Zmierzchało. Słońce powoli skrywało się za górami gdy Kamyk i Pożeracz Chmur niespiesznie szukali miejsca na spoczynek po całodziennej włóczędze na przełaj przez wybrzeża jednej ze Smoczych Wysp. W sakwie maga spoczywał ich wieczorny posiłek — dwa upolowane przez będącego aktualnie w psiej postaci smoka dzikie króliki oraz garść ziół — czosnku, cebuli, polnych jarzyn. Do tego woda z bijącego opodal źródła, mały garnek oraz rozpalany właśnie przez młodzieńca ogień miały złożyć się na gulasz według przepisu wyuczonego tak dawno temu w domu jego mistrza, Płowego. Pożeracz Chmur przyglądał się przez chwilę wysiłkom towarzysza po czym dziarsko ruszył w obchód pól wokół ich tymczasowego domu. Biegł lekko, od niechcenia więcej uwagi poświęcając zagadnieniu osobliwych nawyków ludzi, niż równinie naokoło. Cóż, spędził z chłopcem tyle lat a mimo to dalej nie mógł do końca zrozumieć czemu właściwie dwunogi tak bardzo rozwinęły sztukę psucia mięsa. Jemu w zupełności wystarczało takie, jakie było w chwili po upolowaniu — cieple, wilgotne, pachnące świeżą posoką i smrodem przerażenia ofiary. Takie było najlepsze — no, ale jeśli Kamyk chce zniszczyć ten niepowtarzalny aromat, to jego sprawa...
W chwili gdy mag kończył już jeść ostatnie kęsy wieczornej strawy smok wrócił. Mag powoli odłożył garnek i przewrócił się na plecy, wpatrując się w nieboskłon, w pierwsze, mrugające gwiazdy wieczornego nieba. Bardziej poczuł, niż zobaczył jak jego towarzysz ułożył się nieopodal.
Wiesz, to mi przypomina... — rozległ się w jego głowie znajomy odgłos myśli Pożeracza Chmur.
Tak, przyjacielu? — odparł mag.
Pamiętasz, gdy zetknęliśmy się z tym dziwnym... zjawiskiem, pół roku temu? — ostrożnie zaczął smok.
Trudno byłoby zapomnieć. —odparł Kamyk. Uśmiechnął się. — Też był wieczór, podobna okolica... Właściwie do dziś zastanawiam się czy to nie był sen... Albo iluzja. Jakiś głupi psikus innego Tkacza Iluzji... Albo Stworzyciela.
Chłopak raz jeszcze wykonał rytuał który powtarzał już setki razy od tamtego czasu. Sięgnął do jednej z kieszeni sakwy i wyciągnął z niej...
* * *
Aby oddać sprawiedliwość wydarzeniom sprzed siedmiu miesięcy trzeba przyznać że wydarzenia zaczęły bieg znacznie wcześniej, w innym zakątku galaktyki — w zakurzonym, sennym sklepiku pewnego Sprzedawcy. Owo oryginalne miano zastąpiło z czasem jego prawdziwe imię gdyż większość jego klienteli nie była w stanie wymówić jego prawdziwego nazwiska. O sobie mawiał, że sprzedawał już towary na stu światach i będzie sprzedawał jeszcze na stu, zanim jakiś rząd nie wykończy go podwyżką podatków (Nie to, żeby przejawiał szczególną pilność czy terminowość w ich płaceniu — i tu brak nazwiska jednak był sporą zaletą skutecznie utrudniając już dziewięćdziesięciu dziewięciu służbom celnym i podatkowym wystawienie stosownych listów gończych. Nad setnym biedziły się w tej chwili siły jego najnowszego miejsca pobytu).
W tej chwili Sprzedawca miał jednak większe zmartwienie niż jacyś przytępawi stróże prawa kolejnego, prowincjonalnego świata. Tym razem na szali spoczywała cała jego reputacja, zaufanie, jakie budził, marka, jaką sobie wyrobił.
...Do tego piętnaście wuipippi i całotygodniowa, luksusowa wycieczka-safari na egzotyczną, nieskalaną przemysłem planetę. Czy masz jeszcze jakieś uwagi, szanowny Kliencie? — ze szczególnego, długo trenowanego nacisku na słowo „klient” które zawsze przełamywało opór kontrahentów Sprzedawca był podwójnie dumny. Tym razem jednak już trzecie użycie mogło nie wysta...
