
23 stycznia 1863 r.
Hak chirurgiczny zaczepił o brzeg rozerwanego mięśnia i rozsunął go brutalnie, ale kosynier ani drgnął. Nic nie czuł. Spał pogrążony głęboko w eterowych oparach. Doktor Stanisław Loewenhardt pewnym ruchem wpakował do krwawiącej rany zwitek szarpi. Poczekał chwilę, aż nasiąkną i usunął je, odsłaniając rozszerzoną dziurę w udzie powstańca.
— Bliżej z lampą, Żydzie — syknął na trzęsącego się, starszego mężczyznę. — Tu mi świeć, do diabła!
Izbę, będącą za dnia warsztatem żydowskiego szewca, oświetlał jedynie rozedrgany blask ognika kamfinowej lampy, trzymanej przez gospodarza. To jednak wystarczyło. Doktor Loewenhardt miał raptem dwadzieścia pięć lat i wzrok jeszcze w jak najlepszym porządku. Przez mgnienie oka dojrzał w głębi rany błysk metalu. Zręcznie zagłębił w niej szczypce i chwilę nimi manipulował, by z triumfalnym uśmiechem wyciągnąć je razem z okrwawionym karabinowym pociskiem. Obracał go, prezentując obecnym i wreszcie rzucił na blat.
Szewc zachwiał się, z trudem przełykając ślinę. Jego pociągła twarz, blada podczas całej operacji, teraz posiniała jak u trupa. Widok krwi wyraźnie nie działał na niego najlepiej. Stanisław uśmiechnął się pogardliwie i spojrzał na młodą, ogniście rudą Żydówkę pochyloną nad głową operowanego. Widząc zainteresowanie doktora, natychmiast skromnie spuściła wzrok. Dziewczyna była obsypana milionami piegów, widocznymi nawet w tym świetle i pokrywającymi ją prawdopodobnie całą, co można było wywnioskować po ich obecności na każdym kawałku odsłoniętej skóry, łącznie ze smukłymi dłońmi.
Stanisław delektował się chwilę egzotyczną urodą Żydówki, nie zapominając jednak o robocie. Usunął chirurgiczne haki, z grubsza przemył ranę wodą i zdecydował się na jej zszycie. Zanim jednak nawlókł nici na zakrzywioną igłę, kosynier poruszył się i jęknął przez sen.
— Dwie krople! — krótko rozkazał doktor.
Dziewczyna jedną ręką przytrzymała przy twarzy kosyniera papierową tutkę, zakrywając mu usta i nos, drugą zaś bez wahania przechyliła małą buteleczkę i ostrożnie upuściła z niej dwie krople, które natychmiast wsiąkły w papier. Eter wyparował błyskawicznie i ranny przestał się ruszać, a jego oddech szybko się uspokoił. Lekarz z zadowoleniem pokiwał głową. Dziewczyna coraz bardziej mu się podobała. Miała głowę na karku, pewne, zdecydowane ruchy, a krew nie robiła na niej najmniejszego wrażenia. Doskonale nadawałaby się na sanitariuszkę. Szkoda, że raczej nie było na to szans.
Szyjąc udo, starał się nie zwracać uwagi na krzyki dobiegające z ulicy. Wybuchy śmiechu i głośne śpiewy co chwila przerywały nocną ciszę. Z chęcią dołączyłby do świętujących. Pierwszą bitwę i zwycięstwo należałoby uczcić miarką wódki wypitą razem z kosynierami. Mimo że pewnie dochodziła już czwarta nad ranem i po całym dniu grupowania i manewrów, a potem wyczerpującej styczniowej nocy powinien być ledwo żywy ze zmęczenia, czuł gorąco buzujące w żyłach i niespożytą energię.
Stało się! Polacy wreszcie chwycili za broń i dali moskalom popalić. Rosjanie wiali, aż się kurzyło, gubiąc szare czapki i porzucając broń. Powstańcy pod dowództwem pułkownika Langiewicza widowiskowo pogonili im kota, atakując Szydłowiec z trzech stron. Nie udało się, co prawda, zrobić tego jednocześnie. W dodatku natarcie wyszło nieco chaotycznie i atakujący zdradzili się pośpiesznymi wystrzałami, ale i tak z marszu odparli wroga. Moskiewscy piechurzy pod dowództwem sędziwego majora bronili się bez przekonania, oddali kilka zupełnie nieefektownych salw i wreszcie w popłochu uciekli przed wrzeszczącym tłumem, wymachującym osadzonymi na sztorc kosami, pikami i widłami. Parę salw z myśliwskich dubeltówek i pojedynek, a szkoleni rosyjscy żołnierze wpadli w panikę i nie zważając na wściekłe przekleństwa majora rzucili się do ucieczki. Miasto zostało zdobyte bez żadnych strat własnych, nie licząc lekko rannych. Postrzelony w nogę kosynier był jedną z cięższych ofiar potyczki.
