WILKOŁAKI W POLSCE


Ręka do góry, kto wziął przykład z Colina i uwierzył, że w Polsce nie ma wilkołaków (rodzimych, a nie przybyszy z Zachodu, którzy poszukują u nas kontaktu z naturą).

A przecież ostrzegaliśmy, że Colin bywa omylny! I to mimo że teoretycznie przekonał się, jak sprawnie organizacja fałszuje informacje, nie tylko te przeznaczone dla ludzi, ale także przekazywane jej szeregowym członkom. No owszem, teorię o braku wilkołaków w krajach dawnego bloku wschodniego wyznawał także Alberto, niemniej również jemu zdarzały się potknięcia. Zresztą, jak myślicie, skąd Włoch miał tak dokładne wiadomości na temat organizacji? Oczywiste, że musiał od czasu do czasu zyskać okazję do przepytania jednego z jej członków. No i niekiedy nasłuchał się bajek, a nawet on nie zawsze potrafił skutecznie oddzielić ziarno od plew.

W tym przypadku organizacja fałszuje informacje głównie dlatego, żeby nie przyznawać przed trybikami sprawnie działającej maszynerii, że istnieją tacy, którzy rzeczoną maszynerię mają w głębokim poważaniu, a mimo to nie padają jak muchy (co akurat jest jasne, skoro zdecydowanie bliżej im do wilków) pod gradem srebrnych kul. Być może kiedy już organizacji uda się pomyślnie rozwiązać ten gryzący problem — innymi słowy: dyskretnie pogrzebać wszystkie trupy — wspomni swym członkom o zbuntowanych pobratymcach z krajów dawnego bloku wschodniego, żeby ich smutny przykład stanowił przestrogę dla kolejnych pokoleń świadomych.

Na razie jednak wilkołaki w Polsce mają się całkiem dobrze. Odgrodzone żelazną kurtyną, przez długie lata nawet nie wiedziały, jak bardzo wilkołacza społeczność na Zachodzie zorganizowała się po drugiej wojnie światowej. Część uciekła przez zieloną granicę i dołączyła do organizacji, niekiedy ktoś przemycił wieści w drugą stronę, ale generalnie żyły w błogiej nieświadomości tego, że łamią od groma i trochę uświęconych zasad.

Przed organizacją stoi teraz trudne zadanie włączenia owych zagubionych członków społeczności w sprawnie funkcjonujące struktury. Szkopuł w tym, że mimo iż wysyłani przez nią emisariusze odmalowują bytowanie na łonie wielkiej wilkołaczej rodziny w iście ponętnych barwach słabo wysmażonego steku, polskie wilkołaki nie garną się na łono organizacji. A, niestety, jest ich trochę za dużo, żeby dało się załatwić tę kwestię mniej dyplomatycznymi metodami.

Polskie wilkołaki żyją w niewielkich grupach rodzinnych, utrzymujących ze sobą sporadyczne kontakty. W zależności od sytuacji materialnej mogą mieszkać w kurnej chacie na zabitej dechami wsi, w rezydencji pod lasem, albo też posiadać skromne lokum na przedmieściach, a do tego domek letniskowy zagubiony w głuszy — lub poprzestawać na wyprawach pod namiot, kiedy chcą sobie pohasać przy blasku księżyca w pełni.

Oczywiście, jak już wcześniej podkreślano, prawdziwe wilkołaki mają niewiele wspólnego z bestiami, które przez lata oglądaliśmy na kinowych i telewizyjnych ekranach. Nie ma więc powodu do zdenerwowania — zabiją nas tylko w ostateczności. Jeśli jednak przypadkiem do sąsiedniego domu wprowadza się rodzina, której członkowie są ciemnowłosi i mają piwne oczy, nie próbujmy jej szpiegować. Tak, tak, wcale nie usiłujemy być wścibscy, a jedynie okazujemy dobrosąsiedzkie zainteresowanie. Pamiętajmy wszakże, że nawet najbardziej sympatyczny wilkołak ma zwykle lekkiego hysia na punkcie zachowania istnienia swego gatunku w tajemnicy.




Copyright (C) Agencja Wydawnicza RUNA A. Brzezińska, E. Szulc sp.j. NIP 759-15-71-926. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentu materiałów zawartych na niniejszej stronie możliwe są tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.