No, nie wiem. Wydaje mi się że to całkiem rozsądna... — rozmówca Sprzedawcy zaczął kolejne podejście w starożytnej grze rozgrywanej od stuleci podczas targów o towar. Na jego nieszczęście cała jego dotychczasowa wiedza i obycie nie przygotowały go na spotkanie kogoś takiego jak Sprzedawca.
Doskonale! Interes ubity! — krzyknął sprzedawca i (starannie ukrywając obrzydzenie) chwycił XXVII Radżę Echanu za... No, za coś będącego najbliższym odpowiednikiem prawej dłoni. Nie mógł powstrzymać się od tryumfalnego, choć tylko w myślach, okrzyku. I znów tego dokonał — wygrał doroczny zakład GSu (czyli Gildii Sprzedawców — organizacji mającej ciut tylko mniej wyroków o zbrodnie przeciw cywilizacji od luźnego związku prawników i komorników) po raz szósty z rzędu. Organizacja złożona z najtwardszych i najbardziej bezwzględnych istot we wszystkich galaktykach... on zaś był z nich najtwardszy i najbardziej przebiegły. Już tylko krok dzielił go od posady Preze...
O wilku mowa a wilk tuż. Niewielki ekran telewizora ustawionego w rogu jego biurka wypełniła facjata aktualnego Prezesa GSu, Ihneumathona X. Sprzedawca zmusił się do wymuszonego uśmiechu.
No, panowie, słowo się rzekło, kobyłka u płotu! — mówiąc to jednym ruchem ręki skierował obiektyw kamery na leżący na blacie biurka Roon-i-naar, największy diament Maharadży Echanu, kupiony za garść bezwartościowych śmieci — parę wuipippi, prawa do safari, czy wreszcie kwiatka w doniczce (uschniętego).
Oraz małego drobiazgu o którym nie warto wspominać — pakietu kontrolnego większości dóbr i posiadłości władcy który jak każdy czło... istota o jego pozycji lubił żyć na odpowiednim poziomie. Pakietu złożonego pod zastaw u (jak bywa) jednego z przyjaciół Sprzedawcy. Pakietu, który właśnie pod stołem zmienił dyskretnie właściciela.
Koby... co? Zresztą nieważne. — obleśnie uśmiechnął się Ihneumathon X. Jest pewien drobiazg, o którym zapomniałeś, mój drogi.
Sprzedawca powoli zmienił ułożenie warg z „wyraźnie neutralny” na „kwaśny polityczny”. Jego zamiłowanie do starych, ziemskich powiedzonek było tylko jedną z licznych kości niezgody tkwiących między nim a tą starą ropuchą. Prezes najwyraźniej wymyślił coś paskudnego aby nie oddać swojego rekordu. Cóż, był na to pewien sposób.
Cóż takiego mógł wymyślić taki geniusz jak ty? — odparł najbardziej neutralnym tonem na jaki było go stać.
Och, znaleźliśmy pewną lukę w prawie konsume... Hej! Tym razem nie nabierzesz mnie na tę paskudna sztuczkę!
Sprzedawca z politowaniem pokiwał głową. Ihneumathon X podobnie jak niektórzy prominenci z jego rasy zacinał się na sekundę przy pochlebstwach dotyczących swojego intelektu. Był to starannie skrywany sekret, jednak możliwy do kupienia. A nie istniała rzecz w żadnej z galaktyk której odpowiednio zdeterminowany kupiec nie był w stanie kupić. Sprawa z luką była mu znana — Radża, jako z definicji na swej planecie nieomylny, mógł w każdej chwili anulować kontrakt sprzedaży kamienia — i najpewniej by to zrobił natychmiast po postawieniu pierwszej przylgi na jej powierzchni. Jeśli nie ze swej woli, to po otrzymaniu sowitej łapówki od Prezesa. Cóż, sprzedawca był na to przygotowany. Obrócił się ku wiercącemu się z niecierpliwości kontrahentowi, który zdążył się już podpisać pod kontraktem i zamaszyście postawił obok własną parafkę.
Czas ruszać, wasza miłość. — spokojnie rzekł Sprzedawca i uśmiechnął się. Radży uśmiech ten dziwnie skojarzył się z uśmiechem Echańskiego Pseudotygrysa, który osaczył ofiarę. Cóż, przecież to on miał teraz przewagę nad tym zarozumiałym kupcem, prawda? Prawda?
Dlaczego więc czuł się tak nieswojo?
Ruszać? — nerwowo otarł czoło przylgą. — Obawiam się, że nie rozumiem.
