[Banner: Dariusz Domagalski — VLAD DRACULA]
[MENU]
[Strona Główna]
[Książki]
[Tapety]
Pakiety książek, koszulki
[Zapowiedzi]
[Autorzy]
[Jak kupować]
[O firmie]
[Kontakt]
[Nadsyłanie prac]
[ZNAJDŹ NA STRONIE]
[NEWSLETTER]

[RSS] Co to jest RSS?
[NAPISALI O NAS]


[Aukcje Runy na Allegro]
[WSPÓŁPRACA]

CZYTELNICY

MEDIA I PORTALE

[STRONY AUTORÓW]

Ewa Białołęcka

Jakub Ćwiek — blog

Eugeniusz Dębski

Maciej Guzek — blog

Aleksandra Janusz

Mariusz Kaszyński — blog

Zoran Krušvar — blog

Tomasz Pacyński

Wawrzyniec Podrzucki

Magdalena Salik — blog

[STRONY GRAFIKÓW]

Anna Augustyniak

Dagmara Matuszak

Monika Rokicka

Artur Sadłos

Przemysław Truściński

Tomasz Pacyński — WRZESIEŃ

Pchnął ciężkie metalowe drzwi, z płatem brudnej dykty w miejscu wybitej szyby. W twarz uderzyła fala ciepła, smród pośledniego tytoniu, kiszonej kapusty i samogonu. Wewnątrz było ciemno, zaledwie strużki światła przedostawały się przez nieliczne pozostałe szyby. Wielkie okna, typowe dla pawilonów stylu wczesnego GS-u. Jak u Kelusa — nowa, jasna, przeszklona knajpa na tysiąclecie...

Teraz te ogromne okna, chronione przemyślnie zespawanymi z karbowanych prętów zbrojeniowych kratami, w większości były przesłonięte bielmem zbitych niedbale desek, postrzępionych kartonów i kawałków porwanej papy. Ocalałe szyby zaparowały od wewnątrz, wentylacja kuchni stanowiła już tylko wspomnienie minionej epoki.

Wszedł na salę, stukot butów na zabłoconej posadzce, niesprzątanej chyba od przejścia frontu, ginął w gwarze rozmów, brzęku szkła i nieskładnej pijackiej pieśni. Śpiewano po rosyjsku, polskim akcentem kalecząc słowa.

Przystanął. Mimo wczesnej pory brakowało miejsc.

W pijackim spojrzeniu kogoś przy najbliższym stoliku błysnęła czujność. Jego kompan, trącony w bok, omal nie spadł z pogiętego metalowego krzesełka. Przez chwilę wpatrywał się mętnie w twarz przybyłego, usiłując skupić wzrok. Wreszcie chyba się udało, bo w przekrwionych oczach błysnęło coś na kształt strachu. Trzeźwiejszy, już podrywał się z miejsca, wodząc rozbieganym spojrzeniem wszędzie, tylko nie tam, gdzie patrzył wcześniej. Jedną ręką próbował zabrać ze stołu opróżnioną w dwóch trzecich flaszkę, drugą szarpał kompana za ramię. Udałoby się, gdyby nie usiłował tego dokonać jednocześnie. Butelka przewróciła się, mętna struga samogonu popłynęła po gołym blacie.

Pijak, nieodbiegający strojem od anonimowego i obszarpanego tłumu, przelewającego się ulicami pogranicznego miasta, chciał wytrzeć blat rękawem.

Przemytnik, pomyślał Wagner. Nowy, nie widziałem jeszcze tej gęby.

Nie zwiodła go obszarpana wojskowa rosyjska kurtka, jakie nosiła większość mężczyzn w tej strefie. Stać go było na... Przyjrzał się resztkom na obtłuczonym talerzu.

Schabowe z kapustą podawano tylko za dolary. Świnie, jak każdy zagrożony wyginięciem gatunek, doczekały się wreszcie należnego uznania.

