[Banner: Andrzej W. Sawicki — NADZIEJA CZERWONA JAK ŚNIEG]
[MENU]
[Strona Główna]
[Książki]
[Tapety]
Pakiety książek, koszulki
[Zapowiedzi]
[Autorzy]
[Jak kupować]
[O firmie]
[Kontakt]
[Nadsyłanie prac]
[ZNAJDŹ NA STRONIE]
[NEWSLETTER]

[RSS] Co to jest RSS?
[NAPISALI O NAS]


[Aukcje Runy na Allegro]
[WSPÓŁPRACA]

CZYTELNICY

MEDIA I PORTALE

[STRONY AUTORÓW]

Ewa Białołęcka

Jakub Ćwiek — blog

Eugeniusz Dębski

Maciej Guzek — blog

Aleksandra Janusz

Mariusz Kaszyński — blog

Zoran Krušvar — blog

Tomasz Pacyński

Wawrzyniec Podrzucki

Magdalena Salik — blog

[STRONY GRAFIKÓW]

Anna Augustyniak

Dagmara Matuszak

Monika Rokicka

Artur Sadłos

Przemysław Truściński

Marta Kazimierak — RÓŻOWE CHWILE

Łup. Łubudu. Bum. Trach. Bach.

— Aaaaaaał!

— Gdzie my, na wieczny krąg, jesteśmy?

— To jest co najmniej... trochę dziwne, co, Promyczku? Gdzie ten twój przeklęty kolega nas wysłał!?!

— Zamknij się lepiej i wymyśl coś!

— To ja mam myśleć? To nie ja tu jestem wszechmogącym panem magiem!

— Dobrze. Dobrze. Tylko spokojnie. Może najpierw rozejrzymy się?

— Jakby nam to coś dało — Toroj wzruszył ramionami i podążył za „rówieśnikiem”.

Dookoła rozciągał się niecodzienny i nieznany chłopcom widok. Szli drogą z jakiejś dziwnej, czarnej substancji. Po obu stronach mieli ogromne budynki, zbudowane jakby niepojętą siłą ze stali i szkła, mieniące się ferrą migających, oczojątrzących barw, ciągnące się w nieskończeną w dal. Każdy budynek poznaczony był jakimiś dziwnymi znakami, które przelatywały z piorunującą szybkością po wszędobylskich tablicach. Przechodnie, mijający chłopców, byli jakoś dziwnie ubrani: mieli na sobie kolorowe spodnie i jakieś cienkie, dopasowane... no właśnie, co? Przypominało to może górę od tuniki albo koszuli — z powodu rękawów, ale niżej było gładko przylegające do ciała, w niepojętą ilość wzorów, napisów, rysunków albo znaczków. Co więcej, kobiety — chyba raczej kobiety — nosiły zamiast spodni albo tuniki jakieś nieprzyzwoite kawałki materiału, za górę mając przerażająco obcisłe coś zakrywające jedynie piersi. Pomijając jakieś dziwne nakrycia głowy, plastikowe buty albo skórzane szaliki, było w tych osobnikach coś dziwnego, pociągającego, a jednocześnie mrocznego i niebezpiecznego. Ciekawe jednak, że wszyscy oni patrzyli się na Toroja i Promienia jak na jakieś dziwadła nie z tego świata. Cóż, byli w końcu dziwadłami nie z tego świata.


* * *


Trzy godziny potem, miejsce mniej więcej to samo.

— Czy my może kręcimy się w kółko?

— No... Można tak to nazwać.

— Cholera! Cholera, cholera, cholera! I do czego nadajecie się wy, magowie? Nawet nie umiesz nas stąd wyprowadzić!

— A ty może byś umiał? Wiesz, o co tu w ogóle chodzi? Gdzie jesteśmy? Co tu robimy? No wiesz!?! — Promień kopnął z rozmachem kubełek, stojący w zasięgu jego nogi, z brzękiem posyłając go na środek owej szalonej drogi.

Ziuuuuuuuuuum!

— Na wieczny krąg co to było?

— Jakaś maszyna!

Ziuuuuuuum!

— Cholera, oni nas najeżdżają! Kryj się Toroj, tu, za tym afiszem!

Pobiegli pędem do najbliżej stojącej reklamy i skryli się pod nią, nie mając odwagi nawet wytknąć nosa z bezpiecznego schronienia. Zza metalowej ściany dobiegały miarowe odgłosy przejeżdżających — bądź przelatujących — maszyn. Niebawem jednak szum ucichł. Dał się słyszeć tylko delikatny, przerywany pisk. Toroj zaryzykował spojrzenie. Na środku drogi stała... świnka. Mała, samotna, różowa, kwiląca świnka.