W sandomierskim polska noc udała się w pełni i pierwsze miasto zostało wyzwolone. Jego mieszkańcy zdawali się tylko na to czekać. Wybiegli z domów jeszcze przed ucieczką Rosjan, witając powstańców ze łzami w oczach. Szydłowiec stał się dziś zalążkiem odradzającej się Rzeczpospolitej, pierwszym wolnym skrawkiem ziemi w Królestwie. Z karczmy wytoczono beczki węgrzyna, z mieszczańskich spichlerzy i domowych składzików wyciągnięto kiełbasy, wędzoną słoninę, chleb i butelki wódki. Próbujący zapanować nad rozprężeniem Langiewicz natychmiast został zakrzyczany, a kilkunastu rozochoconych rzemieślników ściągnęło go z konia i zaczęło podrzucać, wznosząc przy tym radosne okrzyki. Powstańcy, niemal wszyscy pochodzący z województwa, a wielu z najbliższej okolicy, poczuli się jak u siebie w domu. W większości prości robotnicy z sandomierskich hut i kuźni oraz górnicy z kopalni rudy, nie przywykli do wojskowej dyscypliny. Po prawdzie nigdy im jej nie wpojono, nic dziwnego zatem, że zlekceważyli nawoływania podoficerów i ruszyli w tany wokół rynku, pijąc przy tym bez opamiętania.
Stanisław Loewenhardt słyszał, jak doskonale się bawią, kiedy opatrywał kolejnych rannych w zajętym do tego celu szewskim warsztacie. Szyjąc udo uśpionego kosyniera, uśmiechnął się, kiedy rynek po raz kolejny zatrząsł się od śpiewanej chórem Boże coś Polskę. Głosy powstańców były za każdym razem coraz bardziej wzniosłe i przepełnione wzruszeniem, znak, że na wielu wódka działała rozrzewniająco i wzmagała patriotyczny zapał. Lepsze to, niż gdyby mieliby wpaść w gniew i szukać po chałupach szpiegów i sługusów wroga.
— Jak się nazywasz, Żydzie? — Stanisław zwrócił się do bladego szewca.
— Lejb Szczur, panie oficjerze.
— Nie jestem oficerem, tylko zwykłym, wojskowym lekarzem — mruknął Loewenhardt. — A twoja córka, jak ma na imię?
— Wanda, panie doktorze — odparła Żydówka, spoglądając nieśmiało na Stanisława i lekceważąc piorunujący wzrok ojca.
— Dobrze sobie radzisz z opatrywaniem rannych, masz do tego dyg, iskrę bożą. Wierz mi, znam się na tym. Nie chciałabyś przyłączyć się do nas, żeby wesprzeć walczących o wolną Polskę, Wando Szczurówna?
— Aj waj! Co też, pan plecie?! — Szewc zaczął nerwowo wymachiwać rękoma. — Gdzie miejsce wśród wojaków dla młodej Żydówki? Toż to jeszcze dziecko! O, ja nieszczęsny, córkę mi chce wziąć na poniewierkę. Zgwałcą i zabiją albo i odwrotnie. To się nie godzi! Zresztą to nie nasza wojna. My dla was zawsze byli tylko parchy, a dla ruskich zawszone Jewrieje. Jedni i drudzy tak samo nami pogardzacie. Co nam do waszych kłótni?
— Rząd Narodowy ogłosił już dekret o całkowitym równouprawnieniu Żydów! — Stanisław z impetem wrzucił narzędzia chirurgiczne do miski z wodą. — Teraz macie takie same prawa jak każdy Polak. W wolnej ojczyźnie wszystkie stany są równe. Jesteśmy takimi samymi obywatelami, niezależnie od wiary i pochodzenia!
— Ech! — Żyd niecierpliwie machnął ręką. — Car już nas równouprawniał i co z tego? I tak zakazał pracy w niektórych zawodach, zakupu ziemi, swobodnego przesiedlania i obłożył złodziejskimi podatkami. Kto nam gwarantuje, że w Polsce nie będzie tak samo?
