WIELKA WOJNA — WG ANNY BRZEZIŃSKIEJ
Nigdy nie interesowała mnie historia współczesna — kiedy podczas studiów dotarliśmy do kresu Belle Époque, skwapliwie załatwiłam sobie indywidualny tok studiów, żeby w spokoju zgłębiać tajemnice średniowiecznej filozofii i ikonografii. Nigdy nie przypuszczałam, że pierwsza wojna światowa doścignie mnie po latach w słowach piosenki:
Laying low in a blood filled trench. Killing time 'til my very own death
On my face I can feel the falling rain. Never see my friends again
In the smoke in the mud and lead. Smell the fear and the feeling of dread
Soon be time to go over the wall. Rapid fire and the end of us all
Whistles, shouts and more gun fire. Lifeless bodies hang on barbed wire
Battlefield nothing but a bloody tomb. Be reunited with my dead friends soon
Od strony taktycznej tamta wojna wydaje mi się tępym, upartym waleniem głową w mur. Nikt nie może uzyskać przełamania, ale dowódcy uparcie ignorują fakty, rzucając na śmierć kolejne oddziały. Zanim efektywnie nauczą się wykorzystywać strategię „bite and hold” miną trzy lata. Tysiące, dziesiątki tysięcy istnień ludzkich przeciekną przez palce.
Im więcej czytałam o Passchendaele, tej upiornej bitwie, kiedy żołnierze miesiącami topili się w błocie, tym trudniej było mi zapomnieć o obrazach, narzucanych przez wspomnienia tych chłopców, którzy znaleźli się w okopach. Bo pierwsza wojna światowa jest szczególna również ze względu na ogrom bardzo prywatnych materiałów, listów, wspomnień, dzienników tworzonych przez uczestników tamtych zdarzeń. Owszem, listy brytyjskich żołnierzy bardzo starannie cenzurowano, ale wciąż można z nich zrekonstruować i codzienne życie okopowe, i przede wszystkim emocje tych młodych mężczyzn, którzy stanęli naprzeciw siebie w okopach. Wielu z nich posiadało staranne wykształcenie, wielu miało za sobą — lub przed sobą — próby literackie: Owen i Sassoon. Graves i Kipling. Zweig i Remarque. McCrae i Grenfell, żeby wymienić tylko kilku z całego pokolenia. Ci, którzy przeżyli, potrafili przekuć swoje wojenne doświadczenie w literaturę, niekoniecznie zamykając się w kręgu baśni o hobbitach. Po niektórych pozostało zaledwie kilka wierszy i kiedy się je teraz czyta, wrażenie jest takie samo, jak po lekturze tekstów chłopców, którzy ginęli w Powstaniu Warszawskim.
Z ich listów, z ich wspomnień przebija jeszcze jedna, szokująca kwestia — kiedy ci ochotnicy jechali na front w zamkniętych eszelonach, większość z nich nie miała zielonego pojęcia, co na nich czeka. Wyobrażali sobie tę wojnę jako wesołą majówkę z literatury werbunkowej, pełną wspaniałych wyczynów, męskiej przyjaźni oraz przyjaznych francuskich dziewcząt. Nic ich nie przygotowało na Wielką Maszynkę do Mielenia Mięsa — rzeź, w której osobiste męstwo, wyszkolenie i poczucie fair play nie mają najmniejszego znaczenia. Czekała ich zdehumanizowana, bezosobowa i bezsensowna śmierć, bo przy nieustannym ciężkim ostrzale zacierał się związek pomiędzy przyczyną i skutkiem: człowiek siedział pozornie bezpieczny na dnie okopu, w grupie takich samych jak on kumpli, kiedy znienacka uderzała go zbłąkana kula albo odłamek pocisku. Właśnie jego, nie innych. Właśnie w tej chwili, nie wcześniej czy później. Bez sensu, bez powodu. Jak we śnie.