To proste — Sprzedawca podniósł kontrakt. — Punkt 4 paragraf 181 mówi wyraźnie o tym, że wycieczka musi być wykorzystana natychmiast, pod karą natychmiastowego przepadku kamienia na moją korzyść. O tu, tym drobnym drukiem, wspak.
Niepokój Radży ustąpił miejsca przerażeniu.
A jeśli ją odbędę? — zapytał.
Wtedy naturalnie umowa sprzedaży zostaje zawarta i uprawomocnia się — odparł z najsłodszym uśmiechem jaki był w stanie przywołać na twarz Sprzedawca.
To kiedy ruszamy? — zapytał zrezygnowany Radża.
To jeszcze tu jesteśmy? — odparł kupiec.
* * *
L3n/g0r/ch14 — zamknięty świat. Nieciekawy, bez większych złóż minerałów, położony na uboczu. Zamknięty po serii dziwnych wypadków jakie spotkały sondy Zwiadu i dwie ekspedycje po lądowaniu. Bogaty w faunę i florę. Słowem, idealne miejsce do przyspieszenia czyjegoś udania się na tamten świat. Sprzedawca posłał jednym ruchem raport Zwiadu do niszczarki molekularnej. Nie, żeby źle życzył klientowi — po prostu potrzebował tego dokumentu. Nie miał też zamiaru dokonywać morderstwa — liczył, że załatwi to za niego sama planeta. Cóż może być bardziej legalnego — safari, którego prospekt dostał od GSu, radża, który je od niego kupił...
Najwyżej dostanie grzywnę za niewłaściwy dobór planety o ile ktoś wniesie skargę, w co wątpił. Spadkobiercy będą bardziej zajęci bitwą o schedę.
Westchnął. Podczas długich lat swojej kariery robił wiele rzeczy z których nie był dumny. Dziś miał nadzieję choćby w części ja naprawić — usuwał nieudolnego władcę który zdążył już spłukać swój świat do ostatniej koszuli, darował temu światu jego długi, a że przy okazji trochę sobie pomagał...
Dlaczego więc czuł się winny? Dlaczego usprawiedliwienia brzmiały w jego uszach pusto?
Dość z tym, zdecydował. Ostatnia machlojka żeby zdobyć wreszcie upragnione stanowisko... A potem postaram się naprawić całą organizację od środka, zmazać wyrządzone krzywdy.
Nalał szklankę wina.
Za twoje zdrowie, Radżo... I za twój rychły zgon.
Spełnił toast.
* * *
Kamyk leżał w trawie obserwując leniwie krążącego w górze Pożeracza Chmur. Wiał lekki, przyjemny wiatr niosący od morza zapach soli, mocny i orzeźwiający. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi.
Słaby, obcy w tej części świata świst został początkowo zignorowany przez smoka, gdy jednak zaczął robić się coraz bardziej natarczywy Pożeracz Chmur wykonał leniwą pętlę w powietrzu i po chwili zlokalizował źródło gwizdu.
Chłopcze? — w potężnym myślogłosie smoka można było wyczuć głębsze niż zwykle zdziwienie.
Tak, przyjacielu? — odparł Kamyk.
Jakie jest ludzkie określenie na... coś przypominającego z grubsza latający talerz, większy od największego smoka? — nuta zdziwienia pogłębiła się. — Koloru starej stali, ze światełkami na obrzeżach?
Drogi przyjacielu — odparł chłopiec. — Wszyscy wiedzą, że nie ma czegoś takiego. To niemożliwe. Talerze nie latają, no, chyba że jakaś nadpobudliwa matrona wyrzuci je przez okno podczas sprzeczki rodzinnej. To jest jakaś zagadka?
Otwórz oczy i przekonaj się sam — odburknął smok.
Kamyk powoli otworzył oczy po czym gwałtownie zerwał się z posłania i wytrzeszczył je na coś co właśnie przed nim wylądowało.
Prawdziwy latający talerz! Dokładnie taki jak opisał go smok!
A niech mnie! Czy ty też to... No tak, głupie pytanie — westchnął zawstydzony mag. — ty też nie wiesz co to może być?
Pożeracz Chmur który w międzyczasie wylądował tuż obok wykonał odpowiednik smoczego wzruszenia ramionami. Jeśli ani on, ani ludzkie szczenię nigdy nie widzieli ani nie słyszeli o takiej rzeczy...
* * *
XXVII Radża powoli wygramolił się przez cokolwiek ciasne przejście statku Sprzedawcy, sięgnął tylną przylgą po wierną strzelbę tachionową i poprawił umieszczony na pasku komunikator.