— Tate! Jak możesz? — westchnęła Wanda. — Oczywiście, że czujemy się Polakami, panie doktorze, i zależy nam na wolnej ojczyźnie, tak samo jak i wam. Pójdę do powstania…
— Jeszcze czego! Najpierw chce iść do jesziwy, a teraz do powstania! Panie, za jakie grzechy pokarałeś mnie taką córką? — Szewc gwałtownie postawił lampę na stole i teatralnie uniósł ręce.
W tej chwili drzwi warsztatu otworzyły się ze zgrzytem i do środka wszedł wąsaty mężczyzna ubrany w szlachecką czamarkę z szerokim pasem, za który zatknięty miał mały pistolecik, i z podbitą kożuszkiem rogatywką na głowie. Czapkę zdobił mu biało-czerwono-błękitny kotylion, by zupełnie nikt nie miał wątpliwości, że ma do czynienia z powstańcem. Za nim grupa strzelców poszturchiwała człowieka w rosyjskim mundurze. Wepchnęli jeńca do środka, mierząc do niego z dubeltówek. Moskal potknął się, z syknięciem bólu opadł na kolana.
Stanisław zauważył, że więzień jest oficerem. Trzymając się za okrwawiony bok, czujnie rozglądał się po pomieszczeniu. Miał całkowicie czarne oczy, groźnie łypiące spod krzaczastych brwi, a kanciastą, wykrzywioną grymasem nienawiści twarz okalały mu długie i gęste bokobrody, co nadawało mu jeszcze bardziej posępny wygląd. Doktor drgnął, gdy przeszył go wzrok bezdennych, złych oczu. Nie chciałby nigdy spotkać tego człowieka w innych okolicznościach, od razu widać w nim było okrutnika i mordercę. Loewenhardt zetknął się z takimi, jak ten w czasie warszawskich demonstracji, w których uczestniczył jeszcze jako student Akademii Medyko-Chirurgicznej. Rozpoznał to pogardliwe spojrzenie, pozbawione litości i pełne zwierzęcej agresji. Takie samo widział w oczach kozaków, kiedy rozjeżdżali tłum na Placu Zamkowym i u sołdatów strzelających do demonstrantów. Poczuł strach rozpływający się w piersi i wypełniający lodowatym chłodem żyły jak wtedy, gdy uciekał wąskimi uliczkami Starego Miasta przed kozacką szarżą.
Znów spoglądał w oczy samej śmierci.
— Hej, łapiduchu! — Szlachciura w czamarce stanął przed Stanisławem. — Pułkownik kazał opatrzyć tego draba. Pozszywaj go zatem, by się za szybko się nie wykrwawił. Pomożemy ci go przypilnować, bo suczy syn jest groźny jak sto diabłów. Dwaj rozochoceni chłopcy próbowali go rozsiekać kosami, widziałem na własne oczy. A ten moskal gołymi rękoma wybił jednemu drzewce z dłoni i niemal wymsknął się drugiemu. Powinien już nie żyć, a jest ledwo draśnięty.
Doktor skinął głową i wskazał oficerowi stół, z którego dwaj powstańcy właśnie zabierali zoperowanego kosyniera.
— Budtie dobry, porucznik i sadite, pażałsta — wycedził Stanisław, zdoławszy jakoś zapanować nad strachem.
Oficer wyglądał na jakieś trzydzieści lat, a ciągle był w stopniu niższego oficera. Ciekawe dlaczego? Nie awansowano go z powodu niesubordynacji, okrucieństwa? Może zdegradowano?
Żołnierz usiadł ciężko na stole i zaczął rozpinać kaftan munduru, drugą rękę cały czas przyciskał do rany. W żaden sposób nie okazywał strachu czy zmieszania, choć dwie lufy dubeltówek nieustannie mierzyły mu w pierś. Zacięte twarze dzierżących je powstańców świadczyły, że ci tylko czekają na pretekst, by zastrzelić wroga. Dowodzący nimi szlachcic oparł się o drewniany filar podtrzymujący strop warsztatu, dłoń zaś trzymał na rękojeści pistoletu wetkniętego za pas.
— Zabierzcie mi sprzed nosa te armaty. — Stanisław odepchnął jedną z luf. — W ogóle wyjdźcie stąd, przecież jeniec i tak nie ucieknie. Jest ranny, chyba gołymi rękoma nas tu nie pozabija?
— To porucznik Pustowójtow — odparł szlachcic. — Drań nad dranie. Gnębił szydłowczan od kilku miesięcy. Wysłał na stryczek dwóch kupców, oskarżając ich o spiskowanie przeciw carowi. Gdyby nie rozkaz pułkownika, by zachować go żywego, już dyndałby na najbliższej gałęzi.