Za złotówki lub — jak je nazywano — okupacyjne bony, był tylko chleb i kasza. Czasem jarzyny. Za ruble, zgodnie z jednym z pierwszych zarządzeń, były trzy lata. Minimum trzy. Nowe władze jak ognia bały się wszelkich skojarzeń z aneksją czy okupacją, której symbolem mogła stać się rosyjska waluta. Oficjalnie nadal twierdzono, że to operacja pokojowa. Przywracanie spokoju po agresywnej wojnie, ochrona mniejszości przed ksenofobicznymi Polakami.

Nie miało znaczenia, że w rosyjskiej strefie już dawno zapomniano o miejscowej administracji. W miastach komendy wojskowe obrastały cywilami, którzy powoli przestawali być mniejszością w strefie przygranicznej. Coraz więcej gospodarstw, nawet tu, w widłach Bugu i Narwi, przechodziło w litewskie ręce. Naturalnie w ramach odszkodowań, a przy okazji suwerenna ponoć Litwa coraz bardziej zapełniała się Rosjanami.

Nie miało też znaczenia, że Ślązacy ochoczo zajęli miejsce byłych enerdowców i korzystali z hojnej pomocy federalnego rządu dla landów opóźnionych w rozwoju gospodarczym. Wszystko zostało załatwione, opinię międzynarodową przekonały wyniki plebiscytu.

Operacja pokojowa. Śląsk powrócił do Vaterlandu, wraz z dużą częścią Wielkopolski i Pomorza. W Wielkopolsce nie przeprowadzono plebiscytu, była rekompensatą za Prusy Wschodnie. W ten sposób na miarę dwudziestego pierwszego wieku rozwiązano problem eksterytorialnego korytarza. A Wielkopolanie, zgodnie z wielowiekowym doświadczeniem, mogli spokojnie sadzić swoje Kartoffeln, robić z nich chipsy i piwo Lech.

Reszta pozostała polska. Strefa amerykańska, od Bydgoszczy do Krakowa, z polską administracją i policją. Z czterogwiazdkowym amerykańskim generałem, który decydował o wszystkim, z wciąż pełnymi obozami internowanych. I strefa tymczasowego stacjonowania rosyjskich sił pokojowych.

To nie wojska okupacyjne ani aneksja. W żadnym razie więc nie można wprowadzać własnej waluty, aby ktoś nie pomyślał... Jakby wszystko nie było jasne.

Tak doszło do największego w dziejach matuszki Rosji cudu ekonomicznego. Rubel kosztował na czarnym rynku cztery dolary.

Bo rubel był podstawową walutą w handlu z Rosjanami, wojskowymi i cywilami. W nękanej ciągłym kryzysem Rosji już dawno zakazano posiadania obcych walut, nie pierwszy raz w historii. Bywały już precedensy. A od Rosjan kupowało się wszystko. Mundury, amunicję, konserwy i kaszę, granatniki ppanc i przydziały na drewno z lasu. Te ostatnie należały się wprawdzie wszystkim zarejestrowanym mieszkańcom, odkąd bezpowrotnie wyschły inne źródła energii. Szkopuł w tym, że w strefie przygranicznej większość ludzi przebywała nielegalnie. A legalni, ci nieobyci, srodze się dziwili, próbując otrzymać upragniony kwit na drzewo bez rubelków. Po jakimś czasie nabierali zresztą obycia albo przeprawiali się przez Bug w poszukiwaniu American Dream. Ponieważ w drugą stronę pokonanie rzeki było trudniejsze, wracali rzadko i na dodatek dziwnie małomówni.

Pijany przemytnik skończył wreszcie pucować zalany blat i trzęsącą się ręką ustawił flaszkę. Popchnął kamrata, który zdążył tymczasem chwiejnie wstać. Wycofali się, wbijając wzrok w brudną posadzkę.

— Dzięki — mruknął Wagner pod nosem.

Pieczołowicie postawił w kącie ciężki, podługowaty pakunek i przysiadł na krzesełku. Tym mniej pogiętym.

