z rozmachem, rozmazując tyłkiem po trawie kacze gówno. Chciał się poderwać, ale powstrzymał go szczęk zamka. Spojrzał prosto w lufę karabinka.
— Łapy z daleka! — ostrzegł Wagner, widząc odpiętą kaburę i palce podchorążego obejmujące kolbę.
Przez chwilę myślał, że przegrał, ale Mazioł powoli cofnął rękę. Po twarzy spływały mu łzy złości.
— To przez takich jak ty... — mamrotał niewyraźnie. — Tchórz! Dezerter!
— Panowie, panowie — nieoczekiwanie wmieszał się gospodarz. — Co wy, panowie...
Lufa karabinka zatoczyła półkole.
— Ja tak tylko... — Chłop odskoczył jak oparzony. — Może nic się nie stanie, tam, na posterunku ino kilku...
Strzał padł nieoczekiwanie, odbił się echem od ściany lasu. Po nim następne. Wreszcie seria z MG, przypominająca monstrualnie wyolbrzymiony odgłos dartego płótna. Zamarli w miejscu.
Niedaleko, półtora kilometra, może dwa, ocenił machinalnie Wagner. Głucho huknął granat. Potem następny. I cisza. Jeszcze tylko jeden, pojedynczy strzał, cichszy, jakby z pistoletu.
Rezerwista opuścił broń.
— Już nie musisz, Mazioł — mruknął. — Już po wszystkim.
Rozejrzał się.
— Do chałupy! — wrzasnął ze złością, widząc dziewczynę z dzieckiem stojącą nadal przy studni. — Ty też! — krzyknął do chłopa tkwiącego jak słup na środku podwórza. Przysłoniwszy dłonią przekrwione oczy, wpatrywał się w horyzont.
Podchorąży zbierał się z ziemi, unikając wzroku Wagnera. Łzy pozostawiły na jego twarzy brudne ślady. Rezerwista chwycił go za ramię i pociągnął pod ścianę stodoły. Mazioł zatoczył się, uderzając o poczerniałe deski.
— Zabierz ją stąd! — krzyknął Wagner do chłopa. — Zabierz i uciekajcie!
— Ale dokąd, panie... — Chłop zakręcił się bezradnie. — Dokąd?
— Ty idioto — mruknął rezerwista pod adresem podchorążego, który opierał się o ścianę stodoły i wpatrywał się pustym wzrokiem przed siebie. — Ty durniu...
Zdawał sobie sprawę z bezsensowności swoich słów, ale nie mógł przerwać.
— Wojaczki ci się zachciało — wyrzucał z siebie słowa z goryczą, sam nie wiedząc, czy pod adresem niewydarzonego podchorążego, czy swoim. — Módl się teraz, żeby ich od razu... Od razu załatwili, w najlepszym przypadku wzięli do niewoli. Bo jak nie, jak któryś się wymknął, to zaraz ich tu sprowadzi...
Jakby na potwierdzenie znów huknęły strzały. Tym razem bliżej.
— O Jezu!
Chłop odskoczył pod ścianę.
— O Jezu, idą!
Wagner chciał wyjrzeć zza węgła stodoły, nie zdążył. Od głośnego wybuchu w pobliżu aż zadzwoniło w uszach. Gdy ostrożnie spojrzał, zobaczył chlustające z bajorka błoto i kłąb pierza. Kolejny pocisk z granatnika wyrwał z pastwiska płaty darni. Odłamki zasyczały w górze, z trzaskiem uderzyły w deski stodoły.
— Zabierz ją, kurwa! — wrzasnął podchorąży.
Poderwał się, nie bacząc na kolejny wybuch, gdzieś dalej. Chwycił zmartwiałą dziewczynę, pociągnął do chałupy.
— O Jezu... — Chłopu szczękały zęby.
Pociski cięły powietrze wysoko nad ich głowami, słychać było charakterystyczny trzask. Rezerwista padł płasko na ziemię, podczołgał się do węgła stodoły, wyjrzał tuż nad samą ziemią. Ostrzał z granatników urwał się już, padły tylko trzy pociski, może cztery, Wagner nie był pewien. Domyślił się dlaczego, a to, co zobaczył, potwierdziło jego przypuszczenia.
Przygięte w biegu sylwetki były tak blisko, że atakujący przerwali ogień, by nie razić własnych ludzi.
Rezerwista cofnął głowę. Leżał chwilę z przymkniętymi oczyma. Wszystko na nic, czuł pustkę i chłód. Na nic długotrwała wędrówka po lasach. Skończy się za drutami. Oby, pomyślał dziwnie spokojnie, jakby dotyczyło to kogoś innego.
Wiedział, że już nie zdoła się wrócić. Poczuł nagłe ukłucie, chociaż zdawał sobie sprawę, że nie ma do czego wracać.
Podczołgał się do opartego bez ruchu o ścianę chłopa. W deski po drugiej stronie stuknął pocisk, zaraz potem drugi. Słychać już było warkot silnika wozu rozpoznawczego, który sunął się za piechotą.
— Zjeżdżaj do chałupy! — Wagner stuknął gospodarza w ramię. — Już za późno, żeby uciekać.
Popatrzył na rozległe i puste pola po drugiej stronie, opadające ku niewidocznej stąd strudze. Nie mieli szans, ktokolwiek tamtędy by uciekał, byłby widoczny jak na dłoni.
