INTERESY NIE IDĄ DOBRZE — fragment
Kiedy Norbert się obudził, nie miał pojęcia, że sytuacja w fabryce stała się aż tak dramatyczna. Zegar pokazywał, że spał dwa tygodnie — trochę dłużej niż zwykle, ale nie tak znowu długo, żeby miało go to zaniepokoić. Umył zęby, wykąpał się, wysuszył pod wielką jak kościelny dzwon suszarką i udał się do stołówki. Był głodny jak wilk. Zjadł smaczny posiłek, zastanawiając się, skąd taka cisza i dlaczego nie ma tu nikogo oprócz niego?
Ale nadal niczego nie podejrzewał.
Owszem, wiedział, że ostatnie pełnie Księżyca znacznie zmieniły świat, ale przecież wszyscy zgodnie twierdzili, że sytuacja jest do opanowania.
Dopiero gdy podziemnym korytarzem dotarł do biura zleceń, zorientował się, że najwidoczniej były to tylko pobożne życzenia. Czekał na wezwanie dyspozytora, błądząc osłupiałym wzrokiem po pustych stanowiskach. Trzy boksy, dziewięć gniazd w każdym — jeszcze niedawno gwarno tu było jak w ulu. Dziś ciszę wypełniał szum wentylatorów i sięgający granic słyszalności pisk zasilaczy. Echo tańczyło pomiędzy żebrami wysokiego stropu.
— Gdzie są wszyscy?
Nie było komu zadać pytania, ale Norbert miał pewną bardzo niepokojącą, niepozbawioną podstaw koncepcję.
Obawiał się, że pozostałych pracowników zlikwidowano.
Oczywiście nie miał na myśli ludzi. Oni umarli już wcześniej.
Nigdy dotąd nie zastanawiał się, co dzieje się z komiwojażerami, którzy nie uzyskują odpowiednich wyników sprzedaży. Nieudacznicy po prostu się nie pojawiali. Nie dostawali drugiej szansy. Być może przemieszczano ich na inne stanowiska, gdzieś, gdzie mogli się przydać, albo pozostawiano własnemu losowi, by odtąd radzili sobie sami? Ale do jakiej innej pracy mógł nadać się komiwojażer?
Wreszcie odezwał się dyspozytor:
— Koniec załadunku! — oznajmił megafon. — 1024, proszę zająć miejsce w ciężarówce.
Natomiast eksterminacja? Jeśli ktoś sobie nie radzi...? Tak. To wiele wyjaśniało.
— Co się stało, kiedy spałem? — odważył się zapytać Norbert.
Ku jego zdumieniu dyspozytor powiedział mu, co się wtedy wydarzyło. Norbert wciąż nie potrafił przyzwyczaić się, że maszyny zawsze mówią prawdę.
Informacje okazały się przygnębiające, lecz dyspozytor zalecał optymizm. Ostatecznie, fabryka nadal była sprawna, z taśm produkcyjnych nadal schodziły produkty najwyższej jakości.
A potem dyspozytor powrócił do swych zadań:
— 1024 jest proszony...
— A ja proszę, żeby nazywać mnie Norbert! — wrzasnął Norbert, podenerwowany.
Do niedawna sądził, że nie potrafi wrzeszczeć. W ciągu ostatnich tygodni świat bardzo się zmienił, a on wraz z nim. Może dlatego jeszcze trwał.
— Norbert jest proszony o zajęcie miejsca w ciężarówce — podjął gładko dyspozytor.
Norbert wstał i powolnym krokiem opuścił stanowisko. Kiedy przekraczał próg, konsola wyłączyła się, zgasły diody. Z ostatniego z dwudziestu siedmiu gniazd uleciało elektroniczne życie.
Ciężarówka czekała na podjeździe. Czekoladowa karoseria lśniła w słońcu, które dziś jakimś cudem przebiło się przez zamglone niebo. Ostatnio jakby przybyło takich wyjątkowych dni; wyglądało na to, że koniec z kwaśnymi deszczami.
Zajął miejsce w szoferce i podpiął port komunikacyjny do deski rozdzielczej. Sprawdził wskaźniki. Były w porządku — kontrola techniczna za nic w świecie nie wypuściłaby źle zabezpieczonego ładunku, ale na tym polega profesjonalizm, żeby wszystko sprawdzić.
Kiedy wyjeżdżał, we wstecznym lusterku dostrzegł chowające się urządzenia załadowczej rampy. Zamykały się wszystkie drzwi. Dawniej rampa pracowała na okrągło. To, że przed chwilą zrobiono porządek świadczyć mogło tylko o jednym: dziś ciężarówka Norberta wyjeżdżała z fabryki ostatnia. Niewykluczone, że również pierwsza. Tego Norbert nie mógł stwierdzić, ponieważ na betonowym podjeździe nie pozostawały ślady kół.
Co tu ukrywać: sprawy nie miały się najlepiej.
"Interesy nie idą dobrze", rzekł kilka miesięcy temu dyrektor fabryki, wielki jak góra gruby mężczyzna; jeszcze wtedy nie wiedział, że umrze przed nastaniem wiosny.
"Nie idą dobrze".
Ciekawe, co grubas powiedziałby dzisiaj?
Po jakichś dwóch kilometrach Norbert dostrzegł nadjeżdżającą z naprzeciwka ciężarówkę, kopię jego pojazdu. Jak gdyby zbliżał się do lustrzanej tafli, która nagle wyrosła na drodze. Poczuł się raźniej wobec oczywistego dowodu, że nie jest jedynym pozostałym w firmie pracownikiem, że czarnowidztwo okazało się zbyt czarne. Jednak kiedy samochody zrównały się szoferkami, okazało się, że wewnątrz pojazdu nie ma nikogo. Jeszcze niedawno Norbert mógłby zapytać dyspozytora, czy to możliwe, żeby wysłano ciężarówkę bez komiwojażera, ale teraz nie miał takiej szansy. Radio i telefon wciąż lśniły chromem na blacie kabiny, ale cóż z tego, skoro nie działały. Zmieniły się pasma przenoszenia, czy coś w tym rodzaju, i nikt nie potrafił problemu rozwiązać.
Włączył wyższy bieg. Ciężarówka zaprotestowała, zwracając uwagę na fatalny stan drogi, ale Norbert pozostał nieubłagany. Szum silnika sprawiał, że czuł się raźniej, wypłaszał smutek, pozwalał zapomnieć o pustej ciężarówce, powracającej do domu niczym pies, który zgubił pana.
Ciąg dalszy w książce...
Copyright (C) Agencja Wydawnicza RUNA A. Brzezińska, E. Szulc sp.j. NIP 759-15-71-926. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentu materiałów zawartych na niniejszej stronie możliwe są tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.