— Wyzwał na pojedynek pana Zielińskiego, miejscowego ziemianina, i zaszlachtował go jak wieprza — dodała Wanda. — Zgwałcił dziewczynę służebną od Minców i dwa dni później znaleziono ją uduszoną w krzakach za miastem. To szalony morderca, panie doktorze.
Szewc pobladł jeszcze bardziej i ze złością syknął na córkę. Zamachnął się, by wymierzyć jej policzek i w ten sposób uciszyć, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Tymczasem szlachcic skinął na swoich strzelców i gestem kazał im opuścić pomieszczenie. Sam za to odciągnął kurek krótkiego, dwulufowego derringera.
— Nie bójcie się, nie zjem was — niespodziewanie Pustowójtow przemówił płynną polszczyzną bez śladów rosyjskiego akcentu. — Nie taki diabeł straszny, jak go malują. No doktor, na co czekasz?
Oficer zrzucił wierzchnie okrycie i rozpiął koszulę. W prawym boku, pod żebrami, miał obficie krwawiącą ranę. Loewenhardt natychmiast zapomniał o strachu i pochylił się nad jeńcem, który wyciągnął się swobodnie.
— Miał pan szczęście. Po kolorze krwi wnoszę, że pchnięcie weszło pod wątrobę, zupełnie jej nie kalecząc. Gdyby poszło na grubość palca wyżej… — Stanisław uważnie obejrzał rozcięcie.
Wyglądało na to, że czubek kosy przebił warstwy ubrania i na jakiś werszek wszedł w ciało, nie uszkadzając jednak żadnego narządu. Wystarczyło zszyć i opatrzyć. Jeśli nie wda się ropna gorączka, moskal szybko dojdzie do siebie.
Lekarz otarł z krwi okolice rany, a w międzyczasie kazał Wandzie nawlec igłę. Gdy zagłębił ją w skórze oficera, ten nawet nie mrugnął, uśmiechnął się za to do doktora tak, że tamtemu ciarki przebiegły po grzbiecie.
— Gdzie pan tak dobrze nauczył się po polsku? — Loewenhardt zagadnął pacjenta, by zająć czymś myśli i zapomnieć o strachu.
— W domu. Moja matka była Polką. — Porucznik wzruszył ramionami. — Nie róbcie głupich min. Wcale nie czuję się Polakiem, wdałem się w ojca. W przeciwieństwie do mojej siostrzyczki, niech ją piekło pochłonie. Gdyby nie ta cholera, zamiast użerać się z buntowszczykami, siedziałbym sobie teraz w stolicy, na ciepłej posadce otrzymanej w nagrodę za zasługi w wojnie krymskiej. Kiedy okazało się, że jestem bratem znanej, polskiej prokaźnicy nie chciano mnie nawet widzieć w Petersburgu. Wygnano precz, na to zadupie. Nie dziwcie się zatem, że momentami nerwy mi puszczają.
Stanisław pokiwał głową. Faktycznie, porucznik mógł być sfrustrowanym draniem przekonanym, że karierę zrujnowała mu siostra, i mszczącym się za to na wszystkich Polakach. Doktorowi obiło się o uszy jej nazwisko, choć dopiero teraz skojarzył je z oficerem. Dziewczyna organizowała demonstracje w Lublinie i otwarcie śpiewała w kościele patriotyczne pieśni, za co skazano ją na zesłanie do monastyru w głębi Rosji, czyli formalnie na powolną śmierć w surowych murach klasztoru. Całe królestwo kibicowało jej brawurowej ucieczce, ponoć historie wyczynów młodej patriotki dotarły do samego cara, doprowadzając go do wściekłości. Nic dziwnego, że jej brat nie miał szans na wysokie stanowisko w wojskowej administracji.
Igła gładko wchodziła w skórę, zostawiając za sobą równy rządek szwów. Porucznik cierpliwie poddawał się zabiegowi, nie spuszczał jednak lekarza z oczu. Doktor nie mógł przez to całkowicie poświęcić się robocie, ciągle męczył go niepokój. Miał wrażenie, że po skórze pełzają mu zimne wężyki, a włosy na całym ciele jeżyły się, jakby owiewał go chłodny wiatr. I nie chodziło tylko o strach przed mordercą, którego operował. Było coś jeszcze, coś dziwnego wisiało w powietrzu. Jakaś niemal namacalnie wyczuwalna groza.
