TRZECI ŚWIAT — KOMENTARZ AUTORSKI


Wszelkie wypowiedzi odautorskie, jakie pojawiają się już po powstaniu danego utworu obarczone są znacznym ryzykiem. Przede wszystkim, można mniemać, że skoro autor zaczyna komentować swoją pisaninę, to znaczy, że niezbyt się mu ona udała, już to dlatego, że jest niezrozumiała (i właśnie dlatego wymaga dodatkowego komentarza) już to dlatego, że nikt inny komentować owej pisaniny nie chce, mając ją za kiepska, mało istotną, nieporywającą i dlatego nie domagającą się recenzji czy choćby wypowiedzi na tym lub innym forum internetowym.

Spieszę wyjaśnić, że ten artykuł nie ma takiego charakteru.

Nie znaczy to, że podzielam pogląd, wyrażany np. przez J. Kosińskiego w uwagach autora, towarzyszących Malowanemu Ptakowi (dla przypomnienia — twierdził on, że pisarz, po skończonej pracy ma takie same prawa jak każdy czytelnik i jego komentarz nie jest w żaden sposób bardziej istotny, bardziej „prawomyślny” niż interpretacje innych czytelników). Ja sądzę inaczej; pisarz o swoim utworze rzeczywiście wie więcej, potrafi rozszyfrować powprowadzane do tekstu zagadki, sprawnym ruchem rozbroić wszystkie, porozwieszane po ścianach strzelby, wyjaśnić, jaki dany utwór miał cel (o ile jakikolwiek miał), i powiedzieć, co ma oznaczać szczególnie osobliwa metafora. Jednocześnie jednak sądzę, że autor nie może tej wizji narzucać; to byłoby spojrzenie kogoś, kto nie traktuje czytelników jak równych sobie, postawa dyktatora, nie partnera. A ja na dyktatora nie mam zadatków.

Rolę komentarza autorskiego widzę inaczej — jako wypowiedź, wskazującą, co chciało się osiągnąć, Czytelnikom pozostawiając ocenę, czy te zamierzenia zrealizować się udało. Jest więc poniższy komentarz zbiorem życzeń (pobożnych?), jakie miałem siadając do pisania Trzeciego Świata. Bo, myślę sobie, siadając do pisania książki, dobrze przynajmniej wiedzieć, czego się chce. Czego więc chciałem ja?


1. ODDAĆ NALEŻNE HONORY JEDNEMU Z ULUBIONYCH PISARZY

Czytelnik nie musi być nawet specjalnie uważny, by bez trudu zauważyć dedykację na początku książki: pamięci Ryszarda Kapuścińskiego. Po przeczytaniu owej dedykacji może trochę bardziej jasny stanie się tytuł książki oraz to czy inne nawiązanie, ale może pojawić się wątpliwość. Dlaczego Kapuściński? Przecież on nie pisał fantastyki!

Ano właśnie. Jeśli miałbym wskazać jakąś cechę charakterystyczna, rządzącą autorską wyobraźnią w naszym światku pisarzy fantastyki, byłby to właśnie ów dość blisko zakreślony horyzont inspiracji. Nie twierdzę bynajmniej, że pisarze fantastyki nie czytają innej literatury, niż fantastyczna, ha, wręcz przeciwnie, czytają jej sporo (choć dodajmy uczciwie, że gdyby ktoś chciał skrupulatnie śledzić poczynania konkurencji, krajowej i zagranicznej, czytając wszystko, co ukazuje się drukiem, na żadną inną lekturę nie starczyłoby mu czasu). Niemniej, owe inne lektury, te „spoza horyzontu” nieczęsto znajdują odzwierciedlenie w tym co nasi fantaści piszą — aby nie być gołosłownym, a jednocześnie nie wskazywać innych palcem, jako przykład wskażę samego siebie — siatka odniesień obecna w Królikarni w większości przypadków ograniczała się do inspiracji fantastycznych względnie okołofantastycznych. Mam wrażenie, że wynika to trochę z tkwiącej gdzieś w tyle głowy świadomości, aby pisać w ten, a nie inny sposób, bo w przeciwnym razie Czytelnicy — owo dobro największe polskiej fantastyki, coś, czego głównonurtowcy, przynajmniej ci, którzy jeszcze nie dostali Nike, mogą nam tylko zazdrościć, odwróci się od nas.

