WIELKA TRÓJKA


Jak nietrudno wywnioskować z okładki, „Ofensywa szulerów” ma troje głównych bohaterów. I cała trójka to postaci historyczne, choć oczywiście epizodów o których opowiadam, próżno szukać w ich biografiach. Starałem się wybrać osoby nietypowe i niezwykłe, i nawet jeśli nie udało mi się nic innego, to ten jeden warunek spełniłem. Zresztą przeczytajcie sami:


LENI RIEFENSTAHL

Zacznijmy od damy. Wszyscy, nieważne czy sympatycy czy też przeciwnicy „nadwornej reżyserki Hitlera”, zgadzają się co do tego, że była ona wszechstronnie utalentowana. Zaczynała jako tancerka, przeszła przez etap aktorski, aż wynikiem splotu okoliczności stanęła po drugiej strony kamery. Dzięki ogromnemu talentowi, ale i równie wielkim budżetom jakie gwarantowała jej Rzesza, udało jej się zrewolucjonizować kino, wprowadzając wiele niezwykłych, używanych przez wiele lat technik i nowinek.

Tak, pomyślicie, kulturoznawca ze spaczonym gustem pisze jak go nauczono. Nie każę wam wierzyć na słowo — wystarczy, że zobaczycie „Olimpię”, film dokumentarny przedstawiający olimpiadę w Berlinie w 1936 roku. Aż by się chciało, by dziś tak pokazywano sport — może nawet zacząłbym oglądać transmisje.

Można się spierać, czy Leni rzeczywiście tak bardzo popierała Hitlera, czy posłużyła mu jako narzędzie. Relacje na ten temat są sprzeczne, a historycy podzielili się równo na dwa obozy. Sąd w Norymberdze określił Riefenstahl jako „sympatyka” co jak wspominam w książce, znaczyło mniej więcej: „Mamy za mało, żeby cię skazać, ale i tak zostaniesz potępiona na wieki”.

Po wojnie Leni wyjechała do Afryki i tam fotografowała tubylców, a przekroczywszy siedemdziesiątkę, wróciła do kręcenia filmów dokumentalnych... o florze i faunie raf koralowych. Do ostatnich lat aktywna, zmarła przekroczywszy setkę.

Mówcie co chcecie, ja jestem pod jej wielkim wrażeniem.


JAN ZUMBACH

Och, jak ja kocham takich bohaterów. Oczywiście tylko w filmach i książkach, bo nie wiem, czy chciałbym spotkać takiego na żywo.

Urodzony w Polsce Jan od zawsze chciał zostać pilotem. Udało mu się to, choć zanim załapał się do znanej w całej Europie, elitarnej szkoły lotniczej pułkownika Pamuły, musiał odsłużyć swoje w piechocie, co podówczas ani chwały nie przynosiło, ani też nie było specjalnie łatwe.

Pech sprawił, że w chwili wybuchu wojny leżał Zumbach w szpitalu (fatalnie wykonany manewr na pokazie lotniczym przypłacił zniszczonym samolotem, pogruchotaną nogą i poważnym uszczerbkiem na dumie) i zwolniony stamtąd długo tułał się po kraju, a potem Europie — prawie jak Franek Dolas z „Jak rozpętałem II wojnę światową” — aż wreszcie odnalazł swoich... we Francji.

Znacie dowcipy o francuskiej armii? Cóż, jeśli wierzyć opowieściom Zumbacha, cholernie dużo w nich prawdy. Rozwiązłość, brak dyscypliny i niskie morale — nic dziwnego, że przyzwyczajonemu do ostrego drylu pilotowi trudno było to zaakceptować. Decyzja o ucieczce w prostej linii prowadzi do Northolt i nowpowstającego Dywizjonu 303, a stamtąd do galerii asów lotnictwa.

Warto jeszcze dodać, że to co najciekawsze, a z Zumbachem związane, miało miejsce niekoniecznie w trakcie, a już po wojnie. Pilot był między innymi przemytnikiem, współwłaścicielem powietrznych taksówek, a także... jednoosobową siłą powietrzną Biafry. Niektórzy twierdzą, że w Afryce zapracował sobie na haniebny tytuł „zbrodniarza wojennego”.

Ten z „Ofensywy” jeszcze nie zdążył, więc póki co, możecie go lubić.


JASPER MASKELYNE

Co można zrobić, by wsławić własne imię, gdy jest się trzecim pokoleniem w znakomitym rodzie iluzjonistów, do tego w czasach, gdy kino zaczyna odbierać widzów i trudno już czymkolwiek zaskoczyć?

Biorąc przykład z Jaspera Maskelyne'a najlepiej wstąpić do wojska i liczyć na jakąś wojnę.

Nie przesadzę, jeśli powiem, że jeśli ktoś szykowałby listę powiedzmy dwudziestu osób, bez których wojna potoczyłaby się inaczej, angielski iluzjonista znalazłby się na niej z całkiem niezłym wynikiem. Może takim jak Małysz w średniej formie w klasyfikacji generalnej mistrzostw świata.

Podejrzewając, że jako żołnierz w okopach poradzi sobie średnio, Maskelyne zgłosił się do Royal ENGINERS i tam zachwycił wszystkich radosnym happeningiem pod tytułem: niemiecki niszczyciel sunący po porośniętym trawą, zielonym stoku.

No dobra, z tym tytułem żartowałem, ale reszta się zgadza.

Dostrzegając potencjał swojego magika wojennego, Churchill wysłał go do Afryki, gdzie iluzjonista — wraz ze swoim, owianym tajemnicą Magic Gangiem — miał przyprawić o ból głowy osławionego „Lisa Pustyni”. Oczywiście jak już przekonał wszystkich, że nie przyjechał do Afryki wyłącznie na gościnne występy.

Maskelyne przejął się zadaniem, nie można bowiem inaczej tłumaczyć zagrywek w stylu przesuwania tam i z powrotem kanału Sueskiego i całej Aleksandrii, prawda? Lecą bombowce — no to miasto i woda wędrują trzy kilometry w głąb pustyni. Odleciały? Niech zatem Aleksandria wróci na miejsce.

Oprócz tego Magic Gang przebierał czołgi za ciężarówki i ciężarówki za czołgi, tworzył fałszywe tory, stacje kolejowe, a nawet... szum radiowy pełen fałszywych szyfrów. Aż dziw, że Alianci orientowali się jeszcze co było prawdziwe, a co nie — Niemcy nie mieli szans.

Po wojnie Maskelyne wrócił do pokazów na scenie. W uznaniu zasług dostał specjalne pozwolenie na występowanie w mundurze. Z którego to zresztą skwapliwie korzystał.

Miał z czego być dumny.





Copyright (C) Agencja Wydawnicza RUNA A. Brzezińska, E. Szulc sp.j. NIP 759-15-71-926. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentu materiałów zawartych na niniejszej stronie możliwe są tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.