OPOWIEŚCI Z WILŻYŃSKIEJ DOLINY


Wilżyńska Dolina powstała od niechcenia. Pierwsze opowiadanie napisałam dla moich przyjaciółek, z którymi przez lata spotykałam się na wspólne gotowanie, gadanie i picie w sobotnie noce. Bodajże w 1998 r. pokazałam je Mirkowi Kowalskiemu, redaktorowi naczelnego wydawnictwa SuperNOWA, gdzie na publikację oczekiwała moja pierwsza książka — „Zbójecki gościniec”. Mirek postanowił wykorzystać je do promocji powieści i zaniósł tekst do redakcji „Nowej Fantastyki”, ale ponieważ tam się nie spodobał, ostatecznie zdecydował się je opublikować Andrzej Miszkurka, redaktor „Magii i Miecza”. A potem opowiadane dostało Nagrodę Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla, rozpętała się straszliwa afera, ponieważ wyrok fanów nie wszystkim się spodobał i swemu niezadowoleniu rześko dawali wyraz, a ja — ku swojemu zaskoczeniu, bo grałam dotąd wyłącznie w chińczyka i monopol — zostałam Madonną Partyzancką Graczy RPG. To zresztą była akurat najfajniejsza część tego zamieszania, bo poznałam mnóstwo fantastycznych ludzi, którzy wprawdzie grać mnie nie nauczyli, ale o historii i innych demonach przegadaliśmy szmat czasu.

Bo historii wbrew pozorom jest w Wilżyńskiej Dolinie bardzo dużo. Choć należy do świata „Sagi o zbóju Twardokęsku”, jest oddalona od głównego nurtu wydarzeń i wielka wojna dociera do niej jedynie w słabych echach — a to jako banda maruderów, a to jako pieśń minstrela, a to wreszcie pod postacią zachłannego kupca, który prawem kaduka sięga po opustoszałe posiadłości. To celowe. Bo historia, także ta prawdziwa, nie płynie jednym nurtem, tym równym staccato dat kolejnych bitew i rozejmów, jaki wbija się nam do głowy w szkole. Historia się rozdziela na pasma, a niektóre z nich sięgają bardzo głęboko — do tradycyjnego, przedindustrialnego czasu, który jest oparty o rytm przyrody i sacrum, o mit, który nieustannie przenika rzeczywistość. W tym świecie wydarzenia stają się odbiciem czegoś głębszego, tej podstawowej opowieści, która stwarza świat. W tym czasie, czasie sprzed historii pojmowanej jako strzała, którą kiedyś wypuszczono i która mknie do celu, powtarzają się nie tylko pory roku, ale i wydarzenia. I ludzkie losy.

Wilżyńska osada jest ukryta pośród niedostępnych gór. Sporadycznie odwiedzają ją wędrowni przekupnie, poborcy podatkowi i garść innych wysłanników z wielkiego świata. I zwykle nie są witani przychylnie. Bo wielki świat, choć niektórzy o nim marzą, większości wydaje się podejrzany i wrogi. Zepsuty. A obcy, wysłannik odległych, niepojętych sił, może to zepsucie ze sobą przenieść. Stąd rytuały wrogości, które są nieodmiennie wobec obcych odprawiane.

Ale wrogość czasami obraca się również przeciwko swoim. Bo tradycyjne społeczeństwa wypracowały precyzyjne metody kontroli — od plotki (która wszak utrwala tradycyjne wartości) po kocią muzykę, jaką się urządza pod domostwami tych, którzy normy naruszyli, cudzołożników, oszczerców czy wreszcie pantoflarzy. W wilżyńskiej wiosce ludzie znają swoje miejsce i przeważnie nie walczą o więcej. Role są rozdane zawczasu. Wiadomo, że najzasobniejsza panna we wsi nie poślubi świniopasa. Wiadomo, że córka grabarza zostanie naznaczona i nie wejdzie do społeczności uczciwych gospodarzy, bo profesja jej ojca skutkuje skalaniem i wykluczeniem, i nie chodzi tutaj o niemiłą cmentarną woń. Nędza jest dziedziczna, a mechanizmy selekcji kozła ofiarnego gładko uruchamiają się w chwilach zagrożenia.

Wilżyńska prowincja to również bylejakość. Taka zwyczajna, swojska. Wprawdzie gdzieś w odległych miastach czy potężnych księstwach nastają nowe, postępowe standardy, a książęta usiłują modernizować swe państewka, ale Wilżyńska Dolina sprawnie przetrawia ich koncepty i odmienia na własne kopyto. Pleban po staremu mieszka z gospodynią. Wynalazek, który mógłby zmienić wszystko, utonie w rechocie utopców. Wieśniaczka nie zostanie księżniczką. Tu nie udadzą się żadne wielkie rewolucje, bo nie mają prawda się udać. Bo zabraknie woli i wytrwałości. Bo zamiast borykać się ze światem zawsze można pójść do karczmy.

Pisząc „Opowieści z Wilżyńskiej Doliny” chciałam sięgnąć pod podszewkę baśni. Zrobić to, co nazywamy mikrohistorią — pokazać małą, wyizolowaną społeczność, jej bohaterów i przegranych, jej rytuały i paroksyzmy. Chciałam też sięgnąć do tradycji dawnej literatury plebejskiej i sowizdrzalskiej, pełnej małych ludzi, a nie wielkich idei. Pokazać świat daleko od pól bitew i inny, plebejski sposób postrzegania świata. Ironiczny, czasem smutny, czasem pełen okrucieństwa, ale trzeźwy, pełen zdrowego rozsądku. Nasi przodkowie potrafili się śmiać i z plebana, i z rozpustnej Jewki. Bo przecież te przyśpiewki, które wypominali mi recenzenci jako sprośne i ordynarne, nie są moje. To dokładny cytat ze staropolskich tekstów, z czasów sprzed rewolucji romantyzmu i wiktoriańskiej pruderii. Tak wtedy kpiono, bawiono się, szacowano bliźnich.

Wiele się zmieniło. A jednak pod pokostem współczesności okruchy Wilżyńskiej Doliny wciąż trwają.





Copyright (C) Agencja Wydawnicza RUNA A. Brzezińska, E. Szulc sp.j. NIP 759-15-71-926. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentu materiałów zawartych na niniejszej stronie możliwe są tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.