Kapuściński jest w tym kontekście postacią dla mnie ważną. Mam na myśli to, że choć jego utwory napisane są w zupełnie inny sposób i traktują o innych tematach, jest to w pewnym sensie (przynajmniej jeśli chodzi o siłę rażenia) literatura masowa. Nie wiem, czy jakikolwiek polski pisarz fantastyki może poszczycić się takimi nakładami, jaki osiągają książki Kapuścińskiego. Żaden nie może liczyć na podobne uznanie w świecie.

Nie będę w tym miejscu pisał apologii Kapuścińskiego, nie dlatego, by Kapuściński na taką apologie nie zasłużył, ale przecież wielu przede mną wyjaśniało już, że „wielkim reporterem był” i zrobiło to w sposób bardziej przemyślany, niż ja potrafiłbym uczynić. Powiem jednak co sam, jako czytelnik zawdzięczam jego książkom.

Otóż kiedyś, dobre dziesięć—dwanaście lat temu zafiksowałem się na pomyśle czytania li tylko fantastyki; głównonurtowa pogarda dla fabuły nie była tutaj zapewne bez winy, bardziej jednak odpowiedzialne były rady niektórych uznanych literatów, zgodnie z którymi, chcąc być dobrym pisarze (a już wtedy chciałem być dobrym pisarzem, he, he) należy znać kanon. Poznawałem zatem ów kanon, a oprócz niego, to co wpadło mi w ręce spoza kanonu, na innego rodzaju prozę parskając pogardliwie. I to właśnie wtedy utwory Kapuścińskiego wylały mi na głowę kubeł zimnej wody. Dlatego właśnie Kapuściński jawi mi się jako oswobodziciel mojej prywatnej wyobraźni. Jak mnie wówczas Heban chwycił za gardło! Zanim pojawił się w formie książkowej, fragmenty były dostępne w gazetach — czytałem je chciwie, tropiłem jak maniak, i jest to jedno z doświadczeń czytelniczych, które trudno zapomnieć.

Pozostaje oczywiście pytanie, czy hołdy, składane przez pisarza tego kalibru co ja, mają jakąkolwiek wartość z perspektywy takiego giganta jak Kapuściński. Cóż, mogę powiedzieć tyle, że się starałem. Ocena należy do Was.


2. OTWORZYĆ WOREK Z NARRACJAMI

Nie wiem czy to zauważyliście, ale historie opowiadane w fantastyce są najczęściej opowiadane w sposób z grubsza rzecz biorąc do siebie podobny. Owszem, zdarzają się próby rozerwania narracji linearnej, podejmuje je wielu autorów, próby te ograniczają się najczęściej do gry czasem, wprowadzania kilku osób (kilku głosów), opowiadających o danym zdarzeniu, nie stanowią zaś (en masse) jakiejś zmiany jakościowej. Nawet pisana z założenia jako eksperyment książka Wojciecha Szydy — Hotel Wieczność — to w większości narracja linearna, a do połowy książkę czyta się w ogóle po prostu jak kryminał.

Jeśli ktoś właśnie pomyślał, że napisałem Trzeci Świat trzynastozgłoskowcem, albo, żeby go zrozumieć, trzeba nagrać go w pliku audio i odsłuchać od tyłu, to jest w błędzie. Co to, to nie. Nie nawołuję do eksperymentów literackich mających na celu sam eksperyment, nie namawiam np. do ślepego pisania „masłem” imitującym słowotok Wojny polsko-ruskiej. Sam za tego typu eksperymentami nie przepadam i, prawdę powiedziawszy, psują mi one przyjemność z lektury. OK, to jest skrajność druga — ale przecież jest cała masa stanów pośrednich, środków wyrazu, które zwyczajnie nie są przez fantastykę używane (lub używane są niezbyt często). Podam przykład: reportaż. Forma interesująca, nie psująca radości z lektury, za to pozwalająca wydobyć z fantastyki coś, czego nie sposób wydobyć w inny sposób. No dobrze, ktoś powie: słuchaj Guzek, skoroś taki mądry, to może sam spróbujesz.?