Czy jesteś pewien, że to tu? — zapytał nerwowo.
Najzupełniej — odparł wygodnie rozparty w kabinie Sprzedawca — Patrz, wystawiłem ci nawet jedną sztukę największego drapieżnika tej planety.
Świetnie — odparł Radża — Zabiję go i wynosimy się stąd.
Istotnie, o pięćdziesiąt metrów od statku spoczywał piękny, biały stwór. Jego futro z pewnością pięknie ozdobiłoby którąś z jego pomniejszych komnat... Lecz co to? Obok potwora stał... tubylec? Dla niewprawnego oka radży wydał się być z rasy bardzo podobnej do tej, z której wywodził się sprzedawca — dwie ręce, nogi, żadnych przylg, łusek... Obrzydliwość. Czy ten potwór chciał go właśnie upolować? Bestia wykonała gwałtowny ruch w stronę dwunoga.
Ty tam, bardzo proszę, nie panikuj! Zostań na miejscu! Zaraz będę strzelał do tego potwora! — krzyknął najgłośniej jak mu pozwalały na to membrany głosowe, tak, jak nawykł do krzyczenia na chłopów w swych posiadłościach.
* * *
I co? — zapytał w myślach Kamyk swojego towarzysza. — Co o tym sądzisz?
Smok zmarszczył brwi pochylił łeb tak by spojrzeć w oczy maga.
Nie wiem co o tym myśleć. Ta rzecz jest... nieufna. Nie ufam jej. — odparł powoli, z namysłem.
Rzecz? Istotnie, kamyk nigdy nie nazwałby tego... czegoś? Człowiekiem. Trzęsąca się, zielona masa najbardziej przypominała widywane ongi w porcie, ułożone w sterty na kramach rybaków ośmiornice. Z tą tylko różnicą, ze ośmiornice nie bywały nasadzone na baryłkowaty korpus na ośmiu krótkich nogach, nie dźwigały czegoś długiego i błyszczącego, i wreszcie...
Dwie membrany pod „głową” tego czegoś zaczęły się rytmicznie nadymać. Kamykowi przypomniało to... żaby, które w młodości obserwował w stawie za domem Płowego.
Czy to... wydaje jakieś dźwięki? — zapytał chłopiec. Cokolwiek to było, musiał zdać się na pośrednictwo smoka, który jednak skoncentrował większość uwagi na owym dziwnym stworze, zostawiając otwarty kanał tylko dla słów, niczego więcej.
Wydaje mi się... że to coś w rodzaju mowy — odparł niepewnie smok — to coś myśli... obrazami, ale myśli — „Bardzo cię proszę”, „zostań”, „Moim Wrogiem”?
Ostatniemu „słowu” smoka towarzyszyła eksplozja emocji. W mgnieniu oka Kamyka zalały setki różnych myśli, uczuć i pragnień obcej istoty które Pożeracz Chmur odebrał z jej umysłu. W tym ostatnie — ta, że obcy patrzył na smoka jak na ofiarę. Martwą ofiarę. A rzecz którą trzymał obcy była bardzo skuteczną bronią już wymierzoną w smoka...
* * *
Radża uśmiechnął się z zimną satysfakcją gdy potwór oderwała się od tubylca i potężnym susem oderwał się od ziemi skacząc w jego stronę. Za późno, o wiele za późno. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się chybić ze swej ulubionej broni. Lekko nacisnął spust.
I raz jeszcze.
Ponownie.
A wtedy szczęki Pożeracza Chmur zacisnęły się na jego głowie i oderwały ją od korpusu.
* * *
Sprzedawca skrzywił się bez satysfakcji obserwując rozgrywającą się na dole jatkę. Jego życzeniom stało się zadość — Radża zginął dokładnie według planu, w wypadku, na polowaniu. No, w czymś w rodzaju wypadku. Raz jeszcze machinalnie podrzucił na dłoni świeże ogniwa zasilające.
Takie, jakie ładuje się do rozmaitych rzeczy codziennego użytku... Przykładowo, do strzelb.
Jaka szkoda że Radża przypadkowo włożył zużyte. Musiały się przypadkowo zaplątać do paczki fabrycznie nowych ogniw.
Jaka szkoda.
Jednym wciśnięciem klawisza uruchomił przerywacz czasowy, drobną, dość nielegalną modyfikację która już wiele razy uratowała my życie podczas delikatnych negocjacji z rozsierdzonym kupcami (twierdzącymi przykładowo, że miał im dostarczyć więcej pieniędzy niż było w umowie) i wyszedł ze statku.