Ta wojna dla Brytyjczyków wciąż pozostaje Wielką wojną — stracili na niej więcej ludzi niż w walce z Hitlerem. Oczywiście wojna i wcześniej była bardzo silnie obecna w tamtej kulturze. Całe wychowanie młodych Brytyjczyków, szkoły z internatem, kult grupy, etos poświęcenia dla wspólnego dobra, misja białego człowieka — wszystko to miało ukształtować idealnego urzędnika kolonii, niezawodnego sługę Imperium. Owszem, i wcześniej ludzie ginęli w potyczkach ze zbuntowanymi Afgańczykami czy podczas powstania sipajów. Lecz ich śmierć powracała na Wyspę w bohaterskich opowieściach, była odległa i w pewien sposób wpisana w porządek rzeczy. Pierwsza wojna światowa ten porządek brutalnie zakłóciła, sięgając już nie tylko po tych, którzy postanowili związać się z armią, zostając profesjonalnymi żołnierzami. Teraz wojna wpływała na życie każdej rodziny. Na fali patriotycznego uniesienia do armii zaciągają się dzieci klas wyższych i inteligencji, te najlepiej uposażone i wykształcone. W Oxfordzie całe gromady przyjaciół wspólnie maszerują do punktów werbunkowych, po części zresztą dlatego, żeby nie ośmieszyć się w oczach rówieśników. Bo presja jest silna. Na ulicach atakują plakaty werbunkowe, prasa jest pełna propagandowych wezwań, a dziewczęta rozdają cywilom białe piórka, symbol tchórzostwa. A potem, kiedy rozegra się już krwawy spektakl Sommy, zaczyna się masowy, obowiązkowy pobór do wojska. Na początku dotyczy tylko kawalerów, potem także żonatych i mężczyzn po czterdziestce. Formowane są specjalne „pal battalions”, bataliony kumpli z tej samej okolicy, którzy razem idą do bitwy i razem giną. „Wiemy, że go stracimy — pisze o synu jedna z matek — albo powróci tak okaleczony, że armia nie będzie miała z niego żadnego pożytku. Ale nie możemy go zatrzymać. Nie teraz, kiedy tylu synów naszych przyjaciół poszło na wojnę.”
Psychoza wojenna dotyka także ludności cywilnej. Na wielu poziomach. Matki umierają z niepokoju o synów, żony o mężów. Ale cywile boją się również Niemców, osławionych Hunów, którzy stają się synonimem barbarzyństwa i okrucieństwa. Po Wyspie krążą opowieści o wymordowanych belgijskich wioskach, o dzieciach z obciętymi rękami, o zabitych kobietach, wreszcie o zatrutych studniach. Dlatego ta wojna jest postrzegana przez Brytyjczyków jako walka z niemieckimi dzikimi hordami, które zamierzają zdusić wszelką cywilizację. To wojna światów, również na poziomie ideologicznym — przeciwnik jest odhumanizowany, spychany w propagandzie wojennej do roli dzikiego zwierzęcia. Dowództwo nie jest zbudowane tzw. rozejmem wigilijnym w 1914 r., kiedy we Francji żołnierze z obu stron frontu spontanicznie wyszli z okopów, żeby wspólnie napić się grogu, wypalić kilka papierosów, wspólnie oglądać zdjęcia żon i narzeczonych. W rok później brytyjscy dowódcy rozkażą od rana utrzymywać ostrzał, żeby w zarodku zdusić równie niebezpieczne akty niesubordynacji.
Pewien idiotą nazwał ją „wojną, która zakończy wszystkie wojny”. Nie okazała się nią i w bardzo brutalny sposób zakończyła piękny dziewiętnastowieczny sen o postępie i powszechnym dostępie do szczęścia.
Copyright (C) Agencja Wydawnicza RUNA A. Brzezińska, E. Szulc sp.j. NIP 759-15-71-926. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentu materiałów zawartych na niniejszej stronie możliwe są tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.