Łup. Łubudu. Bum. Trach. Bach.
— Aaaaaaał!
— Gdzie my, na wieczny krąg, jesteśmy?
— To jest co najmniej... trochę dziwne, co, Promyczku? Gdzie ten twój przeklęty kolega nas wysłał!?!
— Zamknij się lepiej i wymyśl coś!
— To ja mam myśleć? To nie ja tu jestem wszechmogącym panem magiem!
— Dobrze. Dobrze. Tylko spokojnie. Może najpierw rozejrzymy się?
— Jakby nam to coś dało — Toroj wzruszył ramionami i podążył za „rówieśnikiem”.
Dookoła rozciągał się niecodzienny i nieznany chłopcom widok. Szli drogą z jakiejś dziwnej, czarnej substancji. Po obu stronach mieli ogromne budynki, zbudowane jakby niepojętą siłą ze stali i szkła, mieniące się ferrą migających, oczojątrzących barw, ciągnące się w nieskończeną w dal. Każdy budynek poznaczony był jakimiś dziwnymi znakami, które przelatywały z piorunującą szybkością po wszędobylskich tablicach. Przechodnie, mijający chłopców, byli jakoś dziwnie ubrani: mieli na sobie kolorowe spodnie i jakieś cienkie, dopasowane... no właśnie, co? Przypominało to może górę od tuniki albo koszuli — z powodu rękawów, ale niżej było gładko przylegające do ciała, w niepojętą ilość wzorów, napisów, rysunków albo znaczków. Co więcej, kobiety — chyba raczej kobiety — nosiły zamiast spodni albo tuniki jakieś nieprzyzwoite kawałki materiału, za górę mając przerażająco obcisłe coś zakrywające jedynie piersi. Pomijając jakieś dziwne nakrycia głowy, plastikowe buty albo skórzane szaliki, było w tych osobnikach coś dziwnego, pociągającego, a jednocześnie mrocznego i niebezpiecznego. Ciekawe jednak, że wszyscy oni patrzyli się na Toroja i Promienia jak na jakieś dziwadła nie z tego świata. Cóż, byli w końcu dziwadłami nie z tego świata.
* * *
Trzy godziny potem, miejsce mniej więcej to samo.
— Czy my może kręcimy się w kółko?
— No... Można tak to nazwać.
— Cholera! Cholera, cholera, cholera! I do czego nadajecie się wy, magowie? Nawet nie umiesz nas stąd wyprowadzić!
— A ty może byś umiał? Wiesz, o co tu w ogóle chodzi? Gdzie jesteśmy? Co tu robimy? No wiesz!?! — Promień kopnął z rozmachem kubełek, stojący w zasięgu jego nogi, z brzękiem posyłając go na środek owej szalonej drogi.
Ziuuuuuuuuuum!
— Na wieczny krąg co to było?
— Jakaś maszyna!
Ziuuuuuuum!
— Cholera, oni nas najeżdżają! Kryj się Toroj, tu, za tym afiszem!
Pobiegli pędem do najbliżej stojącej reklamy i skryli się pod nią, nie mając odwagi nawet wytknąć nosa z bezpiecznego schronienia. Zza metalowej ściany dobiegały miarowe odgłosy przejeżdżających — bądź przelatujących — maszyn. Niebawem jednak szum ucichł. Dał się słyszeć tylko delikatny, przerywany pisk. Toroj zaryzykował spojrzenie. Na środku drogi stała... świnka. Mała, samotna, różowa, kwiląca świnka.
— Ekhm, Promień, tam jest świnka.
— Świnka?
Toroj pokiwał potakująco głową.
— A nie ma tych maszyn?
— Nie widać ani nie słychać.
— Wychodzimy?
— Niech będzie.
Wychylili czubki nosów zza metalowej ścianki, ale nic podejrzanego nie było w pobliżu. Tak jak powiedział Toroj, na środku drogi siedziała świnka i wydawała się być smutna i samotna.
— Bierzemy ją ze sobą? — W starszym z chłopców odezwał się — tak zastrzegany przez feministki dla płci pięknej — instynkt macierzyński.
— Jak chcesz. Ja wolę nie ryzykować. A nuż to pomiot szatański?
— Tak, już to widzę. Szatan i różowy. Rozbrajające połączenie. Pojdź po nią.
— Ja nie idę. Poczekam tu. Ty idź.
— Tchórz!
— Nie nazywaj mnie tchórzem! Chcesz się mną wyręczyć!
— Chcę tylko zobaczyć, czego jesteś wart!
— W takim razie dobrze. Pojdę.
Toroj wyszedł chyłkiem z kryjówki. Rozejrzawszy się dokoła, podszedł do świnki. Była zimna i metaliczna w dotyku.
— Cholera... — zdążył tylko powiedzieć, zanim jakaś porażająca moc zmiotła go na bok.
— Wara od mojej Świnki, dziwaku! — tylko mignęły mu długie, dziwne zęby na twarzy wyglądającej z maszyny.
— Toroj, żyjesz? Toroj, nic ci nie jest? Toroj, do cholery jasnej, odezwij się!
— Jak widać żyję jeszcze, na twoje nieszczęście. Bardzo cię proszę, zostań moim wrogiem. Na moment.
Zanim Promień powiedział cokolwiek, drugi chłopiec rzucił się na niego.
* * *
Pięć minut później.
— Dlaczego wrogiem? — zapytał Promień, rozmasowując obolałe ramię.
— Bo z przyjacielem nie wypada się bić — odpowiedział królewicz z godnością.
— Ale co to było z tą świnką? Pułapka?
— Nie wiem. To było co najmniej dziwne.
