
Okupanci, przemytnicy i partyzanci pili zgodnie, nie przejawiali nadmiernej agresji, poza werbalną. Bełkotliwe wyzwiska przeplatały się z toastami, zagłuszane niekiedy nieskładnie śpiewanymi zwrotkami co sprośniejszych piosenek. Nie ma zagrożenia, ocenił machinalnie Wagner.
W Ostrowi był praktycznie nietykalny, jak wszędzie po tej stronie granicy. Skrzywił się ironicznie. Linii rozgraniczenia, a nie granicy. Wbrew pozorom różnica była istotna, nie sprowadzała się wyłącznie do nazwy.
Jeszcze jedno spojrzenie. To nie strefa amerykańska, nie nadbużańskie łozy lub wypalone ruiny Wyszkowa czy Tłuszcza. Ale nawet tu trzeba uważać na zwykłych bandziorów, znęconych cennym ekwipunkiem, na pijaków, którym zamroczony umysł nie pozwalał zorientować się, kogo zaczepiają.
Należało strzec się rumuńskich dzieci, których zajęcie tylko z przyzwyczajenia określano mianem żebractwa. Okazało się, że nawet dziś jest to dla nich atrakcyjniejszy teren niż ojczyzna. Wobec braku samochodów, w których można myć szyby, i obojętności na los kalek, smarkacze wypracowali znacznie skuteczniejsze metody zarobkowania. Atakowali hordami, choć najmłodsi z nich ledwie potrafili chodzić. Wybierali samotnych, niekoniecznie nawet pijanych, bardziej zajadli i bezwzględni niż sfora dzikich psów. Wypadali z ruin i z zarośli, pozostawiając na ogół nagie zwłoki, a czasem nawet kilku pobratymców, których nie zabierali, by choćby pogrzebać.
Nikt nie mógł sobie dać rady z dziecięcymi bandami. Obławy nie skutkowały, zresztą Rosjanie nie mieli co robić ze schwytanymi. Deportować? Nie było dokąd. Resocjalizować? Wolne żarty, do resocjalizacji mieli dosyć własnych obywateli, a obecnie wszelkie inwestycje na Syberii okazały się chybione i pozbawione perspektyw rozwoju.
A na poparcie natarczywych i ustawicznych próśb miejscowej ludności Rosjanie nie potrafili się zdecydować. Nawet dzisiaj trudno było wydać rozkaz strzelania do dzieci jak do bezpańskich psów.
Wagner wstrząsnął się. Wiedział, jak rozwiązywano ten problem w strefie amerykańskiej. Nie orientował się tylko, kto go rozwiązuje, wojsko czy może polska policja. Nawet nie chciał się domyślać.
Dość tego. Sięgając po szklankę, rozejrzał się wokół. I zamarł bez ruchu.
Parka zwisająca z oparcia krzesła. Typowa amerykańska parka, jaką wciąż jeszcze nosili żołnierze zza oceanu stacjonujący w Polsce, trzeci sort armii, dla której nie starczyło nowych mundurów z nomeksu. Naszywka na piersi, kawałek zielonej tasiemki z czarnym napisem. Reszta liter schowana w fałdach, widoczny tylko inicjał nazwiska. Duże, czarne V.
Odstawił szklankę, wstał, zdając sobie doskonale sprawę, że to bez sensu. Osobiście zamknął ten rozdział. To niemożliwe.
Mimo to wstał.
Nie zwrócił uwagi, że gwar przycichł i śledzą go spojrzenia, nagle czujne i trzeźwe. Podszedł, sięgnął do obszytego sztucznym futrem kaptura i zacisnął palce. Stał tak chwilę, nie zwracając uwagi, iż siedzący na krześle człowiek spręża się, schyla i sięga do cholewy.
Szarpnął parkę. Przez moment wpatrywał się w naszytą na piersi taśmę z nadrukiem.
Velasquez.
Właściciel parki zdążył poderwać się z krzesła. Nie był zbyt pijany. Zdołał wyjąć nóż: mały, pozbawiony rękojeści boot knife, matowo połyskujący czarną, parkeryzowaną stalą, jeśli nie liczyć wąskiej, srebrzystej powierzchni ostrza. W skośnych, ginących w szerokiej, płaskiej twarzy oczach czaiło się zaskoczenie i zdziwienie, niepozbawione drapieżnej czujności.