I wtedy wzrok Stanisława padł na odsłoniętą pierś oficera. Po skórze mężczyzny przemknął miniaturowy piorun elektrycznego wyładowania. Gdy Loewehardt skupił się bardziej, zauważył, że rozgałęzione wyładowania błyskają co chwila, bijąc z ciała porucznika, jak z burzowych chmur. Lekarz drgnął nagle, gdy jeden z piorunów trzasnął w igłę, boleśnie kąsając go w dłoń. Stanisław zamarł na kilka uderzeń serca. Słyszał o takich zjawiskach, związane one były ze specyficznie napiętnowanymi ludźmi.
Odmieniec! Oboroten! Człowiek dotknięty czynnikiem mutatio, turbulencją rzeczywistości. Lekarz starł kroplę zimnego potu z czoła. Uczestniczył dwukrotnie w sekcjach upolowanych odmieńców, których ciała udało się ukryć przez carskimi służbami, wiedział więc, że anatomicznie byli ludźmi i nie różnili niczym się od zwykłego człowieka. Jedynym objawem używania przez nich mocy były niemal niedostrzegalne, specyficzne efekty, takie jak gromadzenie z powietrza ładunków elektrycznych. Nie sposób było przewidzieć, jakie możliwości ma określony oboroten, ale z pewnością stanowił zagrożenie dla całego powstańczego zgrupowania. Powinien bez problemów uciec razem z resztą Rosjan, ale pozwolił się osaczyć i niemal zabić. Dlaczego to zrobił? Po co? Z pewnością szykował jakieś świństwo.
Skalpele leżały w otwartej torbie, razem z dwoma lancetami i trokarem. Wystarczy sięgnąć i wbić ostrze w odsłoniętą pierś porucznika. Jeden szybki ruch i będzie po wszystkim. Trzeba zrobić to błyskawicznie, zanim Pustowójtow zorientuje się, że został zdemaskowany. Nie ma sensu alarmować szlachciury, bo zanim ten zrozumie, o co chodzi i sięgnie po swego derringera, upłyną wieki. Loewenhardt musi zrobić to sam, natychmiast.
Doktor z trudem przełknął ślinę i ukradkiem spojrzał na swoją torbę. Ręka zaplatająca węzeł na zaszytej ranie zadrżała z emocji. Cholera! Wahał się! Nie miał jaj, by tak po prostu zaszlachtować nieświadomego, bezbronnego człowieka. Zaraz, wcale nie bezbronnego! Przecież to odmieniec, istota zniekształcona przez mutatio. Nie ma się nad czym zastanawiać. Jeszcze sekunda i moskal zwęszy niebezpieczeństwo. Trzeba się otrząsnąć, wziąć w garść. Los całego oddziału spoczywał teraz na jego barkach. Matko boska, miej nas w swojej opiece! A ty, sukinsynu, wybacz. Teraz!
Na oślep sięgnął do torby. Dotyk zimnej stalowej rękojeści lancetu dodał mu pewności. Nie uniósł jednak ostrza do ciosu. Śpiewy za oknem nagle się zmieniły, głosy zwolniły, a ich tembr stawał coraz niższy, jakby wszyscy powstańcy nagle zaczęli śpiewać basem. Powietrze zgęstniało i nabrało konsystencji miodu, światło przygasło i zmiękło, a przedmioty straciły ostre kontury. Układająca szarpie Wanda zastygła w bezruchu, jej ojciec tkwił nieruchomo z obróconą głową, by nie patrzyć na krew. Szlachcic z pistoletem również zamarł z groźną miną, wpatrzony w jeden punkt.
— Odłóż lepiej ten nożyk, panie doktor. — Pustowójtow usiadł powoli, spoglądając przy tym na zszytą ranę. — Jeśli chcesz żyć, rzecz jasna. Dla wszystkich lepiej jednak będzie, jeśli zrezygnujesz z zamachu na moje życie.
— Co z nimi zrobiłeś? — Stanisław zatrząsł się ze strachu.
Otaczała ich absolutna, nienaturalna cisza. Każde słowo grzęzło z trudem w lepkim powietrzu. Świat zatrzymał się w oczekiwaniu. Zostali tylko oni dwaj.
— Z nimi? Nic. — Porucznik zapinał guziki koszuli. — Po prostu dla nich czas płynie wolniej albo, jeśli wolisz, dla nas dwóch nieco szybciej. To nie potrwa długo, nie mam sił, by utrzymywać ten stan. Natura broni się przed sztuczkami, szczególnie że otoczyłem sferą całe miasteczko. Jesteśmy zatem w podwójnej bańce. Bieg czasu zwolnił dla Szydłowca o kilka razy w stosunku do reszty świata, a w środku bańki, jaką jest otoczony, właśnie utworzyłem drugą, obejmującą tylko nas. Tu wszystko zwolniło o kilkadziesiąt razy.
