
Maciej Guzek
ADWENT
(fragment 1)
Wstęp
Muchy siedziały na parapecie maźniętym olejną farbą — teraz spękaną ze starości, peerelowską jeszcze, pryszczatą odpryskami, przyszarzałą brudem. Parapety nie stanowiły wyjątku — cały budynek był stary, jawił się jak paskudny wyprysk na zdrowym ciele lasu. Dookoła wiatr targał śmieciami, fruwały foliowe torebki, jakich wciskają pełno w supermarketach — ładują w nie zakupy ci sami harcerze, którzy później, we wrześniu każdego roku, sprzątają z nich świat. Po nierównym betonie toczyły się puszki po żubrze i plastikowe butelki, hałasując nieprzyjemnie. Drzwi od gospodarczej przybudówki trzeszczały głośno i chrapliwie, zardzewiałe, niewidzące smaru od kilkunastu lat.
Rdzawy świadek rozkładu.
Przy ścianie drugiego budynku wzrastała sterta odpadków, przysłaniając słabo już widoczną pięcioramienną gwiazdę, która w czasach swej młodości i świetności musiała być czerwona. Wrażliwy nos wychwytywał obecny wszędzie odór zgnilizny.
Muchy czuły się w tej okolicy świetnie.
Nagle pośród owadziej ciżby zapanowało poruszenie. Wzniósł się jeden owad, drugi, po chwili parapet był prawie pusty. Została tylko szczególnie dorodna ścierwica, tak czarna, że ktoś mógłby pomyśleć, iż położono tam kawałek węgla.
Zawarczały samochody, zatrzymując się kilkanaście metrów od bloku — wyrwa w betonowych płytach nie pozwalała dotrzeć bliżej budynku, trzeba by łazika. Paru mężczyzn wyskoczyło z radiowozów. Mucha śledziła ich poczynania spokojnie, z niewzruszoną pewnością. I gdyby można było zwerbalizować jej myśli, kiedy spoglądała na biegnącego na czele mężczyznę, gdyby w ogóle w przypadku muchy o jakichkolwiek myślach mogła być mowa, gdyby wyodrębnić pierwsze skojarzenie owada...
Zginiesz.
***
— Tfu! — Paweł Świetlicki kaszlnął, splunął przez okno, prosto w suchy, zakurzony wiatr.
Kilku innych funkcjonariuszy krzątało się od godziny po pomieszczeniach, robiło zdjęcia, wykonywało obrysy ciał. Jeden z nich próbował zabić wielką, bzyczącą nieznośnie muchę.
— Ciągną tu... — mruknął, pocierając nos.
Żałował, że nie pali — papierosy zabiłyby zapach. Smród, poprawił się w myślach. Śmierdzi jak cholera.
— Dziwne nie jest — rzucił policjant z pracowni badań biologicznych.
Na nim smród nie robił większego wrażenia. Przyzwyczajenie grabarza.
— Nie. — Paweł pokiwał głową, ukrył nos w rękawie. — Wcale nie. Namierzyliście już tego, co dzwonił?
Nikt mu nie odpowiedział. Zatem nie namierzyli. Tajemniczy informator, jeszcze jedna zagadka. Młody głos drżał. Jego właściciel był w szoku, to oczywiste. Kto by nie był? Zapewne któryś z okolicznych dzieciaków chciał sobie na odludziu zapalić trawkę czy wypić kilka piw.
— Cholera. — Świetlicki przeczesał włosy palcami, rozglądając się po raz nie wiadomo który po pomieszczeniu.
Krew, uświadomił sobie. Te paskudne plamy na ścianach to nie są zacieki po ulewie.
A może by to wszystko rzucić, przeszło mu nagle przez myśl, jebnąć odznaką, pieprzyć szkołę policyjną i układać płytki w Irlandii? Za dwa tysiące euro.
— Paweł, tam pod szopą. Coś znaleźli. Jakiś dół. Zgniłe mięso. Stamtąd też strasznie jedzie.
Nie! Prawie krzyknął, ledwie opanował głos.
— Chyba padlina — dopowiedział ktoś z boku. — Widać resztki zwierzęcych skór.
Wzrok policjanta minął obrysy ciał, zatrzymując się bezmyślnie na wykreślonym na podłodze kręgu. Dziwne. Ten krąg... Świetlicki był gliną z powołania, a teraz to powołanie, instynkt śledczego, instynkt psa podpowiadały mu, że w tym kręgu jest odpowiedź.
I w ścianach.
W ścianach poprowadzono jakieś kable, dużo kabli — wiązki, gruzły, zbrylenia, niezbyt starannie przykryte gipsem, tynkiem i farbą, przypominające ścięgna na przedramieniu kulturysty. Specjaliści będą musieli się temu przyjrzeć.
— Paweł?! — Znów go wołali.
— Idę! — Niezadowolony ruszył w stronę kolegów.
Odetchnął, ale na krótko. Ktoś pokazywał mu workowate ubrania z wypisaną literą „O” na plecach, ktoś inny machał ręką i krzyczał, że odkrył coś w przybudówce, dwaj funkcjonariusze spisywali wszystko, co było wypisane na murach bloku, psy szalały, a podkomisarz Paweł Świetlicki poczuł, że chce wracać do domu.
Co za gówniana sprawa, pomyślał.
Jego sprawa.
|