SEN O POTĘDZE — fragment
Gabinet znajduje się na trzydziestym czwartym piętrze wieżowca. Na tej kodygnacji, zajmowanej w całości przez przedsiębiorstwo Jacques'a de Montherlanta, mieści się jeszcze dziewiętnaście innych dyrektorskich pokoi i cztery hale biurowe, oplecione siecią kamer, faksów i komputerów, wypełnione po brzegi personelem. To tutaj zbiega się pajęczyna licznych filii firmy, osadzonych również daleko poza granicami Układu Słonecznego.
De Montherlant siedzi samotnie za stołem konferencyjnym, z wyraźną przyjemnością zaciągając się cygarem. "Nigdy nie zaciągaj się cygarem — niejednokrotnie pouczał go lekarz. — To nie tylko zabójcze dla twoich płuc, nie tylko profanacja tytoniu, to sprzeczne z zasadami savoir—vivre'u". Mówi się trudno, zwykł odpowiadać Jacques de Montherlant, magnat przemysłu tytoniowego. On i używka, która przez wieki towarzyszyła ludzkości, a z którą związał swoje życie, wciąż miały się dobrze, mimo iż obojgu niejednokrotnie przepowiadano kres.
Obserwuje szczura, buszującego w wielkim jak wanna akwarium, które stoi pod ścianą. Jeśli wierzyć człowiekowi, od którego gryzonia kupił, szczur ma pięćdziesiąt sześć lat. De Montherlant zadał sobie trud sprawdzenia, ile to naprawdę żyją te paskudne synantropy i okazało się, że mniej. Znacznie mniej. Kilkunastolatek to już matuzalem. Być może sprzedawca zbyt zagalopował się w reklamie swego towaru, faktem jednak pozostaje, że w ciągu ostatnich trzech lat — odkąd de Montherlant nabył szczura — ten postarzał się może o kilka miesięcy. Potwierdzały to ponad wszelką wątpliwość regularne, comiesięczne badania krwi, sierści i wycinków skóry.
Jeśli wciąż wierzyć sprzedawcy, tę niewiarygodną długowieczność zwierzę uzyskało w okresie szczenięcym, powite przez zwyczajną szczurzą samicę w jakimś zakamarku, w gnieździe wyścielonym sianem o dziwacznym zapachu. Tamten człowiek miał fragment gniazda i sprzedał go wraz ze szczurem. Jednak analiza chemiczna nic nie wykazała, poza tym, iż wysuszona trawiasta roślina była całkowicie nieznana.
To oczywiste, że de Montherlant zapragnął poznać tajemnicę rośliny. Ilekroć wrzucał pokarm do akwarium: mięso, kości, czasem żywe chrząszcze lub małe myszki, tylekroć rosło w nim to pragnienie.
Ktoś puka do drzwi. Sekretarka wprowadza pracownika, na którego de Montherlant czeka. Magnat wstaje od stołu, przechodzi za olbrzymie mahoniowe biurko, o połysku świeżo zamarzniętego lodowiska. Dopiero gdy osiada w fotelu, wyjmuje z ust cygaro.
— Jak długo dla mnie pracujesz? — odzywa się poniewczasie.
— Prawie pięć miesięcy — odpowiada Wiktor Jerzman, szczupły, doskonale wysportowany mężczyzna w średnim wieku.
— Nie masz dość?
Przybysz uśmiecha się kącikiem ust, unosi lekko brwi.
— Nie.
De Montherlant rechocze z aprobatą, po czym kwituje:
— Łżesz jak pies. Jesteś zbyt inteligentny, żeby przez resztę życia być ochroniarzem jakiegoś mafioso... Nie zaprzeczaj, muszę być mafioso, jeśli chcę płynąć na grzbiecie tej fali. Może nie wszyscy o tym wiedzą, ale my dwaj na pewno, nieprawdaż, Wiktorze?
Szczur za szybą akwarium staje na dwóch łapkach i strzyże długimi wąsikami, jakby to on nazywał się Wiktor. Zawsze tak robi, słysząc ludzkie głosy. Odsłania przy tym nietypowe, białe przebarwienie sierści na prawym boku, wielkości dużej monety.
— Nie zaprzeczam — Jerzman zachowuje obojętność. Nie wygląda, żeby udawał. — Zapewne ma pan rację, skoro tak pan mówi.
— Hm... Rozumiem. Szef ma zawsze rację, chcesz powiedzieć.
De Montherlant ponownie dostarcza płucom porcję cygarowego dymu i bez słowa przesuwa w stronę Jerzmana gazetę. Pewien fragment tekstu zakreślono czerwonym flamastrem.
— Znam to ogłoszenie — mówi Jerzman. — Zaglądam do wojskowej rubryki z przyzwyczajenia.
— I co?
— Nic. Facet potrzebuje żołnierza.
— Nie masz ochoty spróbować?
— Już nie jestem żołnierzem.
— Ależ jesteś. — De Montherlant dmucha dymem, a potem macha dłonią, rozganiając dym. — Powiedz raczej, że brak ci pieniędzy, żeby tam się dostać...
— Brak — przyznaje Jerzman. — Jednak to bez znaczenia, gdyż z wojskiem skończyłem pół roku temu.
Przed pół rokiem Jerzman leżał poważnie ranny w polowym szpitalu, w centrum Puszczy Białowieskiej. Potem poprosił o rentę, choć wcale nie musiał tego robić. Dobiegał czterdziestki, a człowiek w tym wieku jakoś bardziej skrupulatnie zaczyna się rozglądać, czy jutro słońce wstanie również dla niego. Renta była taka sobie, ani duża, ani mała, za to czas dłużył się niemiłosiernie. Dlatego przyjął pracę ochroniarza.
— Zaglądasz do wojskowej rubryki z przyzwyczajenia... — podejmuje de Montherlant. — A co byś powiedział na małe wakacje?
Jerzman milczy przez dłuższą chwilę.
— Tam? — wskazuje gazetę.
Ciąg dalszy w książce...
Copyright (C) Agencja Wydawnicza RUNA A. Brzezińska, E. Szulc sp.j. NIP 759-15-71-926. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentu materiałów zawartych na niniejszej stronie możliwe są tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.