— Po co to robisz? — Stanisław nadal nie odkładał lancetu.
To jakieś szaleństwo, zły sen. Znalazł się nagle zamkniętym w jakiejś zastygłej sferze z nieobliczalnym moskalem. Dźgnąć sukinsyna? Teraz, kiedy jest się omotanym jego dziwaczną mocą? Co się stanie?
— Powiedz mi, która jest godzina? — Pustowójtow odpowiedział pytaniem.
— Koło czwartej nad ranem.
— Otóż dzięki mojemu manewrowi poza Szydłowcem jest już po siódmej. Major Rüdiger zebrał z pewnością rozproszoną rotę i szykuje się do kontrataku. Przynajmniej tak się umówiliśmy, zanim opuścił miasto. — Porucznik zeskoczył ze stołu i zaczął zapinać mundur. — Dałem mu czas, rozumiesz panie doktor? Te zapijaczone świnie, buntowszczyki od siedmiu boleści, nawet nie zdążyli wystawić wart. Wasz dowódca będzie nieco zaskoczony, gdy zdejmę bańkę i do Szydłowca wkroczą rosyjskie oddziały. Krótka będzie ta wasza niepodległość.
Porucznik uśmiechnął się paskudnie i przyszpilił lekarza spojrzeniem upiornych czarnych oczu. Zarzucił na ramiona swój szary szynel.
— Dlaczego mnie też nie zamroziłeś, do czego jestem ci potrzebny? — Loewenhardt kurczowo ściskał rękojeść lancetu.
— W naturze musi zostać zachowana równowaga. Jeśli spowalniam czas, muszę jego równowartość pobrać z innego źródła. Nie jestem wszechmocny, tylko przelewam go z jednej strony na drugą, kształtuję i deformuję. Żeby na trzy godziny spowolnić cały Szydłowiec podłączyłem się do organizmu żołnierza ze swojej roty, który akurat był w pobliżu. Utworzenie tej małej bańki też musiałem jakoś opłacić.
Stanisław patrzył na oficera oczami rozszerzonymi z przerażenia.
— Ukradłeś mój czas — jęknął.
— Sam mnie do tego sprowokowałeś. — Porucznik wzruszył ramionami. — Nie marudź, twoje życie wprawdzie skróciło się trochę, ale ciesz się, że po prostu cię nie zabiłem. Teraz odłóż wreszcie ten nożyk. Zaraz otworzę obie bańki i zabarykaduję się tu do powrotu moich żołnierzy. To nie potrwa długo. Muszę tylko zadbać o własne bezpieczeństwo.
Odwrócił się w stronę skamieniałego szlachcica, sięgając po trzymany przez niego derringer. Stanisław warknął wściekle i zamachnął się lancetem, mierząc nim w szyję porucznika. Gniew przeważył nad przerażeniem i lekarz zdecydował się na desperacki atak. Chirurgicznie ostre narzędzie powinno gładko rozpłatać gardło odmieńca i przeciąć tętnicę szyjną.
Gdyby tylko dotarło do celu.
Pustowójtow najwyraźniej tylko czekał na atak. Odwinął się, odbijając przedramieniem rękę doktora, a drugą dłonią wymierzył mu siarczysty policzek. Porucznik był potężnym mężczyzną, przewyższającym lekarza o głowę. Stanisław poczuł tylko oszałamiający wstrząs, nawet nie wiedział w jaki sposób wylądował na stole, a na ziemię posypały się narzędzia, miskę i buteleczki. Twarz zapłonęła mu ogniem, poczuł, jak do policzka napływa krew. Klęczał na ziemi i potrząsał głową.
Porucznik syczał z bólu, trzymając się przy tym za bok. Rana musiała o sobie przypomnieć, nie powinien poruszać się gwałtownie ze świeżo zaszytą dziurą w brzuchu. Mógł zerwać szwy.
Przez głowę Stanisława tymczasem przetaczała się galopada myśli. Cios zupełnie go oszołomił, na szczęście atak dał się też we znaki moskalowi. Doktor rozpaczliwie rozejrzał się po pomieszczeniu. Całkowity pozornie bezruch wcale taki nie był. Dla osób obecnych w pomieszczeniu czas płynął, powoli, ale płynął. Dla Stanisława minęły jakieś dwie minuty, dla pozostałych musiały to być dwie, trzy sekundy. Wanda zdążyła już zauważyć, że dzieje się coś złego. Powoli odwracała głowę, a jej oczy rozszerzały się ze zdziwienia. Upuściła zwitek szarpi, które opadały powoli, niczym piórka. Szlachcic zmarszczył brwi, jego ręka drgnęła zaciskając się na rękojeści miniaturowego, dwulufowego pistolecika. Tylko szewc nic jeszcze nie spostrzegł, ciągle stał nieruchomo, wpatrując się gdzieś w przestrzeń.