Chłop otworzył zaciśnięte powieki, zgarnął z głowy beret z antenką i przycisnął go do piersi.
— O Jezu — jęczał. — Panienko Najświętsza...
Wagner potrząsnął nim.
— Uciekaj do chałupy, tam belki grube!
— Najświętsza Panienka w obronę weźmie! Nie pozwoli! Nas niewinnych, wiary dochowujących...
Rezerwista z rezygnacją potrząsnął głową. Odbiło mu, pomyślał.
Znów odezwał się MG. Seria uderzyła w ścianę stodoły, przestębnowała cienkie deski. Nad ich głowami w poczerniałym drewnie wykwitły otwory, otoczone jasnymi drzazgami. Na szczęście pociski poszły wysoko, tuż pod okapem krytego papą dachu.
Przypadłszy do ziemi, Wagner widział, jak schylony gospodarz chwiejnie, biegnie w stronę zbawczych drzwi. Nagle chłop potknął się, zamarł w nieprawdopodobnej pozycji, jakby wpadł na niewidzialną przeszkodę. Po chwili wyrzucił ręce do góry i osunął się w półobrocie. Przez ułamek sekundy Wagner widział jego twarz, szeroko otwarte, martwe już oczy. Ciemną plamę otworu wlotowego na czole, tuż pod beretem. Krew nie płynęła, nie zdążyła, zanim twarz padającego uderzyła o ziemię. Najświętsza Panienka nie stanęła na wysokości zadania. Albo po prostu nie lubiła zalatujących bimbrem zarośniętych chłopów.
Wagner wpił palce w piach, zacisnął powieki. Tak bez sensu, pomyślał tylko.
Na podwórzu rozszczekał się erkaem. Krzyk wściekłości. Rezerwista otworzył oczy.
Podchorąży nie uciekł, nie schował się z głową pod pierzynę, jak podejrzewał Wagner. Po raz kolejny źle go ocenił. Mazioł stał wyprostowany na środku podwórza. Adrenalina dodała mu sił, gdyż trzymał erkaem na biodrze, bez pasa, z taśmą luźno przewieszoną przez lewą rękę. Obracał się powoli z palcem na spuście, z wykrzywioną twarzą pod hełmem i z szaleństwem w oczach. Wykrzykiwał coś, nie wiadomo klątwy czy modlitwy, podczas gdy podajnik szarpał rytmicznie przewieszoną przez rękę taśmą, broń pluła poczwórnymi płomieniami z tłumika odrzutu. Łuski i rozsypujące się ogniwa taśmy jak na zwolnionym filmie spadały wokół wyglansowanych oficerek.
Mazioł postanowił zostać bohaterem. Zgodnie z narodową tradycją — martwym.
W wolniejsze staccato erkaemu wdarł się odgłos serii z MG. Chlasnęła po belkach chałupy, znacząc je ospą drzazg, wgryzła się w węgieł, w łączone na zakładkę belki, odłupując wióry i spore szczapy, które wzlatywały wysoko. Kolejna seria z hukiem uderzyła w cembrowinę, wyszczerbiła betonowy krąg, miotając kawałkami gruzu wielkości pięści.
Trzecia...
Wiązka, wystrzelona z szybkostrzelnością teoretyczną tysiąca dwustu pocisków na sekundę, była celna. Wagner zamknął oczy, zachowując pod powiekami widok pleców podchorążego eksplodujących fontanną krwi i odłamków kości.
Poderwał się do biegu na oślep. Z pustką w głowie, nie myśląc o niczym.
Zdążył zrobić cztery kroki, podrzucając jednocześnie przewieszony na piersi karabinek. Pierwsze trafienie, w ramię, obróciło nim, wyraźnie zobaczył ciemne, przygięte sylwetki, błyskające jasnymi ognikami wystrzałów. Ramię odmówiło posłuszeństwa, lufa opadła, strzał trafił w ziemię. Wciąż naciskał spust, próbując dźwignąć broń. Przy drugim uderzeniu, w biodro, też nie poczuł bólu. Horyzont z poziomego stał się nagle pionowy, ziemia z rozmachem uderzyła go w twarz. Mógł już tylko leżeć i patrzeć, zwrócony tyłem do nacierających.
Widział wciąż nowe, jasne odpryski na ścianie chałupy, przekrzywiony płot, pustą psią budę ze zwisającym, przerzuconym przez daszek łańcuchem. Słyszał trzask przechodzących górą pocisków, ostre odgłosy, gdy wcinały się w belki, i głuche, mlaszczące, gdy trafiały w ziemię. Jeden i drugi brzęk, kiedy przeszyły zwisające ze studziennego żurawia zardzewiałe wiadro.
I jeszcze jeden odgłos, z drugiej strony. Wysoki wizg i szczęk gąsienic. Nie mógł bardziej odwrócić głowy, ciało go nie słuchało. Tylko palce wyrzuconej do przodu ręki drapały trawę, usiłując sięgnąć odrzucony przy upadku karabinek. Widział przecięty pociskiem parciany pas.
Strzelanina przycichała, rozległ się jeszcze jeden, potem drugi spóźniony strzał. Narastający hałas gdzieś z boku. Z trzaskiem pękły deski płotu.
Coraz bardziej doniosły stawał się świst turbiny. Na podwórko, druzgocąc gąsienicami koryto i niezidentyfikowany sprzęt rolniczy, wtoczył się czołg, main battle tank M6A1 Schwartzkopf.
|