— Głodny jestem, wiesz? Gdziekolwiek nie jesteśmy, ci ludzie chyba muszą coś jeść?
— Nie byłbym tego taki pewien, ale zawsze można spróbować...
* * *
Dwadzieścia minut później.
— Dobra. Tu jest jakaś tawerna, czy coś. Ale czym my tym ludziom zapłacimy?
Promień wyciągnął jakąś tajemnicza bryłkę z kieszeni tuniki.
— Złoto stworzycieli, kolego, złoto stworzycieli...
* * *
Pięć minut później.
— Owoce morza?
— Mamy jakiś wybór?
— Chyba serwują tylko to.
— Może da się zjeść...
Kelner tez był dziwny. Dlaczego nic nie mówił i się nie uśmiechał?
* * *
Dwadzieścia minut później.
— Dobra. Najedzeni. Bez połowy...
— Promień...
— ...złota, ale to nic...
— ...Promień...
— ...mam zawsze rezerwy na takie okazje, tu nie sprawdzają, czy prawdziwe...
— ...Promień!
— Co!?!
— Za tobą... Kryj się!
Promień, jak w filmie na zwolniony tempie, okręcił się wokół własnej osi i...
— Świnka!!! Ratunkuuuuuu!!!
* * *
Sekundy potem.
Na chodniku leżał mały, jeszcze parujący placek ciekłej, różowej substancji. Obok leżały jakieś niezidentyfikowane srebrne patyczki, kółeczka i takie inne.
— No, super Promyczku, fajnie że sobie przypomniałeś, że jesteś m a g i e m!
— Nie złość się tak, dobra? Nic się przecież nie stało!
— Ale mogło się stać!
— Ale się nie sta...
— Za afisz!
* * *
— Kurczę, inwazja?
— Inwazja małych, uroczych, różowych świnek. Jak to cudownie brzmi.
— Żeby jeszcze nas nie prześladowały...
— A może ona są wszędzie?
— Nie zapeszaj lepiej, dobra? Rób, co masz robić lepiej.
— Już, już. — z tymi słowami Toroj zabrał się dalej za rozmontowywanie metalowej zabawki. Polizał pokłute palce, roztarł zgrabiałe ręce i dalej dzielne dzierżył w ręku kawałek wygiętego metalu, który podważał powłoki świnki. Promień wytrwale topił ich wnętrzności. Wszystko szło jak najlepiej.
* * *
Godzinę później.
Dookoła chłopaków leżała sterta różowych talerzyków, tworzących kiedyś świnki, ale na szczęście kolejka tych metalowych potworków do unieszkodliwienia zmniejszała się w całkiem szybkim tempie. Toroj z anielską cierpliwością podważał coraz to kolejne partie płatów ze świnek, a spocony i zmęczony Promień ze skupieniem i dokładnością stapiał trybiki ze świńskich brzuszków, toteż nikt nie zauważył zniknięcia części różowych talerzyków.
* * *
— Atak! Bombardują nas!
— Co to?
— Nie wiem — i wolę nie wiedzieć!
Coś stukało co chwila w afisz, za którym ukrywali się. Jakby ktoś w niego rzucał...
— Wyjrzyj, co to!
— Znów ja?
— Chyba nie będziemy się bić?
— Dobra, dobra.... Talerze!
— Talerze? To niemożliwe, talerze nie latają!
— Ale jak to nie! To nasze świńskie talerze!
— Świńskie... Stop!
— Stop je!
Metalowe płytki rozpłynęły się w jednej chwili, pozostawiając po sobie różową, gorącą kałużę. Po kilku chwilach bombardowanie ustało.
— Wyjrzyj i stop je, Promień, żeby coś znów się nie stało.
— Już, już... Koniec.
— Koniec?
— Aha.
— Możemy wyjść?
— Tak.
Wyszli. Ulice były wyludnione, ale poza tym wszystko wyglądało normalnie. Magowie postawili afisz tam, gdzie był pierwotnie i otrzepali tuniki. Wszystko nadal wyglądało normalnie.
* * *
To było coś absolutnie niecodziennego. Afisz reklamowy musicalu „Retro” drgał. A dokładniej, drgał sobie delikatnie, pokiwując się to do przodu, to do tyłu.
— Co to jest? — zapytał Toroj drżącym głosem.
— Nie wiem — odpowiedział mu ochrypły szept.
Ktoś, kto stałby chociażby trzy metry dalej, nie usłyszałby nic.. Chłopcy stali przestraszeni pod ścianą budynku. Afisz podrygiwał teraz jakby nieco mocniej.
— Ta rzecz jest nieufna. Nie ufam jej.
— Ale... Przecież coś musimy zrobić.
— Mmmusimy?
— To może być niebezpieczne!
— Mmmoże?
— Idę. — powiedział Promień z odwagą i determinacją — Nie takie rzeczy się robiło.
Drobnymi, wyważonymi kroczkami zbliżył się do reklamy, przykucnął, spojrzał w środek...
Coś różowego.
Coś małego.
Coś motającego się rozpaczliwie między metalowi nóżkami stelaża.
Coś spojrzało na niego i zamarło w bezruchu.
Podniósł afisz.
Spod żelastwa i kartonu wyłoniła się malutka, różowiutka loszka i odbiegła na serdelkowatych nóżkach z przeciągłym, metalicznym:
— Kwiiiiiiiiik!
Magowie legli na bruku.
KONIEC
Tekst nagrodzony w konkursie ZMIERZ SIĘ Z BOHATERAMI KSIĄŻEK EWY BIAŁOŁĘCKIEJ.
|