Jak to dla nich wyglądało? Porucznik i doktor nagle znikli, czy może rozmyli się, poruszali się obłędnie szybko? Czy ludzkie oko mogło zarejestrować coś takiego? Stanisław potrząsnął głową i skupił się na przeciwniku. Pustowójtow sięgał akurat po derringera szlachcica. Doktor zacisnął zęby i poderwał się do rozpaczliwego ataku. Skoczył porucznikowi na plecy i zaczął okładać go niezdarnie pięściami. Moskal zaklął niewyraźnie i lekceważąc lekarza, wyszarpnął broń ze spowolnionej dłoni szlachciury. Loewenhardt natychmiast złapał go za rękę, próbując odebrać pistolet. Zatoczyli się, Pustowójtow usiłował odepchnąć doktora, jednocześnie chroniąc zraniony bok. Szarpali się przez chwilę, aż wreszcie moskal odchylił się i z rozmachem strzelił czołem w twarz Stanisława.
Loewenhardt runął na ziemię, przewracając stolik z szewskimi prawidłami, młotkami, szydłami i nożycami. Narzędzia rozsypały się po podłodze. Usta lekarza wypełniła gorąca krew z rozciętej wargi, a piekący ból całej szczęki niemal pozbawił go przytomności. Przez łzy widział jednak, jak porucznik klnąc i postękując z bólu, odpina szablę od boku szlachciury i rygluje nią drzwi. Potem stanął w rozkroku na środku pomieszczenia i uśmiechnął się paskudnie.
Dźwięki wróciły w jednej chwili, uderzyły w uszy niczym bicie dzwonu. Światło rozbłysło gwałtownie i cały świat wyostrzył się, wracał do zwykłej formy. Powietrze znów stało się rześkie i można nim było swobodnie oddychać. Czas ruszył z kopyta.
— Co się tu dzieje, do stu… — szlachcic rozejrzał się ze zdumieniem.
Porucznik bez słowa uniósł derringera i pociągnął za spust. Huk wystrzału zlał się w jedno z krzykiem Wandy. Pocisk trafił szlachcica prosto w skroń, krew bryznęła z roztrzaskanej głowy intensywnym strumieniem. Zanim dym się rozwiał, mężczyzna leżał martwy na ziemi wśród rozrzuconych narzędzi szewskich.
— Mam tu jeszcze jedną kulę, jasne? — Pustowójtow spojrzał groźnie na pozostałą trójkę, gestykulując małym pistoletem. — Bądźcie grzeczni, to nic się wam nie stanie. Co najwyżej dostaniecie po kilka lat katorgi za udział w buncie. A teraz do kąta, już!
W tej chwili gdzieś w mieście zagrzmiała karabinowa salwa, a po sekundzie kolejna. Śpiew ucichł, za to rozległy się nawoływania i krzyki przerażonych kobiet. Ktoś załomotał w drzwi, pewnie strzelcy zabitego szlachciury. Zamknięci w warsztacie nastawili uszu. Dobiegało ich rżenie koni i tupot nóg na bruku. Wrzaski podoficera i dudnienie kolb o drzwi. Harmider rósł z każdą sekundą, jakiś oficer klął wściekle, może sam Langiewicz? Rozległa się kolejna podwójna salwa, już znacznie bliżej. Łomotanie do drzwi ucichło, powietrze przeszyły pojedyncze wystrzały z myśliwskich dubeltówek, chaotyczne i nieskładne. Ktoś płakał głośno. Zagrzmiały kolejne strzały.
— Bardzo ładnie. — Pustowójtow pokiwał głową z zadowoleniem. — Major zapanował nad sytuacją. Już po buntowszczykach.