W kącie przy oknie przez stosunkowo mało zaparowana szybę mógł spoglądać na ulicę, niegdyś, jak pamiętał, ruchliwą, międzynarodową drogę na Augustów i Białystok. Gdy przed laty siadywał w tym samym miejscu, widział niekończący się sznur TIR-ów, stojących pod światłami na skrzyżowaniu, murami knajpy wstrząsały drgania przetaczających się samochodów, dzwoniły szyby, wprawiane w wibrację niskim warkotem diesli. Teraz asfalt ziejący powyrywanymi przez gąsienice dziurami był pusty, tylko z rzadka przemykał UAZ lub ciężarówka wojskowa. Czasem po jezdni zaklekotały kopyta konia ciągnącego wóz zaprzężony w jeden dyszel lub ze stukotem podków przemknął patrol kawaleryjski.

Dwa małe, otoczone siateczką pęknięć otworki w szybie dawały nadzieję na odrobinę świeżego powietrza. Gdy wyprostował się, znalazły się dokładnie na wysokości klatki piersiowej. Małe dziurki, 5,46 albo 5,6, z kałacha lub beryla...

Ciekawe, pomyślał beznamiętnie, czy wtedy ktoś tu siedział. Pewnie tak, inaczej po co marnować naboje.

Gwar powrócił do pierwotnego natężenia. Rozmowy, które przycichły, gdy wchodził, znowu rozgorzały, o ile pijackie mamrotania, śpiewy i kłótnie można nazwać rozmowami.

Zamyślony, nie spostrzegł, kiedy z kłębów dymu i pary, buchającej z pozbawionej drzwi kuchni, wyłoniła się kelnerka.

— Coś na ciepło? — spytała bez uśmiechu, lekko kiwając głową. Za to on uśmiechnął się szeroko. Specjalne traktowanie. Wiedział, iż innych gości zwykła pytać krótko i grzecznie — "Czego?".

— Jeść? — zdziwił się obłudnie. — Na czczo?

Mógł sobie darować, dziewczyna odeszła bez słowa. Po chwili wróciła, postawiła przed nim szklankę ze złocistą cieczą.

Bez słowa wyjął pomiętą pięciodolarówkę. Dolar napiwku, może wreszcie się uśmiechnie. Kelnerka nawet się nie poruszyła, nie sięgnęła po banknot.

— Osiem — rzuciła oschle, drapiąc się pod lewą piersią. — To prawdziwy.

Ostrożnie pociągnął ze szklanki, kpiąco wpatrując się w obojętną twarz dziewczyny. Drapała się coraz mocniej. Wszawica nie wybiera, pomyślał obojętnie.

Pociągnął jeszcze łyk i skinął głową. Dorzucił drugą piątkę. Istotnie, nie przypominał samogonu barwionego łupinami cebuli. Wszystko zależy od tego, jak pojmujemy znaczenie słowa "prawdziwy".

Dziewczyna odeszła. Podniósł szklankę, popatrzył pod światło, jak bursztynowy płyn spływa oleiście po ściankach. Cholera, pomyślał, może rzeczywiście armeński albo gruziński. Zapomniał już smak.

Szklanka mogła stanowić interesujący materiał dla każdej pracowni daktyloskopii. Na brzegu pozostały ledwie widoczne ślady szminki. Pociągnęła, skubana, w drodze od baru, domyślił się. Ciekawe, czy ma tylko wszawicę... A co tam, alkohol dezynfekuje...

Łyknął jeszcze raz, starając się przykładać usta po przeciwnej stronie tłustych karminowych śladów. Czując, jak koniak zaczyna go wreszcie rozgrzewać, popatrywał przez zaparowaną szybę na trawnik przed ratuszem z utrąconą wieżyczką i na BTR-a, który wrósł oponami w rozmiękły, bury, zimowy trawnik. Drgnął mimo woli, gdy zorientował się, że opuszczona lufa nkm-u celuje prosto w okno.

Transporter stał w tym miejscu od zawsze. Co najmniej od trzech, nie, prawie od czterech lat. Już nigdzie nie pojedzie, w każdym razie o własnych siłach, choć przez cały ten czas tkwi przy nim wartownik, okutany dziś w sięgający kostek szynel. BTR miał budzić respekt, wymuszać posłuszeństwo, ale wywoływał tylko litość, jeśli ktoś w ogóle go zauważał, tak wrósł w pejzaż. Poznaczony rdzawymi zaciekami, widocznymi najbardziej na wielkiej, wymalowanej na burcie trójkolorowej fladze, i wyjątkowo niegustownym, jaskrawym godle któregoś z pułków gwardyjskich. Pewnie na wiosnę go pomalują, jak przed dwoma laty.