— Ekhm, Promień, tam jest świnka.

Świnka?

Toroj pokiwał potakująco głową.

— A nie ma tych maszyn?

— Nie widać ani nie słychać.

— Wychodzimy?

— Niech będzie.

Wychylili czubki nosów zza metalowej ścianki, ale nic podejrzanego nie było w pobliżu. Tak jak powiedział Toroj, na środku drogi siedziała świnka i wydawała się być smutna i samotna.

— Bierzemy ją ze sobą? — W starszym z chłopców odezwał się — tak zastrzegany przez feministki dla płci pięknej — instynkt macierzyński.

— Jak chcesz. Ja wolę nie ryzykować. A nuż to pomiot szatański?

— Tak, już to widzę. Szatan i różowy. Rozbrajające połączenie. Pojdź po nią.

— Ja nie idę. Poczekam tu. Ty idź.

— Tchórz!

— Nie nazywaj mnie tchórzem! Chcesz się mną wyręczyć!

— Chcę tylko zobaczyć, czego jesteś wart!

— W takim razie dobrze. Pojdę.

Toroj wyszedł chyłkiem z kryjówki. Rozejrzawszy się dokoła, podszedł do świnki. Była zimna i metaliczna w dotyku.

— Cholera... — zdążył tylko powiedzieć, zanim jakaś porażająca moc zmiotła go na bok.

— Wara od mojej Świnki, dziwaku! — tylko mignęły mu długie, dziwne zęby na twarzy wyglądającej z maszyny.

— Toroj, żyjesz? Toroj, nic ci nie jest? Toroj, do cholery jasnej, odezwij się!

— Jak widać żyję jeszcze, na twoje nieszczęście. Bardzo cię proszę, zostań moim wrogiem. Na moment.

Zanim Promień powiedział cokolwiek, drugi chłopiec rzucił się na niego.


* * *


Pięć minut później.

— Dlaczego wrogiem? — zapytał Promień, rozmasowując obolałe ramię.

— Bo z przyjacielem nie wypada się bić — odpowiedział królewicz z godnością.

— Ale co to było z tą świnką? Pułapka?

— Nie wiem. To było co najmniej dziwne.

— Głodny jestem, wiesz? Gdziekolwiek nie jesteśmy, ci ludzie chyba muszą coś jeść?

— Nie byłbym tego taki pewien, ale zawsze można spróbować...


* * *


Dwadzieścia minut później.

— Dobra. Tu jest jakaś tawerna, czy coś. Ale czym my tym ludziom zapłacimy?

Promień wyciągnął jakąś tajemnicza bryłkę z kieszeni tuniki.

— Złoto stworzycieli, kolego, złoto stworzycieli...


* * *


Pięć minut później.

— Owoce morza?

— Mamy jakiś wybór?

— Chyba serwują tylko to.

— Może da się zjeść...

Kelner tez był dziwny. Dlaczego nic nie mówił i się nie uśmiechał?


* * *


Dwadzieścia minut później.

— Dobra. Najedzeni. Bez połowy...

— Promień...

— ...złota, ale to nic...

— ...Promień...

— ...mam zawsze rezerwy na takie okazje, tu nie sprawdzają, czy prawdziwe...

— ...Promień!

— Co!?!

— Za tobą... Kryj się!

Promień, jak w filmie na zwolniony tempie, okręcił się wokół własnej osi i...

— Świnka!!! Ratunkuuuuuu!!!


* * *


Sekundy potem.

Na chodniku leżał mały, jeszcze parujący placek ciekłej, różowej substancji. Obok leżały jakieś niezidentyfikowane srebrne patyczki, kółeczka i takie inne.

— No, super Promyczku, fajnie że sobie przypomniałeś, że jesteś m a g i e m!

— Nie złość się tak, dobra? Nic się przecież nie stało!

— Ale mogło się stać!

— Ale się nie sta...

— Za afisz!


* * *


— Kurczę, inwazja?

— Inwazja małych, uroczych, różowych świnek. Jak to cudownie brzmi.

— Żeby jeszcze nas nie prześladowały...

— A może ona są wszędzie?

— Nie zapeszaj lepiej, dobra? Rób, co masz robić lepiej.

— Już, już. — z tymi słowami Toroj zabrał się dalej za rozmontowywanie metalowej zabawki. Polizał pokłute palce, roztarł zgrabiałe ręce i dalej dzielne dzierżył w ręku kawałek wygiętego metalu, który podważał powłoki świnki. Promień wytrwale topił ich wnętrzności. Wszystko szło jak najlepiej.


* * *


Godzinę później.