Loewenhardt splunął krwią i wstał powoli, starając się nie robić gwałtownych ruchów. Zauważył, że choć to niemal niemożliwe, szewc jest coraz bledszy, za to Wanda aż gotuje się ze złości. Drobna, szczupła dziewczyna stała z zaciśniętymi pięściami i patrzyła to na zabitego szlachciurę, to na Pustowójtowa. Jasne oczy Żydówki błyszczały gniewem, twarz nabierała rumieńców, szybko przyjmując barwę jej włosów. Stanisław wyciągnął uspokajająco rękę, bał się, że dziewczyna zrobi coś głupiego, na przykład zaatakuje moskala. Ona jednak nie zwracała uwagi na doktora, patrzyła tylko na porucznika. Lekarz poczuł w ustach dziwny smak, przebijający się przez metaliczną nutę krwi sączącą się z rozcięcia.
Wanda nabrała głęboko powietrza w płuca i wrzasnęła.
Stanisław nigdy nie słyszał czegoś takiego. Ten krzyk nie mógł pochodzić z ludzkiego gardła. Kojarzył się z wyciem huraganu, dźwiękiem, jaki może wydawać z siebie tylko szalejący żywioł. Lekarz zachwiał się i złapał za głowę. Miał wrażenie, że od wysokiego dźwięku emitowanego przez dziewczynę drży cały budynek, powietrze, wszechświat. Trzasnęła jedna z buteleczek z medykamentami, a po chwili eksplodowała kolejna.
Pustowójtow wypuścił pistolet z dłoni, z nosa bryznęła mu krew. Oczy wywinęły mu się w głąb głowy, odsłaniając same białka. Bezwładnie runął na ziemię.
— Niech pan się zbiera, musimy uciekać. — Wanda potrząsnęła ramieniem Stanisława.
Porucznik nadal leżał na ziemi obok zastrzelonego przez siebie szlachcica, obaj w kałużach krwi. Szewc gorączkowo zbierał swoje narzędzia, mamrocząc coś niewyraźnie.
— Muszę uciekać, uciekać. Inaczej powieszą, zabiją biednego Żyda. Wszystko przez tego cholernego ruska. — Ze złością spojrzał na Pustowójtowa. — Dajn leber zol hengen in a trejfener jatke un a hunt zol zi bapiszn.
Wanda zgarnęła wszystkie narzędzia Stanisława i upchnęła je nieskładnie w lekarskiej torbie. Wcisnęła mu ją w rękę, a sama narzuciła na ramiona czarny chałat i zaczęła zawiązywać na głowie chustkę. Pochyliła się jeszcze i podniosła z podłogi porzuconego derringera, schowała go do kieszeni.
— Ukryj się u rabi Jakuba — rzuciła do ojca. — Ja idę do powstania. Za jakiś czas dam znać co u mnie. Trzymaj się, tate!
Cmoknęła ojca w czoło, chwyciła oszołomionego Stanisława pod ramię i wyciągnęła go z warsztatu. Oprzytomniał, gdy uderzył go powiew lodowatego powietrza. Pojedyncze płatki śniegu padały mu na twarz.
Warsztat znajdował się w ciemnej uliczce odchodzącej od rynku. Plac w oddali rozjaśniało kilka rozpalonych przez świętujący tłum ognisk i w ich wątłym świetle widział maszerującą po bruku kolumnę moskiewskiej piechoty. Na ziemi leżało kilka ciał, na środku rynku stały ustawione w stos kosy, których uciekający powstańcy nie zdążyli zabrać. Światła w oknach kamienic i drewnianych domów gasły jedno po drugim, ulicami chyłkiem przemykali przerażeni mieszczanie i maruderzy z oddziałów Langiewicza.
Tym razem to Stanisław pociągnął dziewczynę za sobą. Szybko, byle do rogatek Szydłowca. Pognali biegiem, ślizgając się na oblodzonym bruku. Oby moskale nie zdążyli obstawić wylotów z miasteczka. Niebo na wschodzie już szarzało, zbliżał się świt. Jeszcze trochę i nie da się niepostrzeżenie umknąć ze straconego miasta. Gdzieś rozległy się pojedyncze strzały, część powstańców próbowała zamienić paniczną ucieczkę w skoordynowany odwrót. Chyba jednak bez powodzenia. Dwie salwy z rosyjskich karabinów i dubeltówki powstańców całkiem ucichły.
— Tam, przez sady! — Wanda wskazała na drzewa majaczące za mijanym gospodarstwem.
Stanisław skoczył w śnieżną zaspę i pociągnął za sobą dziewczynę. Przebrnęli przez rów i wpadli między jabłonie. Pognali przed siebie, w ciemność. Byle dalej od Szydłowca. Trzeba ukryć się w lesie, odnaleźć swoich. Niemożliwe, by powstańcza partia samego pułkownika tak szybko poszła w rozsypkę.
Powstanie jeszcze nawet dobrze się nie zaczęło.
|