Na zgrzyt drzwi momentalnie otrząsnął się z zamyślenia. Cofnął się z krzesłem jeszcze bardziej w kąt, kryjąc twarz w cieniu, nierozpraszanym mętnym światłem zimowego dnia, które sączyło się przez szyby, i migotliwym, sinym blaskiem nielicznych świetlówek.

Jeszcze nie teraz. Na salę weszło dwóch facetów w całkiem nowych waciakach. Starszy miał siwe wąsy na czerstwej, nalanej twarzy, drugi był młody, z wyglądu nieco ociężały umysłowo.

Wagner przeklął pod nosem. Nie mieli, kurwa, kiedy. Będą kłopoty.

Gwar ucichł, jak ucięty nożem. Od kontuaru odwrócili się bywalcy, prezentując światu twarze przypominające żywo fizjonomie klientów baru z pierwszej części "Gwiezdnych wojen".

W nagłej ciszy brzęknął odkładany widelec. Drugie szczęknięcie, które rozległo się po chwili, nieprzyjemnie przypominało odgłos otwieranego noża sprężynowego.

Z kuchni dobiegały przekleństwa nietłumione przez gwar.

— Skąd ja temu skurwysynowi świeżego masła wezmę? — irytował się kucharz. I słusznie, masło, zwłaszcza świeże, było czymś zgoła mitycznym.

Przybysze bezmyślnie rozglądali się wokół. Po chwili starszy pociągnął młodszego do stolika, przy którym stały dwa wolne krzesła. Wagner aż zgrzytnął zębami. Nowi albo pozbawieni jednej istotnej cechy — instynktu samozachowawczego.

Towarzystwo przy stole, składające się z dwóch zarośniętych typów, którzy niczym nie przypominali członków Tymczasowej Rady Miejskiej, oraz pijanego w dym lejtnanta gwardii, zaczęło powoli wstawać. Nie tylko oni. Litewscy osadnicy, na mocy niepisanego, bezwzględnie egzekwowanego prawa, nie mieli tu wstępu.

Litwini zawahali się, przystanęli. Starszy zaczynał coś pojmować, bo chłopskim gestem zgarnął z głowy czapkę, przywołując na twarz nieszczery uśmiech.

— Pozwolitie? — spytał przymilnie we wspólnym języku nowego imperium.

Szacowny radny miejski wyszczerzył nieliczne zęby, celnie spluwając osadnikowi na buty.

— Spierdalaj, boćwino — wybełkotał z naciskiem.

— Ale już! — poparł go wyraźniej kolega. Lejtnant opadł na stół, nie mogąc utrzymać pozycji pionowej. Złożył policzek na niedojedzonym kotlecie.

Osadnik poczerwieniał, zaczął wrzeszczeć, nie bacząc, że młodszy pociąga go rozpaczliwie za rękaw.

— My obywatiele jesteśmy — zaciągnął śpiewnie i z oburzeniem, nagle przypomniawszy sobie polski. — My w prawie...

Urwał, słysząc gromki śmiech i przekleństwa.

— Job waszu mat'! — znów wrócił do rosyjskiego.

Spojrzał na lejtnanta, podskoczył ku niemu i szarpnął go za ramię.

— Towariszcz lejtnant! — krzyknął — Pomogitie, radi Boga!

Lejtnant się ocknął.

— Chuj tiebie towariszcz! — Potoczył wkoło przekrwionym, nieprzytomnym wzrokiem. Zaczął grzebać w zanadrzu, pod rozpiętą kurtką, odsłaniając pasiasty podkoszulek.

Litwin, zamiast odwrócić się i uciekać, na co miał jeszcze pewne, choć niewielkie szanse, skamieniał. Młodszy również przestał zachowywać się rozsądnie, wściekłość ściągnęła mu twarz. Pochylił się, sięgając do cholewy. W dłoni radnego zmaterializował się nagle nóż sprężynowy.

— No, boćwino, no... — Radny nie sprawiał wrażenia pijanego. Teraz wyglądał na kogoś, kim w istocie był — lumpa i bandytę, wyniesionego przez wydarzenia do władzy.