Obszedł dookoła znieruchomiałego smoka, sfotografował jego szczęki zaciśnięte ta tym co pozostał z Radży, po czym delikatnie rozwarł je siłownikiem hydraulicznym i zawlókł jego zwłoki na statek. Wrócił po strzelbę, zamienił ogniwa i zarzucił ją sobie na ramię. Czegoś tu brakowało...
Ach, tak. Nigdy nie lekceważ okazji na zyskanie nowej klienteli — taka była jego dewiza. Wyjął z kieszeni jedną z wizytówek i wsunął ją do torby chłopca. Dziwne, przypominał człowieka — ale co mieliby robić ludzie w tak odległym zakątku galaktyk? Może jakaś zaginiona kolonia? Nieważne, zajmie się tym później, gdy już pozbędzie się urzędującego Prezesa i jego kliki. Wtedy zaniesie tym biednym istotom kaganek cywilizacji.
Tak, przyjemność może poczekać.
* * *
Co to na wszystkie demony głębi było? — po półgodzinie smok w kółko zadawał to samo pytanie. Kamyk tylko wzruszył ramionami — gdyby znał odpowiedź, na pewno by się nią podzielił. Cóż, nieczęsto widuje się latające talerze, które nagle w niewytłumaczalny sposób znikają.
Na pewno nie postanowiłeś zrobić mi jakiegoś kiepskiego psikusa? — zapytał smok mrużąc oczy — Nie, wyraźnie czułem myśli tego czegoś. — sam sobie odpowiedział. — Cóż więc to mogło być?
A właśnie, smakowało to jeszcze gorzej niż wyglądało. Do teraz to czuję — tu Pożeracz Chmur wykonał najlepszą imitację ludzkiego splunięcia jaką mag kiedykolwiek widział w wykonaniu smoka.
Smak? — odparł lekko zdziwiony chłopiec.
Ano, smak — powtórzył smok. — Ohyda, podobne do tych paskudztw które wy, ludzie, nazywacie owocami morza.
To znaczy ośmiornic?
Tak, tyle że to było gorsze i wchodziło w zęby. Dużo bym teraz dał za te drewienka którymi wy, ludzie, grzebiecie w zębach. Jak to się zwało? Wykałaczki?
* * *
Niniejszym ogłaszam że sprawa nieszczęśliwego wypadku na polowaniu zostaje zamknięta. Brylant Radżów Echani od teraz jest oficjalnie Pański, panie Prezesie — powiedział cicho szary, zasuszony człowieczek, główny radca prawny GSu i adwokat wszystkich zamieszanych w afery członków tego grona.
Prywatnie stary znajomy Sprzedawcy. Byłego sprzedawcy — od piętnastu minut nowego Prezesa, który uśmiechnął się promiennie widząc miny Ihneumathona X i jego zwolenników.
Panie i Panowie — zaczął. — Wiecie, co w dawnych czasach robiło się po powiedzeniu „Słowo się rzekło, kobyłka u płotu”? Nie? To wam gwarantuję, że bardzo szybko się dowiecie.
* * *
Kamyk zamyślił się patrząc w wieczorne niebo. Trzymał w wyciągniętej przed sobą ręce biały prostokąt z jakiegoś dziwnego materiały, śliskiego, ale mocnego, przypominającego połączenie tektury z jedwabiem. Odkryli go w jakiś czas po tamtych zdarzeniach w jego torbie — i ani chłopiec, ani jego smok nie mieli pojęcia jak się tam właściwie znalazła. Dość powiedzieć, że prostokącik pokrywał jakieś nieznane pismo, a po naciśnięciu zabarwionego na niebiesko rogu rozlegała się prosta melodyjka — tak przynajmniej twierdził Pożeracz Chmur.
Kamyk wierzył mu na słowo.
Chłopiec przymknął oczy i zaczął sobie wyobrażać proste tony, takie, jakie ukazał mu dawno temu smok. Po chwili zaczął mościć sobie w wysokiej, miękkiej trawie legowisko na noc.
I czy to przez nieuwagę, czy z rozmysłem, wypuścił z dłoni tajemniczy symbol z niebios, który zawirował w wieczornej bryzie, by stać się tylko białym punktem nad falami, a w końcu zniknąć.
KONIEC
Tekst nagrodzony w konkursie ZMIERZ SIĘ Z BOHATERAMI KSIĄŻEK EWY BIAŁOŁĘCKIEJ.
|