Na pewno nie był Velasquezem. W niczym nie przypominał Latynosa. Prawdopodobnie naszywka była epitafium, jedynym śladem, jaki pozostawił na ziemi chłopak z amerykańskich slumsów, którego los rzucił na linię rozgraniczenia.
Kradzione z transportów i magazynów parki nie miały nazwisk właścicieli. A amerykańscy chłopcy nie handlowali wyposażeniem. Sami mieli go zbyt mało, stacjonujące w Europie oddziały znajdowały się na końcu list zaopatrzenia. Velasquez utratę parki przypłacił życiem.
Ktoś chwycił za rękę trzymającą boot knife'a. Kompan obecnego właściciela parki próbował zapobiec ewentualnej bójce. W skośnych oczach Wagner dojrzał ulgę.
Nie znał tego człowieka. Kazach, Kałmuk, nie wyglądał na dezertera, pewnie jeden z mafiosów, którzy rozmnożyli się na krańcach dawnego imperium, rozzuchwaleni przez lata rosyjskiej słabości.
Ciekawe, czy długo tu zabawi, pomyślał Wagner, odwieszając parkę na oparcie. Być może jeszcze się spotkamy.
Odwrócił się, ignorując ostrze nadal trzymane przez skośnookiego. Gwar ponownie się nasilił, ktoś ochrypłym głosem zaintonował nieśmiertelną pieśń o powinnościach i dokonaniach radzieckiego dyplomaty. Wagner usiadł, jednym haustem wychylił pół szklaneczki płynu udającego koniak. Przymknął oczy. I znów zobaczył zieloną tasiemkę. Z dużą, czarną literą V na początku. Ale pozostałe znaki nie układały się w nazwisko Velasquez.
***
Vossler. Krew spływająca z rozbitego łuku brwiowego zalewa jedno oko, ale drugie widzi wciąż ostro i wyraźnie. Widzi i rejestruje, bez udziału umysłu, jak kamera, obrazy zapadają w pamięć, można je w każdej chwili wywołać. Czasem wywołują się same. Młodą twarz wykrzywia szyderstwo, szaleństwo płonie w jasnoniebieskich oczach.
Na tle nieba wysokim łukiem leci przedmiot. Czarny, choć naprawdę zielony, cylindryczny, z białym napisem, którego nie widać, ale Wagner wie, że tam jest. Brzęk szyby, śmiech. Biały błysk i krzyk. Nic poza tym.
Willy Pete. Granat fosforowy. Ogień, którego nie da się ugasić, przepalający ubranie i ciało aż do kości. Można tylko krzyczeć. Długo, bardzo długo.
Nie myśli. Rejestruje obrazy, zdając sobie sprawę, że gdy umilknie krzyk, a belki chałupy ogarną płomienie, kiedy biały obłok płonącego fosforu zastąpi czarny, ciężki dym, cuchnący smołą z dachu i spalonym mięsem, nadejdzie jego kolej. Wtedy młody, czarnoskóry chłopak o dziecinnej, wykrzywionej napięciem twarzy, naciśnie spust M-16, trzymanego w dygocących dłoniach.
Lufa karabinka zatacza kręgi, to zaglądając wprost w oczy, to celując gdzieś w pierś. Czarny chłopak też słyszy krzyk. Może sam zacznie wrzeszczeć. Może rzuci się na swojego dowódcę, lecz niewykluczone, że ciśnie broń i popędzi przed siebie. Albo naciśnie spust, stanie po właściwej stronie, zagłuszając sumienie.
Rozciągnięte ciała leżą w miejscu, gdzie ścięła je seria. Krew plami panterki chłopaków ze Strzelca i granatowy niegdyś waciak zarośniętego gospodarza. Oczy żołnierzy w aramidowych hełmach są rozszerzone, stężałe twarze jaśnieją od rozbłysku fosforowego żaru w oknie poczerniałej ścianie chałupy.