Lejtnant dogrzebał się wreszcie. Szczęknął repetowany makarow, lejtnant wolną ręką uczepił się ramienia radnego.

— Ostawtie, pan! — ryknął. — Ja, ja ubiju, blad'!

Huknął strzał, z sufitu posypały się śmieci. Osadnik padł na kolana, osłaniając głowę rękoma. Makarow nie jest zbyt celny, ale lejtnant dysponował jeszcze pięcioma nabojami.

Wagner chwycił leżącą wciąż przed nim na blacie przewróconą butelkę. Błysnęła w świetle jarzeniówek, rozprysnęła się przy spotkaniu ze spoconym czołem dzielnego rosyjskiego oficera. Kolejny strzał trafił nieszkodliwie w podłogę, a lejtnant ponownie złożył głowę na niedojedzonym kotlecie, plamiąc krwią przypaloną panierkę.

— Co jest, kur... — Radny ze sprężynowcem odwrócił się gwałtownie, gotów do ataku. Gdy dostrzegł, kto wstaje w kącie, rozluźnił się i wprawnym ruchem zamknął nóż.

— Kurwa... — mruknął z żalem, spoglądając na skulonego osadnika, który w bezsensownym odruchu wciąż osłaniał głowę. Drugi Litwin cofnął się o krok.

— Raganis... — szepnął pobladłymi wargami. Wypuszczony z dłoni paskudny kozik stuknął o posadzkę. Chłopak wyglądał na ociężałego umysłowo, ale nie był całkiem głupi. Przynajmniej coś wiedział.

— Nie było sprawy — obwieścił gromko radny, nie patrząc nikomu w oczy. — No co jest, kurwa?! Mówię, nie było!

Wagner z aprobatą skinął głową. Goście powracali do swoich schabowych, bigosu, a przede wszystkim samogonu i płynu o barwie końskiego moczu, niesłusznie zwanego piwem.

Spojrzał na osadników, na podnoszącego się z podłogi chłopaka i nieporadnie gramolącego się starego. Widział trzęsące się ręce, grymas na twarzy młodego. Pewnie syn, pomyślał. Poczuł ukłucie, znajome, lecz słabnące w miarę upływu lat. Wstrząsnął się jak od nagłego chłodu.

Stary stał, podtrzymywany przez chłopaka. Ocierając krew z przygryzionej wargi, spoglądał spode łba.

— Spierdalajcie, boćwinkowie — rzekł Wagner łagodnie. — Nic tu po was, sami widzicie — dodał po chwili.

Litwin z siwym wąsem zamamrotał coś pod nosem. Wycofywali się tyłem, nieufnie spoglądając na salę, jednak pozostali goście wydawali się pochłonięci piciem. W kącie kilka ochrypłych głosów podjęło refren rosyjskiej piosenki.

Gdy znikali w drzwiach, młodszy spojrzał Wagnerowi w twarz i bezgłośnie poruszył wargami. Wagner bezbłędnie odczytał wypowiedziane po polsku "dziękuję".

Wrócił do stolika, na dnie szklanki pozostało jeszcze trochę koniaku. Przypatrywał się, jak kelnerka dyryguje dwoma barczystymi drabami, których zwano tu szatniarzami. Robili porządki, polegające na wywleczeniu za nogi nieprzytomnego lejtnanta. Wagner spostrzegł, jak jeden z nich niepostrzeżenie odpina oficerowi zegarek. Uśmiechnął się. Lejtnant był sam sobie winien. Naruszył prawo.

A praw pogranicze znało niewiele. Był "wojennyj zakon", rozplakatowany na wypełzłych od słońca i deszczu obwieszczeniach, których nikt nie czytał. Prawo strefy działań wojennych zawierało zaledwie kilka paragrafów, z których jeszcze mniej przestrzegano. Trudno się dziwić, skoro pierwsza zaczęła go łamać rosyjska administracja. A przepisy, których nie zdołano złamać, były skwapliwie obchodzone. Istniały również prawa niepisane, milcząca umowa najeźdźców i najechanych, z których większość wyznawała zasadę, że jakoś trzeba żyć. Wśród nich to, które właśnie złamał nieszczęsny lejtnant. Knajpy z wyszynkiem stanowiły miejsca rozejmu, na wzór kościołów w średniowieczu.

