OKRUCH NOWEGO ŚWIATA (1812-1814)
Zimą 1812 roku Wielka Armia cofała się spod Moskwy. Dwudziestego czwartego listopada, wcześnie rano, Bonaparte siedział właśnie chory i osowiały naprzeciw ognia, w którym jego oficerowie palili sztandary wybitych regimentów, aby nie zostawić ich w rękach wroga. Złocone orły, dumne motta, godła wielu kampanii, ginęły w płomieniu, a ciemna smuga dymu snuła się wysoko w krystalicznie czystym, lodowatym powietrzu poranka. W tym samym czasie, na poddaszu domu w paryskim Faubourg du Temple, po kolejnej nieprzespanej nocy, Morthiene zaczął właśnie składać urządzenie, przy pomocy którego chciał przeprowadzić nowe eksperymenty na magnetycznych polach. Jego zmęczone oczy bolały, wpatrzone w drobne elementy mechanizmu, dłonie drżały z niewyspania, montując na swoich miejscach magnetyczne obręcze i zębate koła, a promień słońca, który wpadał przez szparę między zasłonami, kłuł źrenice jak rozpalony gwóźdź. Z podwórka dochodziły krzyki bawiących się dzieci. Kiedy ostatni element znalazł się na miejscu, Morthiene powoli sięgnął po notatnik, umoczył pióro w kałamarzu, a potem uruchomił urządzenie. Nic nie przygotowało go na to, co miało się wkrótce wydarzyć.
Kiedy skomplikowany, wieloosiowy mechanizm rozkręcił się do prędkości, przy której magnetyczne obręcze rozmyły się w jedną, złocistą smugę, Morthiene poczuł, że coś jest nie tak. Gorący podmuch zmierzwił mu włosy. Powietrze śmierdziało ozonem. Zdawało się, że maszyna puchnie, pożera przestrzeń, jakby łuki i osie zaczęły rozginać się na zewnątrz. Żar zmusił go do cofnięcia twarzy. Laboratorium zajaśniało błękitem.
Wtedy to człowiek piewszy raz zobaczył ether.
W środku maszyny zmaterializowała się roztańczona, świetlista drobina, jaśniejsza od promieni słońca. Morthiene cofnął się bojaźliwie, ale zmysł naukowca szybko wziął górę. Chwycił notatnik, a skrobiąc na papierze pospieszne litery, czuł jak krew łomocze mu w głowie. W malutkiej sferze czystej energii zobaczył ziarno nowego świata. Jeszcze tego samego dnia powtórzył eksperyment kilkakrotnie, a wieczorem spakował notatki, naciągnął na siebie stary płaszcz i wybiegł na ulicę, czując, że musi się z kimś podzielić odkryciem, albo oszaleje.
Potem wszystko się zmieniło.
Adam Morthiene nie potrzebował wiele czasu, by zdać sobie sprawę z wagi eksperymentu. Mieszanina podziwu i strachu, którą zobaczył na twarzach swoich dawnych profesorów, uświadomiła mu, że dokonał epokowego odkrycia. Za wstawiennictwem Laplace'a, wyprosił audiencję u księcia Cambacérèsa, który rządził pod nieobecność cesarza.
Wkrótce Bonapartemu wysłano listy, opisujące odkrycie — dotarły do niego, gdy z żałosnymi niedobitkami Wielkiej Armii minął Wilno i porzucił żołnierzy, jadąc przez Księstwo Warszawskie do Paryża.
W opisie tajemniczej energii cesarz zobaczył szansę na odwrócenie tragicznej sytuacji. Jeszcze tego samego dnia wysłał do Paryża szczegółowe instrukcje dla Morhtiene'a, mianując go komisarzem do spraw nowej nauki i przyznając dostęp do wszystkich laboratoriów oraz uczelni Francji.
Wynalazca był przytłoczony. Nie spodziewał się, że tak szybko posypią się na niego zaszczyty i bogactwa, a poza tym czuł, że zanim ether zostanie użyty w konkretnych mechanizmach, powinno się mu poświęcić jeszcze wiele badań. Nikt jednak nie podzielał jego obaw; upadające cesarstwo potrzebowało sposobu, żeby zamienić tajemniczą energię w broń, czego Napoleon nie omieszkał podkreślić przy pierwszym spotkaniu. Zaaranżowano współpracę Morthiene'a ze znanym paryskim rusznikarzem, Jeanem-Samulem Pauly'm. Ów Szwajcar, autor prototypu zamka iglicowego, w ciągu zaledwie tygodnia pomógł uczonemu opracować plany etherowego kulomiotu — maszyny, która miotała pociski dzięki potężnej energii etheru.