Dookoła chłopaków leżała sterta różowych talerzyków, tworzących kiedyś świnki, ale na szczęście kolejka tych metalowych potworków do unieszkodliwienia zmniejszała się w całkiem szybkim tempie. Toroj z anielską cierpliwością podważał coraz to kolejne partie płatów ze świnek, a spocony i zmęczony Promień ze skupieniem i dokładnością stapiał trybiki ze świńskich brzuszków, toteż nikt nie zauważył zniknięcia części różowych talerzyków.


* * *


— Atak! Bombardują nas!

— Co to?

— Nie wiem — i wolę nie wiedzieć!

Coś stukało co chwila w afisz, za którym ukrywali się. Jakby ktoś w niego rzucał...

— Wyjrzyj, co to!

— Znów ja?

— Chyba nie będziemy się bić?

— Dobra, dobra.... Talerze!

— Talerze? To niemożliwe, talerze nie latają!

— Ale jak to nie! To nasze świńskie talerze!

— Świńskie... Stop!

— Stop je!

Metalowe płytki rozpłynęły się w jednej chwili, pozostawiając po sobie różową, gorącą kałużę. Po kilku chwilach bombardowanie ustało.

— Wyjrzyj i stop je, Promień, żeby coś znów się nie stało.

— Już, już... Koniec.

— Koniec?

— Aha.

— Możemy wyjść?

— Tak.

Wyszli. Ulice były wyludnione, ale poza tym wszystko wyglądało normalnie. Magowie postawili afisz tam, gdzie był pierwotnie i otrzepali tuniki. Wszystko nadal wyglądało normalnie.


* * *


To było coś absolutnie niecodziennego. Afisz reklamowy musicalu „Retro” drgał. A dokładniej, drgał sobie delikatnie, pokiwując się to do przodu, to do tyłu.

— Co to jest? — zapytał Toroj drżącym głosem.

— Nie wiem — odpowiedział mu ochrypły szept.

Ktoś, kto stałby chociażby trzy metry dalej, nie usłyszałby nic.. Chłopcy stali przestraszeni pod ścianą budynku. Afisz podrygiwał teraz jakby nieco mocniej.

— Ta rzecz jest nieufna. Nie ufam jej.

— Ale... Przecież coś musimy zrobić.

— Mmmusimy?

— To może być niebezpieczne!

— Mmmoże?

— Idę. — powiedział Promień z odwagą i determinacją — Nie takie rzeczy się robiło.

Drobnymi, wyważonymi kroczkami zbliżył się do reklamy, przykucnął, spojrzał w środek...

Coś różowego.

Coś małego.

Coś motającego się rozpaczliwie między metalowi nóżkami stelaża.

Coś spojrzało na niego i zamarło w bezruchu.

Podniósł afisz.

Spod żelastwa i kartonu wyłoniła się malutka, różowiutka loszka i odbiegła na serdelkowatych nóżkach z przeciągłym, metalicznym:

— Kwiiiiiiiiik!

Magowie legli na bruku.


KONIEC


Tekst nagrodzony w konkursie ZMIERZ SIĘ Z BOHATERAMI KSIĄŻEK EWY BIAŁOŁĘCKIEJ.


[KOSZYK]
Koszyk jest pusty.  
[NOWOŚCI]
[TESTAMENT DAMOKLESA]
Marcin Wełnicki
TESTAMENT DAMOKLESA
Cena det.: 39,00 zł
Nasza cena: 32,00 zł
dodaj do koszyka
 

[NADZIEJA CZERWONA JAK ŚNIEG]
Andrzej W. Sawicki
NADZIEJA CZERWONA JAK ŚNIEG
Cena det.: 39,00 zł
Nasza cena: 32,00 zł
dodaj do koszyka
 

[VLAD DRACULA]
Dariusz Domagalski
VLAD DRACULA
Cena det.: 35,00 zł
Nasza cena: 29,00 zł
dodaj do koszyka
 

[POLECAMY]
[KRAWĘDŹ CZASU]
Krzysztof Piskorski
KRAWĘDŹ CZASU
Cena det.: 34,50 zł
Nasza cena: 28,00 zł
dodaj do koszyka
 

[RUSSIAN IMPOSSIBLE]
Eugeniusz Dębski
RUSSIAN IMPOSSIBLE
Cena det.: 35,50 zł
Nasza cena: 29,00 zł
dodaj do koszyka
 

ZA KRÓLA, OJCZYZNĘ I GARŚĆ ZŁOTA
 

Copyright (C) Agencja Wydawnicza RUNA A. Brzezińska, E. Szulc sp.j. NIP 759-15-71-926. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentu materiałów zawartych na niniejszej stronie możliwe są tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
Projekt i wykonanie strony: InteliMedia