Widać najdrobniejsze szczegóły. Beżowy pancerz schwartzkopfa. Niebieskawo połyskujące optyczne szkło wzmacniacza obrazu z malutką wycieraczką. Numer seryjny na błotniku. Wgnieciony pojemnik narzędziowy. Błyszczące ogniwa gąsienic.
Czas stanął wypełniony krzykiem.
Zarys nad płaską wieżą. Dostrzega sylwetkę we włazie. Prawie czarny, nieprzenikniony na tle jasnego nieba, rejestrowany zresztą jednym okiem. Ale blask płonącego fosforu ujawnia szczegóły.
Zielona, baseballowa idiotyczna czapka. Parka zamiast czołgowego kombinezonu. To nie czołgista, raczej dowódca posterunku w Turce, który postanowił zdobyć laury, walcząc z partyzantami. Dłoń w czarnej rękawicy trzyma krawędź włazu, ochlapaną niedbale beżową, pustynną farbą.
Nie zdążyli przemalować, z ostatnich uzupełnień. I zdziwienie. Kiedy mam czas na myślenie? Czas stanął. Krzyk.
Lustrzane gogle na twarzy wychylonego z włazu kierowcy litościwie osłaniają oczy. Odbijają biały żar. Coś błyszczy poniżej, spływa po twarzy, żłobiąc w kurzu jaśniejsze bruzdy. Łzy. A może pot. Z przygryzionej wargi płynie strużka krwi.
Krzyk. I śmiech. Wyszczerzone starannie utrzymane zęby. Zielona taśma z nazwiskiem. Vossler.
Krzyk wreszcie cichnie, przygasa upiornie biały blask, płomienie ciemnieją, nabierają pomarańczowej barwy. Przegryzają poszycie dachu, z okapu spadają krople płonącego lepiku. W niebo bucha kolumna czarnego, tłustego dymu.
Trzask płonących belek, huk rozpalającego się pożaru, wizg turbiny schwartzkopfa na jałowym biegu. I śmiech.
Lufa M-16 nieruchomieje. Jeszcze chwila. Ostatnie spojrzenie. Sylwetka nad włazem czołgu, nierozjaśniana blaskiem płonącego fosforu. Ledwie widoczna wstążka z nazwiskiem. Vossler.
Czas jeszcze nie przyspiesza. Cień na twarzy przesłania jedyne oko. Widać wyraźnie łopaty wirnika schodzącego do lądowania blackhawka, wirującą w powietrzu sadzę i wessane przez ogień śmieci.
W oczach czarnego chłopaka nie ma przerażenia. Jest decyzja. Bieleje zaciskający się na spuście palec.
Pora zamknąć oko. Śmiech. Jęk turbiny. Trzask płonących belek i powolny łoskot łopat wirnika.
Uderzenie. Czerwony rozbłysk pod czaszką i ostatnia myśl. Nazwisko, które chce zabrać ze sobą do piekła.
Vossler.
***
Odetchnął głęboko, wciągając w płuca zaduch kapusty, tytoniowy dym i smród zatłoczonej knajpy. Resztki tlenu wystarczyły, by znikły natarczywe wizje.
Pociągnął kolejny łyk. Na szczęście od dawna zaprzestano bezsensownego zwyczaju sprzedawania alkoholu w dawkach pięćdziesięciogramowych. Ale nie pomogło.
Zastanawiał się, jak długo jeszcze będzie tak reagował, budził się z bijącym sercem, wpatrując się szeroko rozwartymi oczami w ciemność, nie mogąc uciec od rozbrzmiewającego pod czaszką krzyku palących się żywcem kobiet. Jak teraz, gdy na widok parki spoglądał najpierw na wstążkę z nazwiskiem.
Dlaczego w snach nigdy nie widzi tego, co działo się później. Kiedy po raz drugi zobaczył zieloną naszywkę. Litery układające się w nazwisko Vossler, przekreślone czarnymi nitkami z podziałką.
Na tę chwilę czekał ponad rok. Przeszło sześć miesięcy pochłonęły przygotowania, podjął je zaraz po tym, kiedy odcięto go od stryczka. Uśmiechnął się mimo woli. No, może niezupełnie odcięto, ale na jedno wychodzi.
|