ŚWIAT YGGDRASILL


Drzewo...

„...to wręcz niemożliwie gigantyczna struktura, w zasadzie zaprzeczająca normalnym prawom fizyki. Nawet z tak skomplikowaną konstrukcją, stworzona z wyjątkowo wytrzymałych materiałów, powinna już dawno temu zawalić się pod własnym ciężarem. Jednak nie dzieje się tak dzięki stabilizatorom. A dokładniej to dzięki całemu systemowi supportu, którego stabilizatory są tylko częścią...”

W dziewięćdziesięciu pięciu procentach swej objętości Drzewo jest puste, na podobieństwo źdźbła trawy albo sterowca, i wzmocnione skomplikowanym układem żebrowań, wsporników, inercyjnych odciągów i ażurowych międzywęźli. Z głównego pnia, wsparte przybyszowymi kolumnami wyrastają konary, które w miejscu połączenia z centralnym masywem megastruktury wyglądają...

„...niczym szkielet gotyckiego sklepienia, pogniecione organy i abstrakcyjna kompozycja hydraulika-artysty razem wzięte, a wszystko jakby z nadtopionej żarem gutaperki. Pióropusz płaskich, sitowatych żeber przechodził w konar tysiącem rozwidleń, każde zaakcentowane wywiniętym, opalizującym soplem materii bądź czymś, co przypominało odwrócone nasionko dmuchawca. Był również naszyjnik z rur przeróżnych długości i średnic, przywodzących na myśl wyharatane żyły, a także jakieś bulwiaste narośle, rozrzucone u podstawy konaru. No i oczywiście wszędobylska sieć elastycznych więzadeł oraz te falujące sennie wąsy, tyle że krótsze tutaj i zakończone półprzeźroczystymi zgrubieniami w kolorze miodu...”

Konary dzielą się na segmenty, przypominające w środku...

„...wielki, rozłożony wolumin, przedzielony na dwie równe połowy prostym jak linijka, srebrnym pasem akweduktu, i nakryty spłaszczonym kloszem z białej waty...”

A wewnątrz segmentów...

„...Las: na wpół symbiotyczna mieszanina różnych gatunków, która od jakiegoś czasu powoli, ale nieubłaganie zarastała wnętrze segmentu. Korzenie wszystkich wchodzących w skład tego superorganizmu drzew — zmodyfikowanych cyprysów, figopalm, pseudonamorzynów, akacji, olch, miniaturowych dębów — były liczne, cienkie, długie i posplatane z korze-niami sąsiadów. Razem tworzyły gęstą i grubą na ponad metr sieć, bardziej przypominającą coś w rodzaju jednolitej platformy, wy-trzymałej i elastycznej. Jej spód zaopatrzony był w miliony mikro-skopijnych przylg, które, zamiast wrastać w żywogrunt (filcowatą, wszędobylską, żywą i aktywną powłokę otulającą macierz) trzymały się go niczym jaszczurka sufitu, skutecznie chroniąc gęsty masyw przed ześlizgnięciem się z pochyłości...”

Segmenty nie byłyby segmentami, gdyby nic ich od siebie nie odzielało. Tubylcy nazywają tę barierę septum:

„...Wiecznie przysłaniający żywoskłon opar i mgliste przedwieczorne powietrze zwodziły wzrok, sprawiając, że septum wyglądało na bezgraniczną płaszczyznę. Można było rozróżnić szczegóły (jej) budowy — wyoblone pilastry, żebra, kontrszprosy, i inne elementy, biegnące we wszystkie strony i krzyżujące się ze sobą pod najrozmaitszymi kątami. Coraz cieńsze i gęstsze im bliżej żywoskłonu, dołem wybiegały w pęczkach korzeniopodobnych, parabolicznie wygiętych przypór, które wyglądały na niezwykle solidne i masywne, choć tak naprawdę były rurami pustymi w środku jak ptasie pióro. (...) Przypora wznosiła się wielkim, smukłym łukiem, jak skamieniała tęcza. Jej stożkowata, nieregularnie pobrużdżona podstawa tworzyła ponadstumetrowej wysokości wzgórze, na które usiłował wedrzeć się uparty Las. Dalej biegły nierówne szeregi następnych cokołów, coraz wyższych i pod coraz ostrzejszym kątem przechodzących w kolejne z rurowatych przęseł wzmacniających przegrodę. Niektóre były proste, inne rozgałęziały się wielokrotnie, zanim na powrót połączyły się z resztą macierzy. (...) (Na wielu) prawdziwe wiszące ogrody wyrosły z nasion, naniesionych tu przez prądy powietrzne, albo przez ptaki, które wybrały sobie to ustronne miejsce za dom (...) Cała przegroda miała charakterystyczny wygląd i styl, z grubsza organiczny, ale złamany czymś martwym, mechanicznym. Kojarzyła się z liściem albo z owadzim skrzydłem, bardziej jednak jak ich przybliżona imitacja niż replika...”