Etyka od tego czasu nieco upadła i w knajpie nikt nie był nietykalny. Jednak wnosić do niej można było jedynie broń białą, inną pozostawiało się w szatni. Nie zdarzyło się ponoć, by komuś coś zginęło, choć nierzadko na hakach wisiały zgodnie obok siebie kałachy znienawidzonej przez wszystkich ochotniczej milicji, i M-16 narodowej partyzantki, tępiącej kacapów, kałakutasów, Żydów, masonów i wszelkiej maści komuchów.

Miało to głęboki sens, co potwierdzała dawna historyjka, podobno nawet prawdziwa. Pewnego razu w Łomży pewnemu włościaninowi z Sił Zbrojnych Samoobrony nie podobała się jakość podawanego piwa. Oświadczył, że to ostatnie piwo, które wypił w tym lokalu, co poparł odpaleniem w barmana z rgppanc.

Dla wszystkich gości, personelu i sprawcy było to w istocie ostatnie piwo. A lokal już nigdy nie wrócił do dawnej świetności.

Od tej pory zezwalano tylko na broń białą. Noże, pały, łańcuchy rowerowe. Pozwalała spersonalizować stosunki międzyludzkie, bez szkody dla osób postronnych.

W tanim cyfrowym casio przeskoczyły szare cyferki. Wagner zaklął. Kędzior miał jeszcze czas, zresztą zazwyczaj był punktualny. Irytowała go raczej szarość cyferek. Baterie się kończą, psiakrew, pomyślał. A nowe można dostać tylko po tamtej stronie. I to najbliżej w Wołominie.

Omiótł wzrokiem sąsiadów Nic specjalnie się nie zmieniło, wymieszani przy stolikach okupanci, przemytnicy, partyzanci narodowi, ekologiczni i lewicowi pili zgodnie i zawzięcie, jakby koniec świata miał nastąpić już jutro, i w pierwszej kolejności położyć kres wyszynkowi. Nic nie usprawiedliwiało takiego pośpiechu. Kres cywilizacji, który był już przesądzony, nie miał nastąpić jutro ani pojutrze. Nawet nie w tym tygodniu, miesiącu czy roku. Choć kolejny rok mógł być ostatnim.


[KOSZYK]
Koszyk jest pusty.  
[NOWOŚCI]
[TESTAMENT DAMOKLESA]
Marcin Wełnicki
TESTAMENT DAMOKLESA
Cena det.: 39,00 zł
Nasza cena: 32,00 zł
dodaj do koszyka
 

[NADZIEJA CZERWONA JAK ŚNIEG]
Andrzej W. Sawicki
NADZIEJA CZERWONA JAK ŚNIEG
Cena det.: 39,00 zł
Nasza cena: 32,00 zł
dodaj do koszyka
 

[VLAD DRACULA]
Dariusz Domagalski
VLAD DRACULA
Cena det.: 35,00 zł
Nasza cena: 29,00 zł
dodaj do koszyka
 

[POLECAMY]
[WODY GŁĘBOKIE JAK NIEBO]
Anna Brzezińska
WODY GŁĘBOKIE JAK NIEBO
Cena det.: 28,50 zł
Nasza cena: 23,00 zł
dodaj do koszyka
 

Pakiet: KSIĘGI STRACHU I SMOKÓW

Pakiet: KSIĘGI STRACHU I SMOKÓW
Cena det.: 109,50 zł
Nasza cena: 77,00 zł
dodaj do koszyka
 

[OFENSYWA SZULERÓW]
Jakub Ćwiek
OFENSYWA SZULERÓW
Cena det.: 29,50 zł
Nasza cena: 24,00 zł
dodaj do koszyka
 

Copyright (C) Agencja Wydawnicza RUNA A. Brzezińska, E. Szulc sp.j. NIP 759-15-71-926. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentu materiałów zawartych na niniejszej stronie możliwe są tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
Projekt i wykonanie strony: InteliMedia