Więc spróbowałem.


3. NIE PISAĆ KOLEJNEGO SNU O POLSKIEJ POTĘDZE

Wiem, brzmi to dziwnie, jeśli ma się w pamięci Królikarnię, która właśnie taki sen o potędze oferuje. Zresztą, nie mam tutaj zamiaru dyskwalifikować wszystkich mitów kompensacyjnych, jakie w ostatnim czasie pojawiły się w naszej fantastyce, w tej liczbie mojej Królikarni. To są fajne sny, które mają swoje miejsce w literaturze; mają też swój czas. Względnie duża popularność Królikarni brała się między innymi z tego, że trafiła ona w dobry moment, Zeitgeist był taki, że podobne historie wydawały się jak najbardziej na miejscu. Wejście do UE, wystrzelający w kosmos wzrost gospodarczy, malejący wskaźnik ubóstwa, słowem rodzący się optymizm, który jeszcze potrzebował podbudowy w postaci pewności siebie (którą historie, prezentujące Polskę jako mocarstwo, dają) wręcz wymuszał powstawanie podobnych opowieści. Wymuszała to również naturalna reakcja na nadmiar krytyki naszych przywar narodowych, nadmiar obecnej w kulturze „martyrologii” (przynajmniej w odczuciu odbiorców). Ludzie nie chcieli czytać tylko o tym, jak znowu nam się nie udało i jacy jesteśmy do bani.

Zwłaszcza że właśnie nam się udawało. I to całkiem sporo.

Nie mam jednak wrażenia, by kolejna taka opowieść była teraz potrzebna. Sny, (to truizm), nawet piękne, mają to do siebie, że trzeba się zbudzić. Polska fantastyka dorośleje, trzeba więc na pewne sprawy — w tym na nas samych — spojrzeć z większą powagą i bardziej szczerze.

Trzeci Świat to próba takiego spojrzenia.


4. POŻEGNAĆ SIĘ Z FANTASY

Wyrastałem w tym gatunku, to właśnie fantasy (Tolkien, Sapkowski, Tigana Kaya) było przez lata tym, co czytałem z największym zainteresowaniem, do czego wracałem z największą przyjemnością. To zresztą widać, spoglądając na to, co sam pisałem. Z pewnych wzorców, wrytych w pamięć, cholernie trudno się wyzwolić. A tymczasem, żeby iść do przodu, chyba trochę trzeba.

Trzeci Świat w założeniu miał być pożegnaniem z fantasy; mam w głowie kilka innych projektów, nie operujących tym zestawem dekoracji i odnoszących się do innych ścieżek fabularnych niż np. quest. Myślałem, że jeśli w ogóle będę pisał jeszcze fantasy, będzie ono zupełnie, ale to zupełnie inne.

Ale przecież nie powinno się odchodzić bez pożegnania.

Macie je przed sobą.

Jednak wyobraźnia lubi nas zaskakiwać. Gdzieś tak w połowie Trzeciego Świata zdałem sobie sprawę, że kiełkuje we mnie kolejny pomysł, który dosłownie muszę z siebie wyrzucić. I jest to pomysł par excellance fantasy.

Ba, ta historia dziać się będzie w realiach Trzeciego Świata (choć nie będzie to prosta kontynuacja). I wszystko wskazuje na to, że będzie to jedna z pierwszych rzeczy, jaką napiszę po Trzecim Świecie.

Wiem, to nie jest najlepsze świadectwo autorskiej konsekwencji, jakie można sobie wyobrazić, ale trudno. Pożegnanie z fantasy nie do końca mi wyszło, mam nadzieję, że udało mi się przynajmniej coś innego — przewietrzenie tej konwencji.

No, ale to — jak wszystko, co napisałem wcześniej — należy do Czytelników.

Jak i cała książka, którą oddaję w Wasze ręce.

Maciej Guzek

Wszystkich P.T. Czytelników zapraszam do komentowania Trzeciego Świata na moim blogu.





Copyright (C) Agencja Wydawnicza RUNA A. Brzezińska, E. Szulc sp.j. NIP 759-15-71-926. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentu materiałów zawartych na niniejszej stronie możliwe są tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.