Najwyższą z zamieszkałych partii Drzewa jest Wierzchołek, lub, jak częściej sie o nim mówi, Apeks:

„...o tej porze roku oświetlony niemal przez całą dobę, płonął na podobieństwo gigantycznego stosu brylantów, którego fasetki odbijały słoneczne promienie w miarę, jak Ziemia obracała się wokół osi. Półtora tysiąca kilometrów niżej panowała już jednak noc i rozbłyski niezliczonych świateł pozycyjnych wyglądały stąd niczym roziskrzone okruchy kolorowego szkła, rozsypanego w nierównomiernych wachlarzach i pasmach. (...) Minęli ostatnie z konarów, krótkie, esowate i ciasno ze sobą posplatane. Ponad nimi znajdowały się już tylko grube szypuły habitoriów i one same — perliste bąble w skupiskach po pięć, sześć lub siedem, w zależności od miejsca zajmowanego w wierzchołkowej rozecie. Im bliżej osi głównego pnia, tym liczba bąbli w klastrze i ich rozmiary były większe, aczkolwiek ta regularność nie była widoczna na pierwszy rzut oka. Niedostrzegalna była również pajęczyna strun odciągowych, przynajmniej nie z tej odległości...”

Paradoksalnie, do Wierzchołka łatwiej się dostać z zewnątrz, przez przetchlinki-śluzy, których widok w działaniu...

„...cóż, powiedzmy, że widok ów trudno było nazwać estetycznym, o ile oglądający nie należał do miłośników podniet dość szczególnego rodzaju. Niewykluczone, że dwustumetrowa odbytnica, która otwierała się przed ich oczami, wprawiłaby kogoś takiego w ekstazę. Porównań analnych trudno było uniknąć, patrząc, jak mięsiste, żłobkowane fałdy drzewnej tkanki falują i klęsną, jak polipowate jęzory kurczą się na podobieństwo ślimaka we wrzątku, jak szczeliny pomiędzy ciętymi w grzebień krawędziami tych żywych wrót, rozedrgane i połyskujące tłustawo, stają się coraz szersze, a drobne detale struktury coraz mniej wyraziste...”

Lecz oprócz Drzewa jest jeszcze i Dół:

„...Sypki i gorszy od bagna koszmar pod stopami, kąsający zewsząd chłód, a w płucach powietrze bez grama wilgoci i niemal ogołocone z tlenu. Zamiast lekko przymglonej arkadyjskiej perspektywy segmentów groza nieprzeniknionego czarno-żółtego tumanu i demoniczny poświst wichru, który nim targa i smaga ziemię jak pękiem tytanicznych batogów. Zrobienie kroku było nadludzkim wysiłkiem, oddychanie torturą, utrzymanie zaś kontaktu wzrokowego z pozostałymi — wyczynem zgoła magicznym. To już nie piekło, bo nawet ono jest dla ludzi, ale coś stokroć gorszego!...”

A na Dole, punktujące z rzadka jałowy, niegościnny bezmiar, miejsca takie, jak:

Tikt-al-Haruk...
„...Pomimo gęstej i gwarnej ciżby wydawało się ogłuszająco ciche, kiedy już przekroczyli jego bramy. Wiatr wył co prawda nadal i drobnego pyłu wszędzie było więcej niż pod dostatkiem, ale w porównaniu z gehenną, jaką Farquahart i przeżywał jeszcze przed chwilą, był to wprost rajski spokój. Wszystko za sprawą wiatrołomu, jak go nazwał Gerhard. Thomas widział go już wcześniej, na obrazie przekazywanym przez sensory kogi (ów zagadkowy »cień« przepoławiający osadę), dopiero jednak widok z bliska oraz suche wyjaśnienia von Klosky'ego przyprawiły go o prawdziwe zdumienie. Trzy wielkie żebra, sterczące z gruntu jak ości z kręgosłupa gigantycznej ryby, kłoniły się z gracją nad Tikt-al-Harruk. Setki mniejszych ostrołukowych poprzeczek splatało się razem w sieć. Thomas podrapał się w głowę. Nie, porównanie z rybą jest niewłaściwe, już raczej wygląda to jak szkielet dziobowej sekcji jakiejś łodzi wywróconej do góry dnem...”

Cytadela...
„...Z lotu ptaka trudno było ocenić rzeczywiste rozmiary budowli, bo żółtorudy bezmiar nie oferował oczom niczego dla porównania, a po drugie, enigmatyczny ośmiokąt wydawał się zaledwie małym punktem w centrum czegoś o wiele większego. Z góry wyglądało to jak jakiś liszaj różnobarwnej pleśni, która rozrosła się na wiele kilometrów we wszystkich kierunkach i pstrokacizną swego deseniu kontrastowała żywo z chromatyczną monotonią krajobrazu...”

...i Orle Gniazdo, które:
„...okazało się fantastyczną kombinacją kopuł, dziedzińców, wieżyc, blanków, napowietrznych mostków i niezliczonych, osłoniętych galeryjek. Wszystko było jakby wydmuchane z najdelikatniejszego szkła i wisiało niemal wbrew prawom fizyki na krawędzi stromego urwiska. Niektóre z budynków wydawały się lekkimi balonikami, które tylko czekają, by ktoś je uwolnił i pozwolił wreszcie wzbić się w powietrze. Inne przywodziły na myśl niesamowite kwiaty wyrastające wprost ze skały albo kolorowe ptaki, które przysiadły tu tylko na chwilę i zaraz odlecą dalej. Siedziba Ignacia wyglądała jak cudowny bukiet ciśnięty od niechcenia w sam środek posępnego krajobrazu...”







Copyright (C) Agencja Wydawnicza RUNA A. Brzezińska, E. Szulc sp.j. NIP 759-15-71-926. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentu materiałów zawartych na niniejszej stronie możliwe są tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.