W tym czasie armie koalicji antynapoleońskiej ruszyły na niemiecką granicę. Słabe garnizony w Księstwie Warszawskim padły w kilka dni. Bonaparte mobilizował wszystkie możliwe rezerwy, przygotowując się do kampanii obronnej.
Warsztat Pauly'ego oraz manufaktura broni w Saint-Etienne pracowały w dzień i w nocy.
Szesnastego października 1813 roku pod Lipskiem starło się ponad 500 000 ludzi, armie siedmiu państw i niezliczonych narodów, a walki trwały nieustannie do nocy 19 października. Sześćdziesiąt tysięcy żołnierzy koalicji zginęło, bezskutecznie szturmując wzgórza pod miastem, gdzie pomocnicy Adama Morthiene'a rozstawili prototypowe kulomioty. Błękitne łuki wystrzałów cięły noc, smród krwi i spalenizny czuć było aż w Lipsku, ginął regiment za regimentem, zupełnie jakby ogłupiali pruscy, austriaccy i rosyjscy generałowie nie potrafili pojąć, że stanęli przeciw czemuś, co odmieni ich świat; że zaczęła się właśnie nowa epoka.
Pod koniec bitwy, marszałek Poniatowski napisał w swoim dzienniku:
„Patrzeć było nie sposób, kiedy pułki Blüchera szły pod wzgórze, tak je bowiem cięły te kule do białości rozgrzane, tak je rwały i dziurawiły, że człowiek nie umiał ujść wrażeniu, że nie na wojnę patrzy, a na klęskę jakowąś biblijną, co rozgrywa się w świetle etherowych błyskawic. Ale gorzej jeszcze niż patrzyć było tego wszystkiego słuchać. Stanąwszy z adiutantami na przyczółku przy moście, pięć mil od wzgórz, wzdrygałem się aż od krzyków bolesnych oraz ryków zwierzęcego przerażenia, które dawały z siebie kolumny strzelców w naszą matnię złapane. Wspomnienia te prześladować mnie chyba będą już do końca dni. Wreszcie nie zdzierżyłem: lunetę podałem oficerom, a sam pojechałem nad rzekę, byle dalej od piekła. Choć chrześcijańskie współczucie żgało mnie na myśl o setkach ludzi, którzy ginęli w każdej sekundzie, jednocześnie nie mogłem przegnać z myśli dziwnej radości. Oto kapryśny wiatr hisotrii znów się odwrócił i teraz na nowo mieliśmy przewagę. Zły głos w mojej głowie szeptał: nieważne jak do końca doprowadzisz, byle korzystny się okazał dla ciebie.”
Po Lipsku wojna dobiegła końca. Nie podpisano pokoju, ani nawet zawieszenia broni, obie armie po prostu rozeszły się — Francja niezdolna do boju po rosyjskiej klęsce, a siły koalicji rozbite klęską pod Lipskiem. Niemcy stały się tymczasową linią frontu, której nikt nie kwestionował, bo nie miał do tego sił.
Spisek detronizacyjny, który szykowano w Paryżu, umarł na wieść o kolejnym zwycięstwie Cesarza. Morhtiene stał się nagle narodowym bohaterem, a Bonaparte osobiście nadał mu hrabiowstwo. Wszystkie dostępne siły zaangażowano w rozwój techinki etherowej, podczas gdy szpiedzy wrogich mocarstw usiłowali zdobyć choćby skrawek informacji o nowej nauce.
Następnej wiosny ruszyła druga ofensywa na wschód: młody zaciąg, nieliczni weterani pierwszej kampanii rosyjskiej oraz kilkadziesiąt gotowych maszyn i nowych prototypów, zaprojektowanych przez Morthiene'a oraz Pauly'ego. Wygrane bitwy pod Konitz, Mławą oraz Wilnem. Fryderyk Wielki próbuje paktować, car Aleksander przygotowuje się do obrony własnych granic. Tymczasem na Wawelu, 28 sierpnia 1814 roku, w słoneczną, ciepłą niedzielę, Bonaparte koronuje jednego ze swoich ulubionych marszałków, księcia Józefa Poniatowskiego herbu Ciołek, naczelnego wodza armii polskiej, na władcę Królestwa Polskiego, połączonego z Cesarstwem konstytucyjną unią.
Wkrótce potem zawarto rozejm kowieński. Koalicja antynapoleońska została rozwiązana, zaś Prusy, Austria oraz Rosja układały się teraz z Francją, każde na własną rękę. Władza Bonapartego rozciągnęła się od gorących równin Hiszpanii po ciemne bory Litwy, a jego gwiazda lśniła jak nigdy przedtem.
Copyright (C) Agencja Wydawnicza RUNA A. Brzezińska, E. Szulc sp.j. NIP 759-15-71-926. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentu materiałów zawartych na niniejszej stronie możliwe są tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.