Tekst nagrodzony w konkursie „Wilczego dziedzictwa” Efantastyki i Agencji Wydawniczej RUNA
Andrzej „dis” Probulski
ARKADIA
Na początku jest zapach. W rozgrzanym powietrzu sali biesiadnej, gdzieś pod basowymi tonami oliwy i potu, pod skwaśniałym winem i zastarzałym tłuszczem, pod niemal zwietrzałą wonią spalenizny — ten jeden zapach jest jak fałszywa nuta, jak dźwięk wydobyty mimowolnie z kitary przez niewprawnego grajka.
Snopy wpadającego przez okno światła wykrawają z ciemności kształty, faktury, detale. Ramię mojego pierworodnego, który zasnął w kącie nad swoim półmiskiem. Połyskliwe plamy tłuszczu na starym, ciemnym drewnie. Okruchy rozbitych amfor, lepkie ślady rozlanego wina.
Węszę.
Ciężki, suto doprawiony miodem trunek z Hios brzmi n i e m a l jak ten wwiercający się w czaszkę odór, ta obrzydliwość, która kazała mi otworzyć oczy. To, czego szukam, jest gdzie indziej. Zapach dobiega mnie gdzieś z głębi sali, spomiędzy poprzewracanych stołów i leżących pokotem biesiadników, spod łoju i oliwy, spod swądu spalenizny i słabej woni kadzidła. Pulsuje w głębi na wpół ciemnej izby, wabi ku miejscu u szczytu stołu.
Idę.
Brnę raczej niż idę, niezdarnie zataczając się na ołowianych nogach, na łapach jak nie moje, na zwierzęcych, obcych szponach, które pozostawiają w klepisku głębokie bruzdy. Potykam się o gliniane skorupy, o połamane ławy, o biesiadników, którzy pokładli się byle gdzie. Trącam łapą jednego z tych, którzy zasnęli przy stole — a on, ledwo dotknięty, wali się bez słowa w dół, jak szmaciana lalka.
To tutaj.
Woń, która zrazu zdawała się być jedynie drażniącym tremolo, tępym szarpaniem za strunę przez niedouczoną heterę — rozrasta się we mnie w akord. Jeży gęstą sierść na karku, rozszerza nozdrza, puszcza zimny dreszcz w dół potężnych pleców — i staje się pieśnią. Przeciągam językiem po zaschłej, zakrzepłej już plamie — łowiąc resztki metalicznych tonów i prawie niewyczuwalną słodycz.
Smakuję krew chłopca, a pozostałych czterdziestu dziewięciu moich synów — z których żaden nie zasnął nad swym półmiskiem, żaden nie spił się na umór, żaden nie wtoczył się pod stół z pelazgijską niewolnicą — wpatruje się we mnie pustymi, wypalonymi oczodołami.
Ajgeon o szerokich barkach i Klejtor o bystrym spojrzeniu, Licjusz, biegły w robieniu oszczepem, i Orchomenus, roztropny ponad swój wiek. Akontes, Arcjon i Archebates, Klejtor, Eumetes i Fineus, Helix, Titanas i Karteron. I Melenus o czarnych falujących włosach, mój pierworodny, teraz — zwęglony strzęp tam, w kącie izby.
Jestem Likaon, władca Arkadii. Synobójca i świętokradca, okrutnik i łotr.
Gdy rydwan Heliosa schowa się za horyzontem, na moją ziemię spojrzy pani Artemida.
A wtedy ja, pod jej okiem, wyruszę na polowanie.
Copyright (C) Agencja Wydawnicza RUNA A. Brzezińska, E. Szulc sp.j. NIP 759-15-71-926. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentu materiałów zawartych na niniejszej stronie możliwe są tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.