NALETNIK, WĄŻ OGNISTY — fragment


Po przebudzeniu nie od razu zorientował się, jak wiele minęło czasu. Nie przypuszczał, że ziarna klepsydry, zazwyczaj symbolizujące lata, tym razem przesypały się w stulecia. Nie wiedział również, jak makabryczny krajobraz rozciąga się nad podziemną kryjówką, położoną nieopodal rzecznego koryta. Pozostając w błogiej nieświadomości, Naletnik, Wąż Ognisty, cierpliwie wyczekiwał, aż zalegający w żyłach żar zamieni się w lawę, a w wyziębionym sercu znów zapłonie ogień. Czekał, aż powróci magido. Najsubtelniejszy ze smoczych zmysłów.

Księżyc dwukrotnie okrążył Ziemię, nim Naletnik podjął próbę wydźwignięcia się z legowiska — dziury wypełnionej błotem, niegdyś gorącym i miękkim, które z upływem czasu stężało w bryłę. Kokon pękł z trzaskiem. Nie skruszył się, ale rozluźnił wystarczająco, by smok zdołał wydostać łeb, a potem dwie z czterech szponiastych łap, które oparł na brzegu studni. Zdrętwiałe kończyny drżały, z trudem utrzymując ciężar. W mroku pojaśniało od blasku dziewięćdziesięciu dziewięciu twardszych od diamentu łusek, chroniących smoczą pierś. Reszta wężowatego cielska, głównie smoczy ogon, wciąż kryła się pod warstwą zestalonego iłu.

Kiwając jaszczurczym łbem, bestia rozejrzała się po pieczarze. Nie była zadowolona z tego, co zobaczyła. Jedna z komór skarbca przestała istnieć, bo kamienny strop się oberwał, przygniatając zgromadzone artefakty.

Wiele ludzkich nieszczęść, znój, krew i namiętność okupiły te skarby.

Naletnik wpatrywał się w zwały ziemi i skał, mając nadzieję, że usunięcie szkód nie okaże się trudnym zadaniem. Nie lubił skomplikowanych prac, gdyż do ich wykonania musiał zatrudniać ludzi, a w wypadku skarbca — co oczywiste — musiała to być ostatnia w ich życiu robota.

Nie żeby Naletnik miał coś przeciw zjadaniu ludzi. Po prostu wolał, żeby ich śmierć miała głębszy sens.

Jeszcze nie był głodny — upłynie wiele dni, nim powracający z niebytu smoczy organizm zacznie domagać się pożywienia — lecz rozważania dotyczące zasypanego skarbca przypomniały Naletnikowi o dziewicach. Niespodziewanie do przyćmionego wielowiekową bezczynnością umysłu wkradł się niepokój...

Łapy okazały się jeszcze zbyt słabe, mięśnie za wiotkie, żeby utrzymać smocze cielsko i Naletnik z hukiem opadł na legowisko, wśród chrzęstu rozpadającej się błotnej skorupy. Tumany pyłu wzbiły się w powietrze. Odpoczywał jakiś czas, by ponownie podjąć próbę wydostania się z dziury — wypełzał z niej, jak czynił to w młodości, nim wyrosły mu łapy i skrzydła.

Wreszcie opuścił leże, w którym spoczywał przez lata, jak zatopiony w żywicy owad. Ale, w odróżnieniu od owada, Ognisty Wąż nigdy nie był martwy. Nie pretendował też do miana istoty nieśmiertelnej, gdyż w skończonym czasowo Wszechświecie nie jest to możliwe. Mimo to jego gatunek trwał dłużej niż jakikolwiek inny. Zwłaszcza iż letarg czynił smoki podróżnikami w czasie.

Wyginając cielsko niczym pustynna żmija, Naletnik dopełzł w miejsce, gdzie znajdowało się ukryte wejście do komory dziewic. Tam wyprostował się, wypowiedział zaklęcie, a potem przypieczętował je ognistym tchnieniem. Żar runął na ścianę pieczary, niczym fala oceanicznego przyboju. Ogień przygasł, skała wchłonęła ciepło i komora się otworzyła. Wówczas smok przekonał się, że sarkofagi tkwią na swoich miejscach. Nietknięte. Sześć wydrążonych obelisków. Sześć dziewic, ukąszonych przez niego, Ognistego Węża, i zatopionych w magicznym śnie, który zatrzymał ich czas. Jego zapas na czarną godzinę. Taką jak ta.

Wiele ludzkiej goryczy, krwi i przerażenia kosztowały te dziewczęta. Komora skarbca i komora dziewic to cała historia ludzkości. Niewiele można dodać.

Widok nienaruszonych sarkofagów powinien uspokoić Naletnika, tak jednak się nie stało. Magido, najsubtelniejszy ze smoczych zmysłów, nagle podpowiedziało mu, że być może dał się zwieść pozorom. Pozory tę mają właściwość, że zwodzą najbystrzejszych. Dlatego podpełzał do każdego sarkofagu, sprawdzając ich stan. Niestety magido podpowiadało prawdę. Pięć razy Naletnik łamał pieczęć, pięć razy przesuwał kamienną płytę, grzmiącą złowrogo w ciemnościach, i pięć razy wzdychał żałośnie, zginając kark coraz niżej i niżej, aż gadzi łeb niemal dotykał podłoża. Wreszcie stanął przed ostatnim, szóstym sarkofagiem i wtedy zawahał się. Żeby odsunąć płytę, musiałby strącić leżącego na niej rycerza, zakutego w srebrną zbroję, teraz prawie czarną, bo pokrytą patyną. Sam go tu niegdyś ułożył.

Powiódł wzrokiem po odkrytych sarkofagach. Pięć wysuszonych mumii wyszczerzało pożółkłe uzębienie, zapadnięte oczodoły ziały czarną pustką. Martwe, bezwartościowe ludzkie truchła.

Nie tak je zostawił. Nie tak działał smoczy jad.

Zbyt wiele lat minęło, gdy spał.

Ciąg dalszy w książce...





Copyright (C) Agencja Wydawnicza RUNA A. Brzezińska, E. Szulc sp.j. NIP 759-15-71-926. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentu materiałów zawartych na niniejszej stronie możliwe są tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.